Prawdziwy weekend

DSC00227

„Wspólnota miejscem radości i przebaczenia”- to tytuł jednej z książek, których autorem jest  Jean Vanier( założyciel l’Arche), a inicjatorem pierwszego pełnego polskiego wydania był śp. Janusz Krupski. Długo by o książce można, ale po prostu: to jedna z tych, które człowiekowi dają do myślenia i mogą go nawet trochę zmienić. A na pewno podpowiedzieć: Hej, ty, wspólnota jest także dla ciebie! Ale prawdziwy weekend nie był czasem czytania, choć ogrodowa huśtawka w słońcu kusiła, a niewysadzone na skalniak roślinki czekały już kolejny tydzień. Nagromadzenie zdarzeń to coś, co tygrysy lubią najbardziej. Najpierw było świętowanie 20-lecia l’Arche w Poznaniu. Wiele dobrych twarzy, niektóre niewidziane od dawna, inne znane, ale z zaskoczeniem odkrywane w tym miejscu. Dobro, autentyzm i historia pantomimą, zdjęciami i anegdotami opowiedziana. I potem trzeba biec w świat z takim zdaniem o jednej z asystentek: „jest jaka jest, ale jest!” Się człowiek uśmiał, szczerością zachwycił, a potem zreflektował, że to właśnie tak jest, że JEST! Że to właśnie, o to chodzi, żeby BYĆ, takim jakim się jest, ale BYĆ!

Dokąd to człowiek biegł? Na koncert Tadka Polkowskiego. Co to tam rapem i symfonicznie wybrzmieć może na 75 lat od utworzenia Polskiego Państwa Podziemnego( to tak z pozdrowieniem dla tych, co uważają, że świętuje się w Polsce tylko rocznice klęsk)? Ano może wybrzmieć tak, że się z darem łez człowiek nie kryje i się wdzięczność rodzi, bo cóż innego. Tu sobie można posłuchać : https://passionart.org.pl/video/.

Weekend się skończył, a tu ze sztuką dalej obcować czas- Żurawinka  na jabłka zaprasza( https://www.zurawinka.pl/news/viii-jesienny-wernisaz/57) . Na Wydziale Nauk Społecznych UAM w Poznaniu w holu budynku E rozgościli się twórcy z dziecięcym porażeniem mózgowym, ich rodzice i przyjaciele oraz ci, którzy chcieliby przyjaciółmi zostać.

Słów niewiele, ale za to ile  barw i kształtów. I jak tu nie cytować Norwida: ” Bo piękno na to jest, by zachwycało”. Bo zachwyca- do końca grudnia może się przekonać każdy , kto to miejsce odwiedzi.

Trzy różne wydarzenia? A może wcale nie? A może to wszystko jest jednym prawdziwym życiem? Z czasem na uśmiech, na zapał, na smutek, na wzruszenie? I na pytanie: a co ja w w tym wszystkim? Widz?

Salonowiec i lawenda albo Zuzanna za górami

DSC00029

Moda na przeszłość a raczej na grzebanie w przeszłości. Kłujesz się w paluszek zdezynfekowaną igłą i rozczarowanie, bo nie leci błękitna krew. To nie tak. To znaczy, jeśli chcesz, może być i tak. Ale po co? No właśnie, gdy zasiadasz przy starych fotografiach, pożółkłych dokumentach, szukasz omszałego grobu albo w kolejnej kępie drzew wypatrujesz zarysu murów, to po co to wszystko? Może po to, żeby wiedzieć, że to tu, że to stąd. Żeby wypatrzyć w tej sepii swój kształt nosa, wypukłość czoła, zadziorność spojrzenia, błysk w oku. Jestem taki po kimś konkretnym, jestem taki, bo przede mną ktoś był. Przeszłość może się zatrzeć i obrosnąć legendą, możesz tę legendę stworzyć i podtrzymywać. A możesz też zdjąć warstewkę lukru lub  zdmuchnąć kurz. Możesz nic nie robić, ale czuć więź. Ci przede mną są dla mnie wyzwaniem… a może wezwaniem? Do zwykłego życia w moich czasach tak, jakby to były ich czasy z takimi oczywistościami jak godność, honor, dotrzymywanie umów. Tu jest może ukryty sens wymagania od siebie, gdy inni już nie wymagają. Jak to nie wymagają? Jedno spojrzenie prababki w sepii wystarczy i dumna sylwetka pradziadka. Może być i więcej pra- , to nie jest istotą sprawy. Ściągnij łopatki i unieś głowę do góry nie dlatego, że umiesz wymienić kilka pokoleń wstecz, ale dlatego, że możesz spojrzeć spokojnie w lustro, w które i oni spoglądali. Tyle! A jeśli masz szczęście i grałeś w prawdziwego salonowca i przytulałeś się do postaci otulonej delikatnym lawendowym szalem, to się tym ciesz. I wymyśl coś, by ktoś po Tobie miał takie wspomnienie i żeby Twoje zdjęcie przypominało kiedyś  komuś o tym, kim jest….

Nie będzie pasztetu!

DSC00009

Coś mi się mocno wydaje, że zwierzęta pojawiają się w naszym życiu wtedy, gdy jesteśmy na nie gotowi. A zatem zwierzęta też? Jak wszystko inne ? Się pojawia lub nie, dlatego niektóre zwierzęta się nie pojawią, bo przenigdy nie będę gotowa na węża lub szczura. Brrr.

Ale tak w ogóle po co te zwierzęta? Taka gęś np. Ja pytam uprzejmie, kiedy będzie z niej pieczyste? No… nigdy … To za przeproszeniem, po co ona jest trzymana? Bo… jest sympatycznym zwierzęciem- wystarczy poczytać Konrada Lorenza, by już nigdy o nikim nie powiedzieć „głupia gęś”. a gęś jest przemiła w dotyku i ma niesamowicie niebieskie oczy. Zastępuje kosiarkę- jest dość staranna w skubaniu, acz wybredna, a za dokarmianie odwdzięcza się jajkami idealnymi do pieczenia i na wydmuszki. Gęś jednego z domowników nie lubi- syczy na kicię aż strach. Ale nie dla kici- ta zachowuje się, jakby jej najbliższą krewną była puma- sto pociech. W towarzystwie kici dwa psy- jeden chciałby się z nią bez przerwy bawić i trochę ucierpiały na tym kwiatowe grządki, bo jak kicia w kwiaty smyk, to pies zapomina, że przez prawie osiem lat swojego życia po zagonkach nie chodził. Sunia dla odmiany jest kociną mamką, wcześniej troszczyła się o królika, ale przez kratki tylko w nos go można polizać, a kicię da się wypielęgnować całą. A królik? Królik fuka i szaleje z radości, gdy dostaje króliczego dropsa. Jest jeszcze bojowy kogut i jego kury. I dzika kotka z kociątkiem, które wychyla łepek, gdy zza murka zobaczy przyglądającą mu się małą dziewczynkę i ma ochotę podbiec do ogrodowego węża w trakcie podlewania. Zwierzyniec …

Najprzyjemniej jest usiąść sobie i obserwować cichutko- pies na pewno przybiegnie pierwszy i ułoży się u stóp, od czasu do czasu spoglądając w górę, czy wszystko w porządku. Kicia przejdzie jakby od niechcenia, może wskoczy na kolana, może zajrzy do kubka, a może przebiegnie obok w pogoni za gęsim piórem. Królik złapie miskę w zęby i trzaśnie nią o dno klatki, jeśli zapomnisz, że powinien coś zjeść. Gęś przekrzywi zabawnie łepek, poskubie trawę tuż przy tobie, a potem poczłapie pluskać się w wanience. Dzika kotka przysiądzie w bezpiecznej odległości, wciąż wahająca się, ale pewna swojej miseczki. Co jakiś czas z kurnika odezwie się donośne gdakanie- będzie kogel- mogel!

Twardy orzech albo las, którego nie ma?

Niektórzy mówią, że takich lasów już nie ma, ze tylko parki i równe alejki, które ograniczają spacery do powielania nudnych schematów. I że w ten sposób ogranicza się wolność i decyduje za innych- mówią. I narzuca się styl, i gubi prawdę. A jednak las jest- niewielki, ale najbardziej prawdziwy z lasów. Żyją w nim ludki, które zajmują się najzwyklejszymi ludkowymi sprawami. Jest specjalista od kulinariów, świetny pływak, ten, co lubi dalekie wędrówki i obce języki oraz ten, dla którego bez piłki świat nie byłby ciekawy. żyją sobie ludki spokojnie i właściwie nie wchodzą sobie w drogę, no chyba że ten od kulinariów po raz trzeci w tym samym tygodniu przypali sos czekoladowy, a ten od pływania straci piąte okularki w miesiącu, bo go piłkarz przez nieuwagę futbolówką trafił. Takie tam zwykłe chwile zamieszania. Pokłócą się, pokrzyczą, pomarudzą- zależnie od temperamentu i znów jedna grupka wspólnie sałatkę owocową robi, inni delektują się najmocniejszą w lesie kawą i tak sobie życie płynie.  Ale zdarza się tak , że ludki zaczyna krzywdzić Ktoś. Może nawet nie wie, że je krzywdzi i wiele ludków też nie wie, że są krzywdzone. Otwierają się im oczy, bo oczy zawsze się otwierają w takich sytuacjach, najpierw niewiele par oczu, a potem jest ich coraz więcej. Ludki nie rozumieją, dlaczego Ktoś je krzywdzi. Przecież życie ludków jest opowiadaniem innym, że Ktoś jest fajny. Czy Ktoś nie wie, że to, co robi boli? Ludki nie mogą i nie chcą uwierzyć, że mógłby to robić specjalnie. Postanawiają Ktosiowi powiedzieć: Ktosiu to, co robisz boli,  wiesz? A przecież sam często mówisz, że nie wolno robić takich rzecz, które bolą. Delegacja ludków idzie do Ktosia, troszkę się boją, to jasne, ale wierzą, że w ich lesie można spokojnie szykować mocną kawę, pływać bardzo szybko i bardzo wolno, grać w piłkę. I wciąż pokazywać innym, że Ktoś jest fajny, że warto tu być w tym lesie. Czy ludkom się uda?

Wrześniowe impresje

Wytłumaczę się z milczenia w innym wpisie.

Teraz ten, żeby nie umknęło.

DSC00188

Wrzesień 2014- pierwsza a,  trzecia, a może czwarta ławka pod oknem, a w niej dwie małe dziewczynki- jasne włoski, ciemne włoski- kitki, spinki, opaski; jasne oczka, ciemne oczka- zaciekawione spojrzenia. Czy się polubią? Czy będą pożyczały sobie kredki, wymieniały karteczki z notesików albo naklejki? Czy w ich albumach ze zdjęciami będą pojawiały się ich uśmiechnięte buzie z kolejnych szkolnych lat? Czy spotkają się kiedyś jako dorosłe? A dziś pada deszcz, będzie rysowanie, opowiadanie o wakacjach, poznawanie dzieci z drugiej ławki pod oknem i tych, co siadły całkiem z tyłu.

Wrzesień 1975. Dwie małe dziewczynki nie wiadomo, jak się odnalazły w dużej szkole. Może na przerwie? Jedna z pierwszej a, druga z pierwszej c. Zapamiętane odwiedziny i kakao na podwieczorek, i listy krążące między domem a szpitalem, gdy jednej wycinano migdałki. A potem ta z pierwszej c zniknęła, wyjechała do rodziców, daleko, na zawsze. W mieszkaniu zamieszkał ktoś inny- ta z pierwszej a odwiedzała je potem nieraz. Nie było już listów, wymienianych karteczek, wspólnych powrotów ze szkoły. Tylko jedno zdjęcie ze ślubowania pierwszaków- tych z pierwszej a i tych z pierwszej c. Takie pierwsze dziecięce niespełnienie …..

Wrzesień 1939 . Dwie małe dziewczynki. Może miały być jeszcze uczone w domu, może miały chodzić już do pierwszej a,  do szkoły, do której formalnie były zapisane, nie wiadomo. Miały za to przygotowane plecaczki- nie było w nich szkolnych książek. Każdego wieczoru sprawdzana gotowość do drogi. I pewnego dnia w tę drogę wyruszyły. Wróciły po latach do miasta, ale już nie do domu, w którym był elementarz, choć dom stał …