Moja ulubiona pora … pomidorów

DSC00187

Oto jest czas jedzenia pomidorów. Przesadza, jak zwykle, co to za rarytas- pomidory dostępne cały rok. Dobrze, jasne, ale ja lubię je właśnie teraz, a cały rok mogę nie jeść. Pomidor musi pachnieć, musi mieć miękki miąższ, żadnych tam włókienek i środków do wykrawania. A skórka sio! To paskudztwo dla żołądka.

W naturze tak jest- wszystko ma swoją porę i wtedy naprawdę smakuje najlepiej. Warto sprawdzić. A w życiu? W życiu też wszystko ma swoją porę, tylko jest drobna różnica. Pora na pomidora jest ta sama u mnie i w ogródku sąsiada, a w życiu nie ma co się porównywać. Dla każdego przyjdzie właściwy czas na to, co ma przyjść. I to naprawdę może być zupełnie nie to samo, co u sąsiada. Za to dla mnie najlepsze. Zaglądam do ogródka sąsiada- w styczniu ani on, ani ja nie mamy po co wędrować do warzywnika. A w życiu ….

Moje camino

DSC00037

– Co robisz  w sobotę?

– Idę na Jakubowy szlak. Wybierzesz się z nami?

– No coś Ty, nie stać mnie na Hiszpanię!

-Ale ja od Mogilna!

– Fajnie, chciałbym kiedyś iść na prawdziwe Camino.

– Ale to jest prawdziwe!

Dialog autentyczny, a pielgrzymowanie zaczyna się od głowy, jak powiedział kiedyś pewien arcybiskup. I tak rzeczywiście się zaczęło. Wspomnienie św. Jakuba Większego – syna gromu, to dobra data, by wielkopolskie camino przywołać. Wychodzisz z domu i ruszasz na szlak ten za muszlami, ale często wspólny z rowerowym i zwykłym pieszym turystycznym. Dziwna rzecz, gdy idziesz za muszlami, to to jest jakaś inna droga niż  ta sama szlakiem zielonym czy czerwonym tyle razy pokonywana. Dlaczego?Odpowiedź najprostsza, bo tak!

Czy dojdę, a może nawet: czy chcę dojść  do Compostelli? Nie wiem, na razie chcę iść, bo te wszystkie dobre rzeczy, które w drodze się zdarzają, mogą czekać i tam daleko i tu, niedaleko. Więc idę i to jest dobry czas i dobra droga i zachwyt nad pięknem! Wyruszyć może każdy, muszle czekają! I wszystko czeka!

Aneks kuchenny

DSC00030

Z kuchni do ogrodu- zaraz po śniadaniu, a z ogrodu do kuchni z tym, co się znalazło. Nie tylko szczaw i lebiodę. Taki był rytm dnia kiedyś dawno. I jest dziś, jak się uda. Ale z tym znalezionym działa się dalej już samodzielnie, kiedyś się tylko asystowało. A w ogrodzie na głodnego się nie chodziło. Mirabelki już się tu  pojawiły, a jadało się też morwy. Tak, tak, te, co spadają i plamią wszystko naokoło. Były czarne, były białe i były różowe- najsłodsze. Warto zrobić kogel- mogel z owocami, jak się ma jajka ze sprawdzonego źródła. A prawie wszystko, co się w ogrodzie znalazło, nadawało się do przetworzenia. Jak? Zawsze tak samo, eksperymentując. Najprostsza rzecz na świecie-kompot- garnek niech będzie na 2 litry wody, do tego cukier od kilku łyżek do pełnej szklanki- im kwaśniejszy owoc. Do wrzątku owoce, ile się zebrało, no dobra, niech będzie, że kilo. I się gotuje ok. 15 minut. Jak się zapomni, to i dłużej.

Nie kompot a dżem? Proszę bardzo- owoce rozgotować, potem dodać cukru- według zasady kompotowej. I gotować ok. 15-20 minut. I już. Prawda jest taka, że niektórych eksperymentów się nie powtarzało- dżem z morwy nie zyskał uznania,  w przeciwieństwie do tego ze złotej porzeczki.

Tak prosto, ale można i bardziej skomplikowanie, z dodatkami-jabłko i mięta, brzoskwinia i lawenda, bawiąc się w konfitury – 3 dni smażenia i odstawiania.

A można też eksperymentować na grządkach i w doniczkach- rukola niewielka a pyszna, roszponka smaczna i zdobna, chrzan ” z odzysku” wetknięty w ziemię się zadomowił, szczaw przesadzony się rozrósł. No natura po prostu- same cuda. A z podziwiania natury rodzą się  pytania i znajdują odpowiedzi. Dobrego próbowania!

Domowe zapachy albo refleksje nad mirabelkami

DSC00150

W jednym pokoju, tym lawendowej wróżki pachniało jagodziankami kupowanymi na podwieczorek. W jagodziankach były prawdziwe jagody i było ich dużo. Pokój obok to królestwo smażonego sera- mały aneks kuchenny wróżki szmaragdowej  gromadził wielbicieli smaku, a kogo zapach odganiał, mógł iść podlewać jakby co. Hasło „domowy zapach” powstało w kuchni po kolejnym przypaleniu mleka.  A przypalenia wszelakie przyjmowano ze stoickim spokojem: jeden z domowników wpada do jadalni-” coś się przypala”, „już się spaliło”- zgodny głos reszty rodziny komentuje utratę kalafiora na obiad. Czasami dom pachniał tym, co w paczce: pierniczki całuski trafiały z południa, a ciastka kruche z maszynki z północy.

A mirabelki co robią w tej historii? Królują. Piękny kolor i zapach, woskowana skórka świeżych i aromat wysmażanych porządnie owoców to jest to! Mirabelkowe drzewo stoi „od zawsze”- przypomina kształtem drzewa z gaju oliwnego. Niczego nie oczekuje i dzieli się hojnie tym, co ma najlepszego. I jak tu ich nie pozbierać i nie postać nad parującym garnkiem? No jak odrzucić taki prezent?

Po prostu jeżyk

DSC00132

Ametyst na nóżkach ( taki telewizor) przyciągał historyjkami i piosenkami- wśród nich ta o jeżyku, który śpiewał „To futerko jest lepsze, to futerko mieć wolę, bo igiełki mocniejsze chronią mnie. Kolejne pokolenie recytowało:” na ulicy leży jeżyk, będzie płaski jak talerzyk”- fragment rymowanki  dla przyszłych kierowców. I jeszcze były jeże prawdziwe- jeden uratowany w czasie wielkiej nocnej wyprawy, bo wpadł do dołu na śmieci, a drugi przyniesiony w metalowej misce do domu, postawiony na stole strasznie się trząsł- jak się okazało nie ze strachu, ale za sprawą ogromnego stada pcheł między igiełkami.  Ten widok raz na zawsze zakończył marzenie o własnym jeżu, rozbudzone lekturą książki Ewy Szelburg- Zarembiny „Przez różową szybkę”. No i  okazało się, że jeżowi nie da się nabić jabłka na igiełki- taki obrazek możliwy tylko na kalkomaniach zdobiących rower „Olimpia”- przejażdżka nim wysoce była ceniona w gronie „współwakacjujących”.

No dobrze, a bajka jest taka:

Był sobie jeżyk, który chciał się pozbyć igiełek.Uważał, że niektórzy się go przez te igiełki boją i że taki najeżony nie jest ładny. Miał już tych igiełek stroszących się nie wiadomo po co powyżej uszu, bo przecież nawet jabłka się na nie nabić nie dało. Więc po co one? Jak je poskładać, żeby leżały grzecznie na grzbiecie i nie odstraszały kompanów do zabawy? A może trzeba je powyrywać? Oj, to by chyba bolało, ale jeżyk naprawdę miał dość.  Podpytywał o  igły tych, do których miał zaufanie. I kiedyś usłyszał opowieść o innym jeżu, który nastawiając igiełki dla własnej ochrony, uratował też jakieś małe zwierzątko, to chyba była myszka, przed trafieniem na czyjś obiad. A na koniec takie pytanie : ” jeżyku, ale gdybyś pozbył się igiełek, czy byłbyś nadal  sobą?”  Zgadnijcie sami, czy jeżyk pogodził się ze swoją kolczastością.

O warzywach strączkowych i skakaniu

DSC00130

 

Zdarzyło się komuś wśród plażowego ekwipunku nieść garnek z bobem lub fasolką? Ugotowanymi dodajmy, choć to oczywiste. No właśnie to się nazywa wolność. Można czas spędzić na plaży z dostępem do smażalni lub baru, a można wędrować przez las na plażę z garnkiem bobu. I tak jest dobrze, i siak jest dobrze.

To teraz historia o skakaniu. Był sobie ogród na tyle duży, że udało się w nim wygospodarować świetne miejsce na skoki w dal- szeroka ścieżka z zagonkami z marchewką po jednej i winoroślą po drugiej stronie. Zabawa była, jak to kiedyś mawiano, pyszna. Córki skakały a tatuś sędziował. Dobry czas. A obok był ogród, w którym nie było miejsca na skoki w dal, ale był tatuś, synek i córka. Tatuś poskrobał się w głowę i już po chwili dzieci skakały, a tatuś sędziował. Tym razem skoki wzwyż. A obok były inne ogrody, i tatusiowie, i dzieci. I tatusiowie mogli sędziować, a dzieci skakać, chlupać i biegać. Dobry czas, gdy jeden pomysł przeskakuje z ogrodu do ogrodu.

Fakty i prawdziwe pasje

DSC00086

To jest Kubuś najprawdziwszy! Poczytać o nim warto przed 1 sierpnia 2014, jeśli się ma ochotę. Przyjechał z Warszawy do Podrzecza,  gdzie przez trzy dni usłyszeć można było samą prawdę i poznać historię II Wojny Światowej. W tym roku głównie wydarzenia z 1944. Dotknąć Kubusia, usłyszeć o  Monte Cassino, Arnhem,Studziankach i zrozumieć różnicę między frontem wschodnim i zachodnim, nie tylko tę oczywistą. Zobaczyć rekonstrukcję manewrów na Wołyniu z 1938 i epizod z żołnierzami wyklętymi z 1945. To wszystko można, jeśli się tylko zechce. Tak jak zechcieli organizatorzy i uczestnicy Strefy Militarnej (https://www.strefamilitarna.info/sm/) . Prawdziwa pasja i ogromna wiedza przyciąga! Może kogoś nowego za rok sprowadzi pod Gostyń.  A może komuś łza się zakręci nie od prochu i pyłu, ale tak po prostu, jak przy inscenizacji „Przyczółek Czerniakowski”, bo to było naprawdę!

biblioteka po raz pierwszy

DSC00042

 

Burza całkiem niezła z jednym grzmotem tuż nad głową, coś pięknego.  Przy takim deszczu wyczekiwanym miło jest zasiąść z lekturą, taką na przykład, która trafiła do ręki wraz ze świadectwem, Zresztą  czytanie i w słoneczny dzień miłe wielce.

Gdybym była bibliotekarką i na koniec roku mogłabym kupić książki na nagrody, to taką bym listę stworzyła:

Dla najmłodszych przyrodników : Joanny Winieckiej- Nowak „Detektyw przyrody. Świat roślin.” Świetna rzecz, nic tylko wybrać się z ta lekturą na spacer i rozpoznawać, co tam w świecie rośnie. A jak w szkole przyjdzie czas robienia zielnika, to wtedy rodzice docenią tę pozycję należycie!

Dla najmłodszych historyków: Tomasza Kruczka ” Bitwa o gród Sędziwoja”. Rewelacyjna to opowieść o roku 999    albo Bronisławy Ostrowskiej  „Bohaterski miś”- niesamowita opowieść o I wojnie światowej i Polakach na jej frontach.

Dla wielbicieli baśni :   Zenona Gierały „Baśnie i legendy ziemi świętokrzyskiej”- to jedna wielka zachęta, by na te tereny się wybrać, a przy tym przepiękna szata graficzna-postaci według Jana Matejki i Wojciecha Gersona oraz pejzaże Zygmunta Vogla. Uczta prawdziwa! A jeśli wakacyjny szlak może poprowadzić na północ, to Jana Skorupskiego „Złota legenda znad polskich lasów i jezior” będzie świetnym przewodnikiem.

I dla starszych Joanna Wieliczka- Szarkowa z gawędą w „Bitwach polskich żołnierzy 1940- 1944” albo Andrzej Nowak i pierwszy tom „Dziejów Polski”, by znów przenieść się do początków państwa polskiego- to się czyta!

A dla dziewcząt chyba sięgnęłabym po „Kalamburkę” Małgorzaty Musierowicz- to taki specjalny tom jeżycjady, przeze mnie  ostatni przeczytany  tej serii,  gdy opowieść robi w tył zwrot, by zatrzymać dla nas bohaterów na zawsze. W książce to możliwe, w tym życiu nie, ale … można zawsze opowiedzieć o pewnej szkolnej bibliotece będącej swego czasu schronieniem dla skołowanego nastolatka. I o paniach bibliotekarkach udzielających azylu, porad czytelniczych i podsuwających chusteczki, gdy trzeba było. Zwłaszcza jedna z pań była szczególnie ważna wtedy, a dziś pewnie porządkuje dla nas niebieski księgozbiór i spotkała już wszystkich swoich ulubionych autorów…  dobrej lektury!

Nadganianie

DSC00026

 

Obrazek adekwatny do ponadtygodniowej absencji. Tych kwiatków już nie ma! Zapowiadały się pięknie, ale… najpierw pies wyciągnął jedną sadzonkę z doniczki. Szybko wsadzona z powrotem, odżyła. Ale… doniczka pozostawiona sama sobie, a właściwie psu… za późno  okazało się, że dwie kolejne sadzonki opuściły stałe miejsce pobytu. Już nie było czego ratować. Tak to bywa. Się nie zauważy, się przegapi i już  nie ma odwrotu. Chociaż zawsze warto spróbować, póki są korzenie.  W doniczce została ta pierwsza sadzonka, a pęk kwiatów lobelii trzyma się w wazonie.  Do czasu. Warto pamiętać o korzeniach, żeby można było wrócić …. na stałe, nie tylko kwitnąć w wazonie…

To jeszcze o tym, co już było w głowie, ale się dotąd nie zapisało:

 

DSC00039

Takich zestawów, jak ten na zdjęciu sporo. Niektóre, jak „Czerwony kapturek” mają jeszcze wersję kasetową.  Wielopokoleniowość wyznaczona nośnikami bajek w pięknym wykonaniu: „Kopciuszka” i wspomnianego wyżej Kapturka na czarnej płycie mogła słuchać babcia, na kasecie mama, a na kompakcie wnuczka. Nic nie zmyślam- można sprawdzić daty wydania. I wciąż warto słuchać. Pytanie- na jakim nośniku? Kasetowy odtwarzacz wzbudza radość kolejnego pokolenia, gdy opanuje już, którą stroną wkładać kasetę, jest zabawa na pół dnia. Miło jest wrócić do czarnej płyty, która zacinała się zawsze w tym samym miejscu: „Piotruś, Janku gdzie je(steście? Długo je)szcze? I odruch, kiedy się słucha bajki o Piotrusiu Panu z płyty kompaktowej, że w tym miejscu trzeba płytę przełożyć na drugą stronę. No tak, tę czarną, na adapterze „Bambino”, który się nie zachował. Na nowym gramofonie płyty trzeszczą, aż dreszcz przechodzi i cały klimat tamtego słuchania wraca. I wszystko wraca… Ale nie po to, żeby było żal … Tylko, żeby było pięknie….