Archiwum kategorii: Bez kategorii

Takie wyzwanie

Kończy się pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. A ostatni wpis z 20 grudnia. To jak, udało się czy nie? Tak, tak, to było adwentowe wyzwanie rzucone przez moją przyjaciółkę. Podjęte, oczywiście. Próba: ” nulla dies sine linea”. Dziękuję za nią  MWL  i wiernemu Motylkowi, który w ogóle mnie mobilizuje do takich kresek.

Świadomie przerwałam i nie było wpisów przez 4 dni. Tematów nie zabrakło, ale coś okazało się ważniejsze niż codzienne pisanie. I tyle!

Czasami warto zostawić temat, na chwilę odejść, zrezygnować z frajdy i udowadniania sobie, że się potrafi.

Za mną ważny adwent i dobry. Był czas i to jest najważniejsze. Czas szukany, podkradany, rozciągany, brakujący, doganiany, umykający, pewny miniony, niepewny przyszły i nauka, że moje jest TERAZ. Nic więcej.

Hej, płomyku!

Ogieniek, płomyk, świeczka, co w tym drobiazgu jest takiego, że dobrze mi przy nim ?

Czy światełko świeczki przyciąga dlatego, że jest maleńkie i można je ukryć w dłoniach? A może dlatego, że słabnie i rozbłyska, nie poddaje się tak łatwo próbom zagaszenia? Co dla mnie ważniejsze – jego siła czy słabość?

Czy może przyciąga mnie blask, przy którym czuję się jakoś tak bezpieczniej, czy to raczej ja mam go strzec?

Pełgający płomyczek rozbawia – gdy tańczy,  mruga, figluje. A może ten płomyczek poddający się najlżejszym ruchom powietrza  pokazuje, że w tym jest pewna metoda na trwanie?

W kręgu płomyczka jest jasno, a poza nim? Czy to, co wyłania się z ciemności, budzi raczej niepokój, czy zaciekawienie?

Lubię siedzieć w mroku, wpatrując się w płomyk. Lubię, gdy wokół są inni ze swoimi światłami.  Ważne, by każdy pilnował własnego płomyka. Nie tylko dla siebie, dla innych też. Nie musimy teraz robić wielkiego ogniska. Może kiedyś będzie trzeba. Warto dbać o własny mały ogieniek, by  móc rozpalić czyjś przygaszony,  dać iskierkę komuś nowemu. By płomyk od płomyka wędrował.

O płatnościach z Franią w tle

W  czasach, gdy zakładałam konto bankowe, musiałam to zrobić w określonym banku, określonym oddziale i bez możliwości użycia drugiego imienia, co miewało potem zabawne, a czasem irytujące konsekwencje. Tak, tak kiedyś było. Trochę później niż epoka powszechnego używania pralki Frani i oglądania „Zwierzyńca” w telewizorze „Ametyst” na nóżkach. Dobra, nie wszyscy mieli na nóżkach i zazdrościli. Ale o tym innym razem, bo teraz ważne jest, że wtedy nikomu nie śniły się żadne „onlajny”. A dziś ci, którym nie mieści się w głowie świat bez sieci, spoglądają z równym niedowierzaniem na pralkę Franię , telewizor z  kineskopem na nóżkach i na dokonywanie płatności w archaiczny sposób. Nie wiem, co czuje pralka i nóżki, ale ja się pod tymi spojrzeniami czuję całkiem dobrze. Po prostu świadomie i dobrowolnie nie korzystam z bankowości elektronicznej ( hej, a wiecie, czy jej synonimem jest bankowość internetowa? – uśmiecham się, oczywiście).

A teraz zagadka, dlaczego tak robię? Kto ma jakiś pomysł, zapisuje i czyta dalej – jeśli chce, oczywiście, by się przekonać, czy dobrze obstawiał.

Otóż odpowiedź jest najbanalniejsza z banalnych, choć prawdą jest, że czasem miałabym wrażenie, że sprzęty mnie nie lubią, gdyby mogły nie lubić. Na szczęście nie mogą. Fakty mówią jednak same za siebie: kupuję z moją siostrą równolegle bilet za 5 złotych w automacie. Czyj automat się zaciął? Na czyjej łapce spieszyły się bez sensu proste zegarki elektroniczne z dawnych czasów?

Ale nie to jest przyczyną, że wędruję z przekazami na pocztę czy do banku.

Bardzo lubię relacje. Jeszcze na początku tego wieku wędrowałam do określonej agencji bankowej, bo tam pracowała miła pani Jadzia, z którą zawsze można było porozmawiać, pożartować albo obserwować, jak dobrze zna swoich jeżyckich klientów. Gdybym korzystała z maszynki, po jej przejściu na emeryturę nie odkryłabym dobrych lodów – rodzinnego biznesu, w który się zaangażowała.

Lubię też mój mały oddział pocztowy, do którego zaglądam czasami tylko po cukierki i herbatę. Żaden automat nie podpowiedziałby mi, bo sam zasmakował, czekoladek firmy, co do której nie byłam wcześniej przekonana i nie sięgnęłabym raczej po nie. No i z automatem nie pogadałabym sobie o sposobach na wykorzystanie lawendy i o układaniu puzzli, które teraz pani Elżbiecie umilają czas emerytury, a ja poznaję kolejne sympatyczne panie.

Wiem, że można wszystko kupić w sieci, ale w małych lokalnych sklepach poznaję ludzi i prawdziwy, nie ten kreowany świat. Ludzi, którzy wciąż wychowują swoje dzieci – kochają i stawiają wymagania; ludzi, którzy są przedsiębiorczy, mają swoje pasje. Jejku, jakie to jest ciekawe. Potem nie jesteśmy dla siebie anonimowi – rozpoznajemy się na jarmarku 300 kilometrów od domu albo spotykamy na wykładach o sztuce w innym mieście. Nie jesteśmy dla siebie obojętni, a świat staje się malutki – pani ekspedientka w lokalnym samie okazuje się synową najwspanialszej pielęgniarki – opiekunki dla starszej osoby, jaką poznałam. I znów można wymienić kilka słów, powspominać kolejną panią Elę, bo już odeszła po nagrodę za swoją dobroć i szacunek dla pacjenta, który nie mógłby się poskarżyć, nawet gdyby było zdecydowanie inaczej.

Mogłabym oczywiście uruchomić stosowne procedury i w wielu sytuacjach byłoby to łatwiejsze. Ale jest jeszcze jeden plus – gdy nie da się inaczej zapłacić za coś niezbędnego, wtedy muszę poprosić o pomoc. A to lekcja pokory, za którą niepokorne z definicji ludki nie przepadają, prawda?

Tu przerywam, bo jak długi może być jeden wpis, ale temat niewyczerpany – wróci.

 

 

#niegadajzróbto – dzień wstępny

Chcesz wiedzieć, co to za hasztag – zajrzyj na profil Fundacji Javani na fb.  Idea jest najprostsza, a wykonanie … okaże się po 30 dniach.  Skoro rękawica została rzucona, to głupio jej nie podjąć. Podeszło się  do sprawy systemowo: lista tego, co może być przedmiotem wyzwania; potem eliminacja wedle kryteriów: zdecydowanie nie do wykonania, zbyt osobiste, porażka, nie na teraz i takie tam. Chęć wycofania się, bo przecież nie muszę, bo tak zostałam wyzwana na pół gwizdka, w sumie sama się wyzwałam. Wszystko w myśl dewizy: kto nie chce, szuka powodu; kto chce, szuka sposobu.  W końcu wyzwanie podjęte, coś wreszcie przeważyło. Dobra, przyznajemy się, nie zostawiamy utajonego : 30 dni wobec prokrastynacji.

Ciocia Prokrastynacja tylko na to czekała. usiadła sobie wygodnie w fotelu, piłując paznokcie. Nie wiem  czemu, ale ona zawsze w takich sytuacjach piłuje pazurki. Wrrrr, nie lubię tego. Założyła nóżkę na nóżkę i zawołała Wujcia Perfektanaopaka, którego powtarzanym jak mantra hasłem jest: „skoro nie umiesz czegoś robić bardzo dobrze, nie rób wcale”.  Sami rozumiecie, że widok tej dwójki, która rozsiadła się przy stoliku kawowym nie dodawał odwagi. A potem było już tylko lepiej! Cioteczka, ignorując mnie kompletnie, szturchnęła Wujcia łokciem i przechylając się w jego stronę, powiedziała: ” no, doooobrze, to zobaczymy, co to z tego wyjdzie”, potem wróciła do podziwiania pazurków, które zdążyła już pomalować na kolory, które w jej wieku chyba jednak nie przystoją. Ziewnęła: ” no, dobrze, zobaczymy jutro”.

Dobra, dobra, droga Prokrastynacjo, mam nadzieję, że przestaniesz zajmować wreszcie pokój cioci rezydentki. Wujcia też przy okazji spróbujemy wysłać na dłuższy wypoczynek sanatoryjny.

jak mawiali kiedyś: reszta potem

 

Motyl listopadową porą – z dedykacją dla M., dzięki której coś odkryłam

Jak dobrze, że nie znamy daty swojej śmierci!Naprawdę!

Oto wiesz, że ten ostatni dzień to data X. No dobra, bierzesz się za porządkowanie w sobie i wokół siebie, nie tylko tak fizycznie. Oczywiście, gdy już jako tako poradzisz sobie z emocjami, bo nawet z nadzieją na Niebo odchodzić nie jest łatwo. No dobra, znalazło się paru takich, ale dla większości jednak bułka z masłem to to nie jest. Pomińmy ten wątek, a skupmy się na czasie i znanej dacie.

To co najpierw? Sprzątamy: to dla tego, to dla tamtego, to wyrzucamy, żeby inni nie musieli się tym zajmować. Sentymenty na kupkę, wspominki na kupkę, małe ognisko z tego, co jest absolutnie nasze, a nikt inny i tak tego nie zrozumie.

Coś tam z kimś pogadamy, przeprosimy, wybaczymy, no bo w końcu jest ten czas, wiemy, ile go mamy. Można sobie listę spotkań ułożyć, wszystko zaplanować.

Przygotować możemy nawet samo zakończenie-zdecydować od początku do końca, jak to ma wyglądać już po. Nawet kwiaty wybrać, skoro znamy datę.

Przepłakane/wyzłoszczone, posprzątane, pogodzone, przygotowane to, co się dało. Odżałowywane to, czego się nie dało. Czasem gonitwa myśli , czasem totalna pustka …

W kalendarzu zostało jeszcze dni kilka. Już nic nie ma do zrobienia, jest tylko czekanie do konkretnej daty. Dnia, godziny …

Nic już nie ma do zrobienia ……..

Podoba się tak wizja?

Mnie nie! Zdecydowanie nie! Bo właśnie o to chodzi, że zawsze jest coś do zrobienia, właśnie dlatego, że nie wiem kiedy! Zawsze jest jeszcze może rok, może miesiąc, tydzień, dzień, godzina albo jeszcze jedna minuta. Nie wiem tego i nie chcę wiedzieć. Mam tę minutę, ten dzień. Tu i teraz. Reszta nie moja.

Mam nadzieję, że w drzwiach do Nieba nie wytargają mnie za uszy za ten wpis. Bo właśnie tam się wybieram, wtedy, gdy przyjdzie właściwy czas. Nie ja decyduję o tym, kiedy, nie ja!  I tak jest dobrze! Wybieram się tam, dokąd wybierało się przede mną tylu najróżniejszych ludzi, z tak różnym doświadczeniem, przygodami, historią. A łączyło ich jedno pragnienie i jedna nadzieja, wypływająca z najprostszej i najtrudniejszej zarazem kwestii: w momencie poczęcia stajesz się człowieku wieczny. I nic tego nie zmieni, po prostu nic.

Jestem na zawsze i to mnie cieszy!

Miasto budzi się bez …..

W dawnych, dobrych studenckich czasach grywało się w mafię, jeszcze bez wersji „pudełkowej”. Na starej wykładzinie, z talerzem czegoś do pochrupywania pośrodku, siedziało grono zapowiadających się wówczas dobrze, a dziś dojrzalszych zdecydowanie, miłych osób, które udowadniały sobie nawzajem niewinność. No jak możesz mnie w ogóle o coś takiego posądzać, ja? Dlaczego ja? Eliminujecie niewinnego człowieka- te i inne teksty przyjmowane były z powątpiewaniem i sarkastycznymi uwagami. A potem zapadała noc, prowadzący usypiał całe miasto, pozwalał obudzić się i działać mafii. A potem miasto budziło się bez …. ku zdziwieniu uczestników, pewnych swoich podejrzeń .

Minęło sporo lat od tamtej pory, dziś w mafię gra kolejne pokolenie, którego części przynajmniej szansę na pojawienie się na tym świecie stworzyły spotkania w starej kamienicy. Spojrzenia udającej niewiniątko mafioso w spódnicy  ( swoją drogą, jak to jest ” po nowemu”: mafiozica, mafiozina czy mafioza po prostu?) wymieniane ze spojrzeniami podejrzewanego niesłusznie adoratora, dwie łapki trącające się ukradkiem  w tej samej misce z krakersami, nadzwyczaj gorliwe wyprowadzanie psa gospodyń itp., to były początki kilku pięknych historii, trwających do dzisiaj. Ale wróćmy do gry.

Miasto śpi- miasto się budzi- mafia działa. Aż pewnego dnia miasto obudzi się …. bez mafii. I najbardziej zdziwiona będzie wtedy mafia. Tak uczy pewna księga . I tego się trzymamy. Choć wciąż dziwi nas, że dobry nie zawsze chce zostać dobrym, ale to już zupełnie inna opowieść.

Wrześniowe niespodzianki

Czy można być przygotowanym na niespodzianki? A może: czy można sobie powiedzieć, nie, mnie żadne niespodzianki nie spotkają?  A jeżeli pod koniec sierpnia trafią się świetne wiśnie, to to jest niespodzianka czy nie?

Można sobie powiedzieć: jakby co, jestem otwarty na niespodzianki. Jeśli chcą, niech się wydarzają. I one się zdarzają i człowiek nawet nie wie, dlaczego robi coś,  o czym jeszcze dzień wcześniej nawet by nie pomyślał. Przy niespodziankach człowiek znajduje w sobie odwagę.

Największą niespodzianką jest spotkanie drugiego człowieka. Zupełnie przypadkowe, wydawałoby się, że nasze drogi nigdy się więcej nie skrzyżują, a tymczasem …

Może wydarzyć się coś, co spowoduje, że całkiem spokojnie zapowiadająca się niedziela absolutnie przestanie się tak zapowiadać i dogoni człowieka jakaś dawna historia w całkiem nowej odsłonie. I to tyle.

Jeśli wydaje Ci się, że nic się nie dzieje, że siedzisz i tak będziesz siedzieć, to pamiętaj: wydaje Ci się! Dzieje się, zbliża się, czekaj spokojnie. Wszystko ma swój czas.

 

 

Pierwszy po ostatnim

Skończyło się. Minęło. Szkoda. Czego? Lata czy życia?

To prawda, tego i tego, o, jeszcze i tego, już się nie zrobi. Można za to:

podziwiać zachód słońca w innym miejscu niż dotąd,

przespacerować się wolniej, bo ślisko i odkryć jakiś niedostrzegany zakątek w okolicy,

a potem, zobaczyć w ogołoconych z listnego makijażu gałęziach ich naturalne piękno: w tym, co dotąd ukrywane, powykręcane, chropawe, poskręcane, kruche,

a na pewno można, jeśli tylko się chce, opowiedzieć , co jest do zrobienia tym, którzy spieszą się do wiosny, którzy wciąż mówią, zrobimy jeszcze to i to. Zrobią, na pewno!

A powroty do przeszłości? Wspomnienia są jak wypełniona półka w spiżarni. Cieszy oko wszystkim, co na niej zgromadzone. Ale trzeba tam zaglądać, bo czasem pleśń się zakradnie i wtedy smaku lata już tylko żal. I może życia też?

Przed wiosną- cz.4

Trafił w moje ręce miły prezent: kwiatek w stadium cebulki. Wyrośnie z niego gladiola( mieczyk)- świetny kwiat środka wakacji. Prezent, którego się nie odstawi na półkę ani nie schowa do szuflady. Trzeba o nim pamiętać i wysadzić we właściwym momencie, znaleźć mu dobre miejsce, podlewać. Zakwitnie i jego kolor będzie niespodzianką. Potem znów trzeba o niego zadbać- oczyścić we właściwym momencie, przechować w odpowiednich warunkach na następny rok. A jak się uda, prezent się pomnoży- pojawią się małe cebulki i zabawy będzie więcej. Dobre prezenty tak mają! I takich Wam życzę.

Czujnik

Ta historia zaczęła się jakieś osiem lat temu. Przy kolejnym przeglądzie pieca miły pan instalator zaczął cmokać, że ojojoj, za rok to już by ten piec trzeba było wymienić. Pozostałam oporna na jego cmokanie, choć piec rzeczywiście zaczął wyprawiać różne brewerie. Przy kolejnym przeglądzie ten sam pan, przymuszony przeze mnie, trochę piec porozkręcał i wymienił najpierw jedną, a po 20 minutach drugą część za kwotę 1/4 wartości pieca. Piec nadal wyprawiał brewerie, ja nie byłam zainteresowana wymianą, pan instalator nie był zainteresowany kontaktem ze mną. Podpowiedziano mi nowego pana instalatora. Przyszedł, zobaczył wymienione części( jestem chomik i zachowałam je) i okazało się , że niekoniecznie wymagały wymiany. Ale piec nadal odmawiał współpracy. Pan instalator nie mógł znaleźć przyczyny wewnątrz pieca, przysłał miłego pana od instalacji i podłączeń. Ten miły pan naprawdę się przyłożył i spędził dwie godziny krążąc między moją łazienką a strychem, piec i na jego urok pozostał oporny. Raz działał, raz nie, ale nie wiadomo dlaczego, bo w nim żadnej przyczyny nie znaleziono. Pogodziłam się z tym faktem i tak sobie trwaliśmy piec i ja przez jakieś cztery lata. Lubię niespodzianki, ale niekoniecznie takie, tzn. czy uda mi się umyć włosy i dogrzać mieszkanie, czy dziś piec zaskoczy przy myciu naczyń itp. Ponieważ orzeczono, że nic mu nie jest, nie chciałam inwestować pieniędzy. Coś mi podpowiadało taki upór. Zaczęłam sobie robić notatki, kiedy i i ile razy w ciągu dnia piec się wyłączał. Wyglądało to jak zeszycik nadciśnieniowca niemalże.  We wrześniu ubiegłego roku piec definitywnie zastrajkował. Przyszedł czas kolejnego przeglądu. Byłam już gotowa na wymianę urządzenia, ale zażartowałam sobie, że nie wypuszczę pana instalatora tak długo, aż nie znajdzie rozwiązania. I pan instalator grzebiąc tu i tam, zdjął górną pokrywę i wyjął czujnik. Wymienił go i ….. piec zaczął działać jak złoto. Możecie sobie wyobrazić minę pana instalatora, gdy odezwałam się niewinnie, czy chce mi powiedzieć, że to z powodu tego malutkiego czujnika męczyłam się tyle lat i o mało co nie wydałam kwoty, którą  można dobrze zainwestować gdzie indziej lub pojechać na wypasione wakacje. Próbował coś tam tłumaczyć, że to pewnie nie to i że pewnie trzeba będzie piec wymieniać, a tymczasem żadnych awarii od tamtego dnia. Dodajmy, że czujnik jest wielkości zakrętki od długopisu. Dlaczego ja w ogóle o tym piszę? Bo czasami zdarzają się takie sytuacje ciągnące się latami, w których wiadomo, że jest rozwiązanie, tylko nie udaje się do niego doprowadzić. Narasta wszystko, co niedobre, emocje się kotłują, ludzie czują się pogubieni i nie wiadomo co robić, choć gdzieś głęboko ukryte jest przekonanie, że do dobrego finału bliziutko i że nie warto się teraz poddawać. Tylko nie wiadomo, co robić. Pewnie trzeba znaleźć taki czujnik- malutki, niepozorny, przybrudzony, zużyty. Może jak się go znajdzie, oczyści lub wymieni, uda się poruszyć czyjeś sumienie, ludzką przyzwoitość i szlachetność. Tylko gdzie on się ukrył? Ten z mojej historii i może ten z Twojej czytelniku drogi.