Archiwum kategorii: kuchnia

Na jubileusz

Wszystko doskonale zaplanowane – 10 kul ciasta uszykowane, wszystkie chłodzą się w lodówce i sukcesywnie trafiają na blachy. Wszystko jak zwykle pod kontrolą. Wypełniają się pudełka.

I w chwili degustacji odkrycie, że … podstawowy składnik zawiódł. Robi się gorzko! Moja wina – nie sprawdziłam terminu. I co teraz?

A teraz nic. Po prostu tak się stało. Nie mam już czasu i możliwości, żeby operację powtórzyć. Oto ja! Mistrzyni świątecznych ciasteczek- 15 rodzajów i tysiąc z hakiem sztuk – naprawdę, kiedyś przeliczyłam. Jest druga w nocy – odkładam 2 czasopisma z przepisami na półkę i mój wzrok pada na datę – 1999 rok. A to znaczy, że już 25. raz po nie sięgnęłam. Ile dobrych wspomnień, bo to pieczenie odbywało się w różnych składach osobowych – nawet niemowlak nam kiedyś towarzyszył. Wykańczałam towarzystwo, działając do 2.00- 3.00 w nocy. Ach, jeszcze słynny przepis na precelki kardamonowe, który ma adnotację: „nigdy nie robić”, po trzech nieudanych próbach, niezwykle pracochłonnego formowania ciastek, które z piekarnika wychodziły twarde jak kamień. Przepis opatrzony komentarzem: „robić z potrójnej porcji”. I próba w którymś roku redukcji rodzajów, ale po ankiecie wśród zjadaczy tych moich wypieków okazało się, że każdy ma inne swoje ulubione i wyeliminować żadnych się nie da.

W tym roku wyeliminowały się same. Bywa. Został tylko piękny zapach w kuchni.

Pomyślałam sobie, że czasem tak jest. Człowiek bierze się za coś na pozór dobrego. Nie sprawdzi dokładnie składników. Nie zrobi po kolei – wtedy szkoda byłaby mniejsza ( jedna porcja ciastek u mnie). Wygląda pięknie, pachnie pięknie, będzie dobrze. A potem robi się za późno. Efekt jest gorzki.

Ciasto można usunąć i zapomnieć albo się serdecznie z siebie śmiać. Nie zawsze jest to możliwe. Warto sprawdzać składniki. Warto wiedzieć, co wybieram.

PS. Dla Motylka et consortes: ciasteczka będą w styczniu. Na bank!

Rozprawa o łupaniu orzechów

Lubię przeglądać ofertę akcesoriów kulinarnych w sklepach wszelakich. Ostatnio ubawiły mnie krajalnice absolutnie do wszystkiego, tyle, że każda do czegoś innego. Wyobraziłam sobie półkę w rustykalnej kuchni wypełnionej takimi cudeńkami. Czasem akcesoria bardzo praktyczne, inne urocze wielce się trafiają. Z moich ulubionych nabytków: „zębata” łyżeczka do grejfruta- wreszcie sok mi nie pryska na okulary oraz maleńka tarka do czekolady- jeśli ktoś ją ode mnie dostał dwa razy, to przepraszam, ale tak mi się spodobała, że weszła w prezentową pulę.  Nie za bardzo przepadam za warkotem w kuchni, więc mikser pojawia się wtedy, gdy to naprawdę konieczne. Bardzo lubię wyrabiać ciasto ręką- zwłaszcza drożdżowe i wtedy najczęściej dzwoni telefon od kogoś miłego. Gdyby któryś z moich aparatów trafił do serwisu, pewnie by tam znaleźli sporo „ciastowych” resztek.  Wiem, że warkot w kuchni łączy się z postępem, technologią i skracaniem czasu przygotowania. Są maszyny, które zrobią praktycznie wszystko- ciasto w 30 sekund, sałatkę warzywną w 3 minuty. Trzeba im tylko wrzucić, co trzeba i gdzie trzeba i wcisnąć przycisk. Zastanawiałam się, dlaczego ja tak do tych maszyn nie bardzo, kremówkę i białka też lubię ubijać trzepaczką, zwłaszcza, gdy się za pieczenie biorę około północy :). No i tak mi wyszło, że właśnie o ten czas chodzi. Czas spędzony na przygotowaniach: krojeniu warzyw do sałatki, wyrabianiu ciasta czy łupaniu orzechów. Siedziałam sobie wczoraj nad workiem z resztą orzechów. Łup, łup, łupiny odskakiwały w różne części tarasu, a potem wydłubywanie tego, co dobre. Z wielkiego worka mała miska orzechów w ciągu półtorej godziny w sumie, Można szybciej? Może i można, ale … taka robota wycisza. Siedzę sobie, robię jedną rzecz naraz. Nic mi nie warczy i nie zagłusza myśli. Bo to jest właśnie w tym najlepsze- można sobie porozmyślać. Płyną myśli, przychodzą wspomnienia i co najciekawsze, aż mnie to samą zaskoczyło, odleciały gdzieś te niefajne, o sprawach do załatwienia, o takich tam smuteczkach i troskach. Miałam czas i sobie ten czas płynął. Jeszcze wakacyjne wyjazdy się przypomniały i jakieś inne popołudnia na tym samym tarasie, i jakieś miłe spotkania. Nie trzeba się spieszyć przy łupaniu orzechów, a można się cieszyć. Tak po prostu.

Aneks kuchenny

DSC00030

Z kuchni do ogrodu- zaraz po śniadaniu, a z ogrodu do kuchni z tym, co się znalazło. Nie tylko szczaw i lebiodę. Taki był rytm dnia kiedyś dawno. I jest dziś, jak się uda. Ale z tym znalezionym działa się dalej już samodzielnie, kiedyś się tylko asystowało. A w ogrodzie na głodnego się nie chodziło. Mirabelki już się tu  pojawiły, a jadało się też morwy. Tak, tak, te, co spadają i plamią wszystko naokoło. Były czarne, były białe i były różowe- najsłodsze. Warto zrobić kogel- mogel z owocami, jak się ma jajka ze sprawdzonego źródła. A prawie wszystko, co się w ogrodzie znalazło, nadawało się do przetworzenia. Jak? Zawsze tak samo, eksperymentując. Najprostsza rzecz na świecie-kompot- garnek niech będzie na 2 litry wody, do tego cukier od kilku łyżek do pełnej szklanki- im kwaśniejszy owoc. Do wrzątku owoce, ile się zebrało, no dobra, niech będzie, że kilo. I się gotuje ok. 15 minut. Jak się zapomni, to i dłużej.

Nie kompot a dżem? Proszę bardzo- owoce rozgotować, potem dodać cukru- według zasady kompotowej. I gotować ok. 15-20 minut. I już. Prawda jest taka, że niektórych eksperymentów się nie powtarzało- dżem z morwy nie zyskał uznania,  w przeciwieństwie do tego ze złotej porzeczki.

Tak prosto, ale można i bardziej skomplikowanie, z dodatkami-jabłko i mięta, brzoskwinia i lawenda, bawiąc się w konfitury – 3 dni smażenia i odstawiania.

A można też eksperymentować na grządkach i w doniczkach- rukola niewielka a pyszna, roszponka smaczna i zdobna, chrzan ” z odzysku” wetknięty w ziemię się zadomowił, szczaw przesadzony się rozrósł. No natura po prostu- same cuda. A z podziwiania natury rodzą się  pytania i znajdują odpowiedzi. Dobrego próbowania!