Archiwum kategorii: źródła

Przedjesienne pytania

Spotkał się Porządek z Nie-porządkiem i poszli na przechadzkę. Taka ich rozmowa zaplątała się w babie lato i wiatr poniósł ją w świat.

Ja sobie jestem i już- mówił jeden, na co drugi odpowiadał: a ja bywam. Pojawiam się nagle i trwam, a ja się robię powoli i czasem znikam.  Jestem synem Impulsu, a moją mamą jest Decyzja.

Słuchając tej rozmowy miało się wrażenie jakby to była wymiana piłeczek. Wiatr przeleciał i nikt już się nie dowiedział, jak skończyła się ta rozgrywka.

Tymczasem na płocie przysiadły sroczki, spojrzały na niezamieciony z opadłych liści chodnik, pokręciły łebkami i zaczęły powtarzać to, co usłyszały od ludzi.

Czy warto dbać o porządek, skoro prędzej czy później wkracza nieporządek? A może nie ma nic złego, że się zaczyna w nieporządku, na porządek przyjdzie czas? A w sumie, czemu nie pobyć sobie trochę w naszym własnym nieporządku? A w ogóle kto to wymyślił, że  komukolwiek  potrzebny jest porządek?

Sroczki wyskrzeczały swoje, odpowiedzi nie znały,  to już za dużo na małe srocze łebki i poleciały, bo gdzieś w pobliżu  podobno chciały się wprowadzić sójki, a tego sroki nie lubią- albo one, albo my! Sójki wygnamy fru za morze, wreszcie! Ponoć się tam od dawna wybierają, to im pomożemy.

Wiatr powrócił, pokręcił się trochę i nałapał wyskrzeczane przez sroczki pytania. Każde przywiązał do nitki babiego lata i puścił w różne strony świata. Może wrócą z odpowiedziami. Kto wie ….

O dziurze w sercu

WP_20150904_19_42_44_Pro[1]

Był kiedyś Krawiec nad krawce. Nie było na świecie takiego koloru nici, którego nie znaleźlibyście w jego przyborniku. Wszystkie odcienie znajdowały się w przegródkach równiutko poukładane, szpulki nici we wszystkich kolorach i we wszystkich grubościach. W specjalnej szufladce Krawiec przechowywał platynowe  igły. Gdybyście do niej zajrzeli, pomyślelibyście, że mieszka tam mały jeż o śmiesznych kolcach różnej grubości. Codziennie rano Krawiec przeglądał swoją skrzyneczkę. Poprawiał nici, które próbowały się splątać lub pozamieniać miejscami, polerował igły miękką szmatką. Potem z zadowoleniem  spoglądając na swoje dzieło, siadał w fotelu przy starym dębowym stole i ze spokojem czekał. O, pewnie przychodziły do niego wszystkie panie z okolicy po nowe sukienki, panowie, by poszerzył im marynarki niedopinające się na brzuchach i mamusie, by przedłużał spodnie ich synków. Może przychodziły też małe dziewczynki po ścinki materiałów na sukienki dla lalek. Otóż nie, to był Krawiec wyjątkowy. Zapraszał do swojego słonecznego warsztatu tych, którym zrobiła się dziura. Nie, nie w najlepszej sukience podczas skakania w gumę albo w niedzielnym ubraniu podczas nieplanowanego wcześniej meczu. Nie, na takie dziury najlepsze sposoby miały zawsze babunie. Nasz Krawiec dał  ogłoszenie, że zaprasza tych, którym zrobiła się dziura w sercu.  Ludzie szeptali sobie o nim, że jest niezwykłym krawcem, że nie ma takiej dziury, której nie potrafiłby zszyć, tylko czasami to trochę boli. Nie to jednak było największym problemem. Nie tylko Krawiec był wyjątkowy,  jego warsztat też znajdował się w wyjątkowym miejscu- za wysokim murem. Tak bardzo wysokim, że niewielu udawało się dostrzec, co za nim jest. Niektórzy podskakiwali, inni wdrapywali się na pobliskie drzewa i opowiadali, co widzieli: wielki dom bardzo bogaty, chyba ze złota i marmurów. Czy mówili prawdę, czy tylko zmyślali, tego nikt nie wiedział. Ale ludzie mówili, jak tu iść do Krawca z dziurą w sercu, jak wejść do takiego  bogactwa? Nie będziemy się umieli zachować. Może się poślizgniemy, przewrócimy i będzie wstyd. I o czym z Krawcem rozmawiać, gdy będzie nam dziurę zaszywał. I w ogóle to boli. I odchodzili. A dziury w sercu razem z nimi. Krawiec wyglądał przez okno w stronę bramy, bo przecież w murze zazwyczaj jest brama, ale ludzie woleli podpatrywać przez mur niż poszukać wygodnego wejścia. Krawiec stał więc w oknie swojego domu, który wcale nie był ze złota ani z marmurów, był tylko bardzo, bardzo czysty aż błyszczało. Stał i czekał, a w jego oczach była niezwykła czułość. Dostrzegłby ją każdy, nawet ten, kto ma dużą wadę wzroku, ale nikt w te oczy nie zaglądał. Dlaczego?

Pewnego dnia Krawiec nie schował jak zwykle wypolerowanych  starannie igieł do szufladki, tylko poukładał je równiutko na dębowym stole od najgrubszej do cieniutkiej jak włosek. Potem dopasował do każdej igły odpowiednią nitkę i nawlekł starannie, pilnując, by nitki się nie poplątały. Na stole zrobiło się niezwykle kolorowo. Krawiec uśmiechnął się i gdy w szufladce nie było już ani jednej igły, zamknął szufladkę, odstawił skrzyneczkę na miejsce i usiadł przy stole. Czekał na swoich uczniów, którzy zwykle tego dnia przychodzili na spotkanie. Byli to bardzo dobrzy krawcy, szyli piękne suknie poszerzali i zwężali marynarki, przedłużali spodnie, a czasem zastępowali babunie i ratowali ubranka dzieci, które zapomniały, że wyjściowy strój jakoś tak sam z siebie lubi się podrzeć w czasie najlepszej zabawy. Przychodzili do Krawca w każdy czwartek, by nauczyć się ciekawych ściegów, wypróbować   nowe nici, poradzić się, jakie guziki do szytego stroju najlepiej dobrać. Ot, takie krawieckie spotkania.

Tego dnia wszyscy przybyli ze zdziwieniem spoglądali na stół. Ktoś powiedział, że to piękna kompozycja. Krawiec uśmiechnął się, a potem poprosił, żeby każdy z gości wybrał dla siebie komplet igieł i nici we wszystkich kolorach i grubościach. Nie powiedział, ile ich powinno być, ale krawcy wiedzieli, że nigdy nie daje im zadań nie do wykonania, więc po prostu zaczęli wybierać igły po kolei, układając je równiutko w swoich przybornikach. Po jakimś czasie okazało się, że każdy miał ich tyle samo, a na stole nic nie zostało. Krawiec milczał, ale  widząc niecierpliwe oczekiwanie gości, uśmiechnął się, uderzył kilka razy dłonią o stół i powiedział: Moi drodzy. Jesteście dobrymi krawcami, ludzie chętnie do was przychodzą. Potraficie szyć, naprawiać i przerabiać ubrania. Dziś chciałbym was poprosić, abyście zajęli się czymś jeszcze. Dziurami w sercach.

Na te słowa krawcy spojrzeli na siebie i wkrótce dało się słyszeć szmer: ale jak… jak to możliwe .. to trudne… przecież to zadanie Krawca..

Krawiec nic nie mówił, wciąż lekko wybijając dłonią jakiś rytm na starym dębowym stole. W końcu goście zamilkli i spojrzeli na niego wyczekująco.

Poradzicie sobie. Ludzie do was przyjdą, nie kryjecie się za wysokim murem, nie otacza was tajemnica. Ludzie wiedzą, że umiecie szyć, przyjdą. Bądźcie tylko bardzo delikatni, zaszywając dziury w sercach. Niektóre są bardzo stare, inne mają poszarpane brzegi. Troszkę musi zaboleć, powiedzcie o tym, każdemu, kto do was przyjdzie.

A szew? Jaki szew wybrać?- dopytywali krawcy.

Do każdego człowieka pasuje inny. Nie martwcie się, gdy zobaczycie dziurę, obejrzycie ją dokładnie, znajdziecie podpowiedź.

Gdy krawcy wrócili do swoich domów, postanowili zrobić wszystko, co im powiedział, bo zawsze tak robili. Bardzo chcieli zaszywać dziury w ludzkich sercach, ale nie wiedzieli, jak przekonać ludzi do tej nowej usługi w ich warsztatach krawieckich. I wtedy przypomniały im się babunie, specjalistki od cerowania świątecznych ubrań tak, żeby nic a nic nie było widać. Wiedzieli, że im pomogą. Bo babunie zawsze i wszystko robią z miłością, a na dziurę w ludzkim sercu nie ma lepszego sposobu. Babunie też o tym wiedziały i  przytulając swoje wnuki z dziurami w sercu mówiły: nie musisz jej mieć, idź do mojego krawca. Widzisz, jak pięknie uszył mi tę fiołkową suknię? I naprawił spodnie dziadka, z którymi nie mogłam sobie poradzić, bo materiał okazał się za twardy dla mojej igły. Nie bój się, idź. Masz piękne serce, tę dziurę można naprawić.

Krawiec dalej siedział w fotelu, wyglądał przez okno i uśmiechał się. Wiedział, że teraz już wszyscy dowiedzą się, że każdą dziurę, w każdym sercu można naprawić. Nawet tę bardzo starą, nawet tę z poszarpanymi brzegami. Jego krawcy mieli wszystkie potrzebne igły i nici, we wszystkich kolorach i grubościach. I wiedział, że babunie mają odwagę dotykać dziur w sercach z miłością. I tak długo, jak będą wśród nas odważne babunie i dobrzy krawcy nikt nie musi pozostać  z dziurą w sercu na zawsze .

Obiecane tematy dwa

WP_20150617_18_33_49_Pro (2)

Po wczorajszym buncie sprzętu dziś nadrabiam. A zatem temat pierwszy.

„Gdzie siła ceremonii, tam szczerości mało”- nieznane mi dotąd polskie przysłowie. Tak mi się w związku z nim zamarzyło, żeby znów znaleźć się w miejscu i okolicznościach, w których słowo będzie znaczyło, a nie będzie tylko wypowiadane. Żeby każdy zaproszony w to miejsce w tych okolicznościach czuł się równo warty, a nie ot tak. Żeby honory wynikały z szacunku dla osoby, a nie z kalkulacji, kogo uhonorować się opłaca. Żeby było elegancko, bo tak, a nie bo tak wypada. Żeby… żeby było prawdziwie. Więc po prostu, nie trącajmy fałszywie strun. Czasami muzyka nie jest potrzebna, czasami może być cisza …

 

A teraz temat drugi. Zdarzył mi się czas powrotów do dawnych znajomości. Całkiem niespodziewanie. I dzieją się rzeczy ciekawe,  Do jednych wraca się łatwo, do innych nie. I wcale nie dlatego, że w tej relacji był jakiś kryzys, że drogi się rozeszły. Czasami ludzie sobie po prostu znikają z oczu.  Z różnych powodów. I nagle po latach ich ścieżki się krzyżują. Z jednymi jest tak, jakby się na chwilę przerwało rozmowę i teraz wraca się do niej swobodnie, tylko czasami trzeba uzupełnić kontekst o te wspomnienia, które nie są wspólne. No i dostrzec te kilka zmarszczek więcej, no tak. A z innymi tak łatwo nie jest. Jakby jakaś blokada . Gdzieś w sercu obawa przed spotkaniem, przed wejściem w te same miejsca znane przed laty. Tak jakby to, co mogłoby wydarzyć się dziś, miało wymazać wszystko to, co było kiedyś. To kiedyś jest pewną całością, zamkniętą kartą, dobrym wspomnieniem. Jedne powroty są nowym otwarciem i wielką radością, inne wydają się niepotrzebne, już nie chcę w tę historię wnosić nic nowego. Naprawdę nie wiem, dlaczego to tak właśnie się dzieje.

Przedwrześniowe coś albo nicoś

To nie upał najbardziej dziś dawało się odczuć w powietrzu. Nie, nie, to było to coś, co od lat tego dnia dopada i sobie jest. Nawet na mojej stacji przedpołudniową porą czuło się, że jest. Niby nic, niby dzień sierpniowy dobry do zagospodarowania- długie spanie, leniwe śniadanie, wypad nad jezioro i lody, ale… No właśnie to coś, splinek jakowyś czy żal za serce ściskający i za gardło nawet. W mieście też niemrawość jakaś i napięcie na zmianę. Bo nic się nie da zrobić, by czas zatrzymać, bo nie da się uniknąć. Więc z jednej strony poddanie się nieuchronnemu, a z drugiej bunt organizmu na zbliżającą się porę niesprawiedliwości. Bo co to za pomysł tak nagle bez aklimatyzacji powolnej dać się zamknąć w czterech ścianach , wstawać na dźwięk budzika i dwa razy dziennie uginać się pod ciężarem książek nie wiadomo po co drukowanych na tak ciężkim papierze z lakierowanymi okładkami. Bo co to za pomysł spędzić popołudnie nad zeszytem, w którym kazali opisać wakacje- list do kolegi, opowiadanie o najlepszej wakacyjnej przygodzie, sprawozdanie z wakacyjnego dnia, wrrrr. A co to kogoś w szkole obchodzi? I jak można za moje wakacyjne wspomnienie ocenę stawiać? I jeszcze niesprawiedliwości ciąg dalszy- wkuwanie, by mieć kolejną ocenę. Nie żeby wiedzieć. Gdyby tak było, to nauczyciele mogliby pozwalać poprawiać klasówki tak, by każdy dał radę opanować materiał, a nie tak szast- prast i dział zaliczony. ( Utopia? Wcale nie!)I jeszcze te głupawe piosenki o plecakach pełnych słońca i i dzwoneczkach, co z nas niby robią pracowite pszczółki, taaaa.

No ale cóż, poza szczęściarzami z edukacji domowej ominąć się wrześniowej pory nikomu nie uda. A prawda jest taka, że szkoła człowiekowi do niczego nie jest potrzebna, a człowiek szkole i owszem. No i to by było na tyle. To nie znaczy, że nie trzeba się uczyć, oj co to to nie! Więc naprawdę u progu mojego ulubionego miesiąca cieszę się, że już nie muszę, tylko mogę się uczyć, czego życzę wszystkim tym, którym wydaje się, że nigdy do tego momentu nie dotrwają. A nauczycieli proszę: nie dajcie się przytłaczać podstawą programową, darmowym podręcznikiem i tym, co Was najbardziej w Waszym zawodzie boli. A może ten rok szkolny mógłby być dobrym czasem odkrywania świata wspólnie z tymi, którzy całkiem przez przypadek i nie z własnej woli zasiądą jutro przed Wami w ławkach? To Wy wybraliście szkołę jako miejsce, w którym spędzicie najbliższe 10 miesięcy, oni naprawdę nie mają wyjścia ….

 

Cisza i nadzieja

DSC00234

Rekolekcje szkolne w podstawówce- bawimy się w radio. Trochę ruchu, parę pytań i odpowiedzi, a w tym wszystkim  dużo humoru. Dziennikarz powinien mówić prawdę, a żeby mógł, musi jej szukać. Cisza w radiu jako pustka jest niedobra, ale tylko w ciszy( bez zagłuszaczy) można dobrze usłyszeć słowo. Gdy mówi się do mikrofonu, warto się uśmiechnąć, wtedy głos inaczej brzmi. Taki sekret warsztatu dziennikarza?  A może po prostu sposób na życie?

Po kobiecemu

To był naprawdę dzień kobiet, a właściwie dzień spotkań z nimi. Najpierw msza święta w związku z  75.rocznicą podpisania przez Stalina dokumentu, który wielu kobietom odebrał mężów i ojców. Przez wiele lat spotykałam codziennie  Wdowę i Córkę Katyńską, nie wiedząc o tym aż do dnia pośmiertnych awansów dla oficerów – ofiar tej zbrodni . Dziś pod pomnikiem upamiętniającym ofiary Katynia i Sybiru spotykam trzy bliskie mi Córki Katyńskie- słowa nie potrafią wyrazić mojego szacunku i wdzięczności za to, że opowiadają swoją historię, za to, że są pięknymi kobietami, za ich niezłomność, wiedzę i ,,, poczucie humoru.Lubię tak po prostu z nimi choć chwilkę porozmawiać.

Popołudnie w kinie na przeglądzie filmów i dyskusji o roli kobiet w podziemiu.  Niezwykłe to, a może właśnie zwyczajne kobiety o przepięknych oczach- jest w nich i figlarny błysk, i zaduma, i ból. Jest opowieść o sanitariuszce z Powstania, która nie wierzy w przeznaczenie tylko w Boga i czuje, że przeżyła, by modlić się za tych, którzy zginęli. Jest film o dziewczynie Łupaszki, urzeka  piękny język jej opowieści i ogromna dyskrecja. Mobilizuje historia 98-letniej pani, która po prostu tak została wychowana- do działania tam, gdzie trzeba i wtedy, kiedy trzeba .  No i uderzająca skromność- na pytania o swoją działalność gość dyskusji odpowiada w kilku słowach i zaraz dzieli się historią gen. Elżbiety Zawackiej, kobiety, która mnie fascynuje. Jedynej kobiety wśród Cichociemnych, spośród których jednego miałam ogromne szczęście poznać, ale o tym innym razem.

Że używam wielkich słów, że to patos? Że tyle dużych liter?  Tak wyszło, samo.

Być kobietą…. taką jak one? Być kobietą po prostu.  Ustępowanie miejsca kobiecie, przepuszczanie w drzwiach, poniesienie torby, powstrzymywanie się od słów i tematów właściwych męskim rozmowom, całowanie w rękę jedynie w stosownych okolicznościach- to wszystko jest efektem wychowania przez mamę, która wychowuje mężczyznę, nie „faceta”. Że to małe, drobne sprawy? Kto w małych, ten i w wielkich się sprawdzi. Może warto życzyć sobie, by nie zabrakło miejsca dla konserwatywnych kobiet obok pań, które myślą inaczej. Pewnie warto, a miejsca na świecie jest dość. Dobrze  być”słabszą płcią”, tak naprawdę niezwykle silną.

 

Dziadkowie

DSC00231

Zapamiętany wieczorny rytuał- całowanie starszych w rękę- wtedy i dziś jednakowo piękne! Nie z przymusu, tak z serca, jak przytulanie się. I dziś dzięki tamtemu doświadczeniu łatwiej przypomnieć sobie te ręce. Najpierw tę najlepiej znaną, ze szmaragdem, pachnącą kremem do rąk. Tę, która pisała trudne naukowe teksty, obszywała łóżeczko dla lalki i pierwsza w domu obsługiwała kaseciaka. Potem tę z koralem w pierścionku i koralowym lakierem do paznokci, pachnącą „Gazelą”. Tę, która równiutkim pismem rozwiązywała krzyżówki i mieszała ciasto na najlepsze ciastka z maszynki. I tę, która się trochę wzbraniała, tę od granatowych tekturowych i pomarańczowych plastikowych pudełek na lekarstwa i tę od pasjansów. Jest jeszcze czwarta ręka- ta dotąd nieuściśnięta- ułańska i lekarska, znana ze zdjęć.

Dziś szmaragd i koral zdobią ręce innych babć-ręce od najlepszych placków, dzierganych sweterków, karcianych gier. Czy są całowane? Chyba nie , ale to nie jest aż tak ważne.

A szafir na zdjęciu i ten drugi? Pamiątki z czasów, gdy ręce dziadków całowano i przypomnienie o rodzinach, które się łączy swoją historią.

W oczekiwaniu na partyjkę scrabble’a

DSC00229

Pewien misjonarz opowiadał na kazaniu( i ilustrował odpowiednim filmem) o zaskakującej tradycji, do której musiał się w miejscu swojego działania przyzwyczaić. Otóż, gdy chowa się tam starszego człowieka, niosący trumnę tańczą. I to jak! Nawet z tą trumną na głowie. Wygląda to na pozór dość dziwnie, ale ma piękne uzasadnienie. W ten sposób dziękują za dar długiego życia tej osoby, a w tamtych warunkach niewielu dożywa sędziwego wieku. I mnie się takie myślenie spodobało- umieć podziękować za czyjeś dłuuugie życie i za wszystko, co się wspólnie z tą osobą i dzięki tej osobie przeżyło. Smutek jest, to jasne, bo ma się taką świadomość, że pewne sytuacje, rozmowy, bliskość- tu na ziemi się  nie powtórzą, ale jednocześnie  chyba mocno się  czuje, że tak miało być. A czasami jest tak, że bardzo chce się powiedzieć : ” Tak nie miało być.” I nie wiadomo, dlaczego się stało akurat wtedy. I w ogóle nic nie wiadomo. Ale tak też miało być!  Niebo będzie pewnie  bardzo proste, choć nie mam bladego pojęcia,  jak tam może być. Ale myślę, że jak się tam dotrze, to się przywita z tymi dawno niewidzianymi, przytuli do tych wcześniej nieznanych i powie : „ach to ty!”. A jeśli w Niebie gra się w scrabble’a, to wiem, z kim rozegram pierwszą partię…

O niebie i Niebie

 

 

DSC00111

Tyyyyyle  ciszy jest  czasami potrzebne, ale dziś nie o tym. Dziś o takim zachwycie, że aż boli. Wie ktoś, jak wygląda Niebo? No ja nie. Ale… Czasami zdarza mi się, że troszkę je czuję. Najbardziej wtedy, gdy otwieram okno w wiosenny poranek albo spoglądam przez zamknięte w zimowy śnieżny wieczór. Wtedy wydaje mi się, że tak może być w Niebie. Oczywiście, nie że śnieg albo że trawa, ale że tak będzie ściskało w sercu albo w żołądku, jak kto woli, na widok piękna. A raczej Piękna i Światła. No i już, tyle filozofii. A dziś usłyszałam, że w każdym jest pragnienie Nieba, a śmierci obawiamy się trochę dlatego, że nie chcemy utracić tego, co  mamy tu dobrego i pięknego, bo nie wiemy, jak jest tam. Ja sobie kiedyś wymyśliłam tak: z odchodzeniem jest jak z wyjazdem w nieznane miejsce w jakimś bardzo dobrym celu- chcemy i boimy się, a jak już docieramy na miejsce, to nie wyobrażamy sobie, że mogłoby być inaczej. A z naszym byciem wiecznym i przyszłym wyglądem to jest tak jak z fotografiami nas samych na przestrzeni lat- przecież dziś nie wyglądam jak bobas ani jak uczennica czwartej klasy, wszystko się zmieniło, ale to wciąż ja. Do całej serii zdjęć z różnych etapów życia dokładam sobie w wyobraźni tę z wieczności- to też będę ja. Takie sobie filozofowanie w dzień imienin nas wszystkich- skoro dziś Wszystkich Świętych, to wspominamy naszych patronów, a w dzień patrona świętuje się imieniny, no nie? No to świętujemy!

Salonowiec i lawenda albo Zuzanna za górami

DSC00029

Moda na przeszłość a raczej na grzebanie w przeszłości. Kłujesz się w paluszek zdezynfekowaną igłą i rozczarowanie, bo nie leci błękitna krew. To nie tak. To znaczy, jeśli chcesz, może być i tak. Ale po co? No właśnie, gdy zasiadasz przy starych fotografiach, pożółkłych dokumentach, szukasz omszałego grobu albo w kolejnej kępie drzew wypatrujesz zarysu murów, to po co to wszystko? Może po to, żeby wiedzieć, że to tu, że to stąd. Żeby wypatrzyć w tej sepii swój kształt nosa, wypukłość czoła, zadziorność spojrzenia, błysk w oku. Jestem taki po kimś konkretnym, jestem taki, bo przede mną ktoś był. Przeszłość może się zatrzeć i obrosnąć legendą, możesz tę legendę stworzyć i podtrzymywać. A możesz też zdjąć warstewkę lukru lub  zdmuchnąć kurz. Możesz nic nie robić, ale czuć więź. Ci przede mną są dla mnie wyzwaniem… a może wezwaniem? Do zwykłego życia w moich czasach tak, jakby to były ich czasy z takimi oczywistościami jak godność, honor, dotrzymywanie umów. Tu jest może ukryty sens wymagania od siebie, gdy inni już nie wymagają. Jak to nie wymagają? Jedno spojrzenie prababki w sepii wystarczy i dumna sylwetka pradziadka. Może być i więcej pra- , to nie jest istotą sprawy. Ściągnij łopatki i unieś głowę do góry nie dlatego, że umiesz wymienić kilka pokoleń wstecz, ale dlatego, że możesz spojrzeć spokojnie w lustro, w które i oni spoglądali. Tyle! A jeśli masz szczęście i grałeś w prawdziwego salonowca i przytulałeś się do postaci otulonej delikatnym lawendowym szalem, to się tym ciesz. I wymyśl coś, by ktoś po Tobie miał takie wspomnienie i żeby Twoje zdjęcie przypominało kiedyś  komuś o tym, kim jest….