Poważnie, to bałam się, że nie przyjdą, że jak trzeci rok z rzędu to część wyrosła, a część woli robić coś innego. A tu… nie wiem, ilu przybyło uczestników spotkania ze świętymi, może ktoś przeliczył skaczące, tańczące, bawiące się w samodzielnie organizowanego berka postaćki w strojach wszelakich: rycerskich, duchownych, męskich i bardzo kobiecych, starodawnych i współczesnych. Mikrusków i całkiem wyrośniętych. I te tony ciastek pieczonych w domu i cukierków do woli.I zaskakujący mnie porządek w oczekiwaniu na soczek lub herbatkę( zgadnijcie, co cieszyło się większym powodzeniem;)) A najfajniejsze jest to, że każdy z dorosłych zrobił po prostu swoją robotę i już. Bez zebrań, harmonogramów itp. Po prostu na rzucone hasło poszło z serducha! Po pierwsze otwartość na pomysły i ogromne zaufanie ze strony księdza proboszcza i pani w szkole, która porozdawała i ponawiała na lekcjach zaproszenia. I kochani rodzice, którzy przyprowadzili lub pozwolili przyjść swoim dzieciom. I dwie panie, które ślicznie zaaranżowały stoły, na które mamusie dostawiały kolejne pudełka z pieczonymi w domu ciastkami. I rodzice, którzy włączyli się w zabawy tak, jakbyśmy się wcześniej umawiali, kto nad czym czuwa, i inni rodzice, którzy porozdawali dzieciom obrazki na pamiątkę. To się nazywa doświadczanie wspólnoty i wielkiej, wielkiej radości. No i ,,, już się kombinuje, co by tu w przyszłym roku.

