Archiwum kategorii: źródła

Twoja pora roku

Pogubiły się kabelki, wszystkie trzy, bluetooth się zbuntował, więc znów bez zdjęcia, ale inaczej ten wpis nie powstanie. Trudno. Tyle wstępu.

Pierwszy letni wieczór. Okno przymknięte, bo kot w pokoju niby śpi, ale na pewno nie przepuściłby okazji wyjścia na dach, a ja za tym nie przepadam. No cóż, to przez to przymknięte okno niech wpadają: ptasi koncert, zapach jaśminu i lekki wietrzyk . Nie chce mi się już wychodzić, by za jakieś pół godzinki wypatrywać świetlików. Uwieczniłam jednego samotnego kilka dni temu, ale przez zapodziane kabelki nie pokażę tej kropeczki na czarnym tle.

Czyja jest ta pora roku? Twoja i moja. To pora , w której się dojrzewa. Jak co roku okazuje się, że na coś jest już za późno. Gdzieś w szufladzie zostały pudełka z nasionami kosmosków i dziwaczków. Już ich nie wysieję. Na sadzenie niektórych roślin, realizację zaniedbanych planów i pomysłów ogródkowych też już nie czas. Trudno. To jest pora nauki rezygnowania i godzenia się na to, czego już się nie zmieni. Źle obsadzone grządki już nie do poprawienia. To jest pora wzrastania tego, co się zasiało, posadziło, zasiliło i umocniło. Czas kwitnienia minął. Co się zawiązało, ma szansę zaowocować. Część kwiatów zachwyciła, obudziła nadzieję, a potem opadła. Tak miało być. To jest czas rozumienia i odnajdywania tu i teraz. To jest czas robienia ogrodowych planów na kolejny rok, A tych innych? Jeśli ich czas już minął, to minął i już. Jeśli nie da się ich przełożyć na inny czas to nic. To jest pora dojrzewania, ale nie pora smutku. To jest pora realizmu i optymizmu. To jest Twoja i moja pora. Właśnie ta, właśnie taka i właśnie teraz. Niech trwa!

Sędziwa wiosna

No cóż, odcinków przedwiosennych miało być więcej, ale przerzucam je na przyszły rok, a tymczasem wiosna! Na parapecie jeden z hiacyntów przyspieszył zdecydowanie, drugi jeszcze niepewnie wychyla się z cebulki. Kontrola ogródka wykryła jednego krokusa barwy żółtej, który zaczyna pokazywać, na ile go stać, drugiego na dobrej drodze oraz pierwszego narcyza w podobnym stadium. Poza tym victoria! Wszystkie cebulki przetrwały i w każdym dołku coś zielonego jest. No dobra, niektóre jednak za głęboko posadziłam, to się trochę męczą, ale dają radę.

W mojej okolicy jest kilka ogrodów, o które dbają seniorzy i to nie ci  60+( tak zgodnie z ustawą zdefiniowano osobę starszą), ale naprawdę sędziwi ludzie. Niezwykle urzekające jest obserwowanie postępów  ich pracy- każdego dnia po troszeczku i efekt jest! Stały rytm dnia, trochę pracy, trochę przerwy. Nie porywają się na czyny niezwykłe- nie przestanę, aż skończę. Nie planują: dzisiaj zrobię to i to. Wychodzą do ogrodu i grabią- jeden, drugi, trzeci dzień. Gdy czwartego brak siły, odpoczywają. Szykują grządki- starannie, najpierw prosząc kogoś o przekopanie rabatki. Nie, nie muszą sobie udowadniać, że potrafią. pewnie, że potrafią, ale te siły lepiej spożytkować na coś innego, skoro można poprosić o pomoc. Na równiutkich grządkach posieją i posadzą- pomaleńku, według kalendarza, wszystko ma swoją kolej. A potem będą konsekwentnie, regularnie pielęgnować. bez weekendowych zrywów, bez wyrzutów sumienia, że się zaniedbało, bez wielkich planów, które pozostają planami. Tylko systematycznie kawałek po kawałeczku, dzień po dniu, tyle, ile się uda, a jak się nie uda, to trudno, kolejny krok jutro. Może to właśnie tak zdobywa się niebo? I dlatego sędziwa wiosna ma sens!

Przed wiosną- cz.3

Na poddaszu od północnej strony termometr wskazuje +15, słońce przepiękne, więc zamiast sobotnich domowych były sobotnie ogrodowe porządki. Meldunek z domu: grudnik zakwitnie jednak szybciej niż hiacynty, a stewia okazuje się roślinką wieloletnią, pięknie odbiła od korzeni.

A tymczasem w ogrodzie ….. Jest coś naprawdę urokliwego w tym wygrzebywaniu zielonych roślinek spod zgniłych liści i zeschniętych patyczków. Rozgarniasz rękami zeszłoroczny bałagan, przerzucasz do kompostowego wiaderka, rozgrabiasz leciutko ziemię, a tu kiełek, a tu pęd, a tu całkiem już spora trawka. A jeszcze przed chwilą zdawało się, że nic tu nie ma, żadnego życia, sto procent martwoty. I że tak już zostanie. Można było przejść obok, nie ruszać, ale nie, warto było grzebnąć, warto było rozgarnąć. Zawsze warto! Tylko trzeba się do tego rozgrzebywania i pozbywania „bez- życia” zmobilizować. I to jest temat! Na całe czterdzieści dni. Ale skoro jest życie ….

Lina

Gdyby twój przyjaciel wybierał się na spacer bardzo piękną drogą, która kończy się przepaścią, czy powiedziałbyś mu o niej? Gdyby twoje dziecko chciało złapać przepiękną w kształcie i kolorze rozżarzoną żarówkę, czy  przytrzymałbyś jego rączkę, by ochronić  przed poparzeniem? Pewnie bez wahania odpowiadasz: tak, oczywiście, to jasne, to mój przyjaciel, moje dziecko, nie chcę, żeby stała mu się krzywda. Co za pytanie w ogóle! Takie to proste.

Otóż to wcale nie jest proste. Oto twój przyjaciel chce zrobić krok, który prowadzi ku przepaści. Nie podoba ci się to, ale przecież to jego życie, jego szczęście, jak mogę się wtrącać. Twoje dziecko zbliża rękę do czegoś, co wcześniej czy później zada mu ogromny ból i to być może z niegojącą się raną  na zawsze. To jego sprawa, jego szczęście, nie mogę go zranić, odwróci się ode mnie.

Przepaść w górach i gorącą żarówkę w lampce nocnej widzisz i to jest ta różnica. Widzisz i wiesz, że nie ma możliwości, żeby w przepaść nie wpaść, jak się zrobi krok więcej, a żarówką nie oparzyć, gdy się jej dotknie. Dlaczego wydaje ci się, że w tych innych sytuacjach uda się skutków uniknąć, że można zmrużyć oczy i problemu nie będzie? Że w sumie inni też tak robią i są szczęśliwi.

Kilkanaście lat temu mogłam zginąć na przejściu dla pieszych. Zrobiłam krok przed stojącym samochodem, gdy na drugim pasie pojawił się mądrala jakich wiele. Moja mama złapała mnie w ostatniej chwili za nadgarstek i pociągnęła. Zabolało  i to na dłużej. Swoją drogą, skąd miała w sobie tyle siły, nie byłam już wtedy dzieckiem? Mamy tak mają. Czasami muszą znaleźć w sobie siłę, nawet za cenę bólu dziecka. Mama wyjmie dziecku drzazgę, choć wie, że zawyje z bólu, ale przecież nie może pozwolić, by rozwinęło się zakażenie. A dzieci czasem drzazgi ukrywają. Mamo, babciu, siostro nie bójcie się! Czasami naprawdę trzeba. Przecież kochacie!

A ty przyjacielu? Jeśli jesteś pytany, nie bój się powiedzieć tak, jak myślisz. Jeśli nie jesteś pytany, czekaj, bądź obok.

A jeśli nie masz odwagi? A jeśli inni mówią ci: siedź cicho, nie odbieraj prawa do szczęścia? Wtedy bądź gotów i czekaj.  Z tej przepaści można wydobyć się tak długo, jak długo bije serce tego, kto wpadł, do ostatniego uderzenia. Pleć linę i czekaj. Różaniec za różańcem umocnią sploty. I nawet jeśli miałoby to stać się w ostatniej chwili życia, to się stanie. Niech tylko ta lina się kołysze, żeby można było po nią sięgnąć. Ufaj.

Po ciszy. Dla Motylka.

Tak, tak, minął rok, a po jego połowie Motylek upomniał się o wpisy. Początkowo ta cisza nie była zamierzona, potem tak wyszło, a potem się utwierdziło. No i odłożyło się do dzisiaj. Spokojnie, nie będzie żadnych podsumowań minionego, za to wkrótce będzie o milczeniu i ciszy tak w ogóle. A dziś będzie o motywacji. Dzięki Motylku!  Czasem się szuka motywu, czasem motywacji. Słownik  PWN podpowiada, że motywacja to coś, co powoduje podjęcie jakichś działań lub decyzji.Czy bez niej można w ogóle coś robić? Czy ważne jest, jaka motywacja kieruje? Bez motywacji nie potrafię, a to jak robię, od motywacji trochę, a czasem bardzo zależy. Czy działam tylko dla ZUSu i zdrowotnego, czy działam z pasji itp? Można i tak, i tak, a najczęściej jest się gdzieś pośrodku. A jak się  jest  pośrodku, to się szarpie raz w tę, raz w tę albo jest się szarpanym. A szarpanie boli. I ciśnienie może wzrosnąć. Dlatego lepiej się zdecydować i podjąć decyzję jakąkolwiek, ale ciach i już. Albo robię, bo muszę i zaciskam zęby, a czasem zamykam oczy i uszy na to, na co nie mam wpływu, albo robię, bo lubię i … zaciskam zęby, a czasem zamykam oczy i uszy na to, na co nie mam wpływu. Żeby to tak można ciach i już i do tematu nie wracać. Akurat!

Przepadałam za zabawą aptekarskimi wagami mojego Dziadka- szylkretowe szalki bujały się na cieniutkich niteczkach, a ja delikatnie dokładałam odważniczki, niektóre wielkości paznokcia, całkiem płaskie. Wyciągałam je ostrożnie z pudełeczka i cały czas starałam się utrzymać równowagę szalek. Gdy było się nieuważnym, szalki spadały, niteczki się plątały i całą zabawę zaczynało się od nowa. Ale gdyby ta waga miała pokazywać równowagę między tym, co zusowo-zdrowotne i tym co sercem i pasją budowane, to chyba lepiej, że czasem na ramieniu wagi przysiądzie Motylek, jest tak delikatny, że nie zrzuci szalek, ale leciutko przechyli jedną z nich. i już. Dzięki Motylku za motywację, naprawdę.

Bo gdy się milczy, milczy, milczy ….

…” to apetyt rośnie wilczy” dośpiewałby „Czerwony Tulipan. I coś w tym jest, ale to dośpiewanie poprowadziłoby mnie nieco z boku pomysłu na pierwszy tegoroczny wpis i w ogóle znów po dłuższej przerwie. To idąc za pomysłem, pozostanę przy pierwszych słowach. Milczeć czy pisać – pytanie trochę głupie na blogu, który przecież nie dla milczenia powstał. A jednak …  Kiedy wrzucasz kamyk do wody, możesz przez chwilę obserwować kręgi, ale gdy w to samo miejsce spojrzysz po paru minutach, nawet najmniejsza fałdka na wodzie nie wskaże miejsca, w które wpadł. Gdybyś zrobił zdjęcie tuż po wrzuceniu kamienia, utrwaliłbyś to miejsce na zawsze. I dlatego zastanawiam się czasem- utrwalać czy nie? Pozostawiać te kręgi czy pozwalać im zanikać, bo tak mają w naturze? Dlaczego i po co? Odpowiedź na pytanie „dlaczego” jest o wiele łatwiejsza niż odpowiedź na pytanie ” po co”. Albo inaczej, klikając „enter” po wpisie, człowiek częściej kieruje się odpowiedzią na pytanie „dlaczego” niż „po co”. Się wytłumaczę już! Odpowiedź na pytanie pierwsze jest odpowiedzią na moje potrzeby, wewnętrzne przymusy i tak dalej- uzewnętrznić, podzielić się , wyrzucić z siebie, zareagować. Odpowiedź na pytanie „po co” jest związana ze spojrzeniem na czytelnika- czemu to posłuży, jak on to odczyta, co stanie się dalej pod wpływem kilku czasem słów. I dlatego czasem się milczy, choć wszystko wyrywa się do opisania. Że przesada? Może… a może nie …

Ktoś spisywał swoje „dzień po dniu” – jak było, bez podkolorowań i złagodzeń. Z emocjami, a emocji było dużo. Pisał, odpowiadając sobie na pytanie „dlaczego?”- chciał wszystko zapamiętać, wypłakać się czasem, wyżalić, a czasem wypisać się ze zwykłej lub niezwykłej  radości. Ale gdy osiągnął słuszny wiek, gdy człowiek przestaje się tak bardzo dziwić, a zaczyna się godzić, zadał pytanie „po co?”. Wyobraził sobie siebie z tego czasu zdziwienia, gdy sięga po teksty kogoś, kto już się przestał i dziwić, i godzić, kto już nie musi wierzyć, bo się dowiedział, jak jest. W wyobraźni zobaczył siebie pochylającego się nad tymi smutnymi tekstami, takimi trochę dla własnej ” terapii” pisanymi i … poczuł wielki ciężar w sercu, ciężar odkrywania prawdy, a może raczej spojrzenia na rzeczywistość w bardzo konkretnym momencie- czy to jest prawda? I wtedy zrozumiał, że nie to chciałby pozostawić kolejnym zadziwianym wędrującym ku godzeniu się i ku  wiecznej wiedzy po ufnej wierze, nie to. Odtąd pisał dalej dzień po dniu, ale tylko o tym, co dawało mu radość. Dzień po dniu … czasem pisał dzień po dniu milczenia. Nie chciał utrwalać kręgów na jeziorze po wszystkich kamieniach. Przecież jego czytelnik będzie wiedział, że one są na dnie, że tam wpadły, jak wpadają w życiu każdego, także te o ostrych brzegach. Pisał tylko o tych zachwycających cętkowanych, pasiastych i całkiem gładkich, owalnych i pięknie pasujących do dłoni, o tych, po których kręgi zanikały tak samo jak po tych brzydkich i ostrych, ale pisał, by te utrwalić. Dlaczego? Bo chciał móc sobie o nich przypominać. Po co? Bo chciał podarować swoje wspomnienia o radości, chciał je zostawić dla innych. Nie tylko po to, żeby czytali piękne słowa, ale by chciało im się szukać własnych kamyków- tych pasiastych, cętkowanych, owalnych i gładkich. Pewnie znał Norwida ” Bo piękno na to jest …. „. A może wpadł na to sam …, gdy już przestał się dziwić, a zaczął godzić, a może docenił sens milczenia jako znaku?

święci moi znajomi

Po parafialnym spotkaniu ze świętymi usiadłam sobie z dobrą herbatą w kubku i ciastkiem i zaczęłam się zastanawiać nad listą moich ulubionych świętych.  Pierwsze miejsca zajmują ci, którzy towarzyszą mi od dzieciństwa poprzez dwie książki. Pierwsza to owinięta w pakowy papier z nadanym kolejnym numerem, stojąca na półce u mojej Babci- matki chrzestnej w zasięgu wzroku kilkulatka. Naprawdę nie pamiętam, kiedy na nią zwróciłam uwagę, mam wrażenie, że była w moim życiu zawsze. Może Babcia czytała mi fragmenty, nie wiem, ale pamiętam własną lekturę najpierw historii z dzieciństwa Teresy, a potem już całych „Dziejów duszy”. Tłumaczenie było takie dawne, może nieco rzewne, ale bardzo mi się podobało. Potem pojawił się „Żółty zeszyt”, a na końcu poezja najpierw w wersji oryginalnej. Ostatnio zachwyciło wykonanie tej poezji przez poznański zespół „Arete”. Lubię w Teresie jej dziecięce „wszystko”. Jej wchodzenie do ojca krok po kroku, jej bycie małym ptaszkiem i piłką dla Jezusa. Nie, to nie jest rzewne i nawiedzone( poczytajcie „Dzieje duszy” w nowych tłumaczeniach), to jest naturalne i proste. Bardzo zwykłe i bardzo niezwykłe. Przepadam za zdjęciem piętnastoletniej Teresy uczesanej w kok- tak jechała do papieża po zgodę na wstąpienie do Karmelu- myślę o jej niesamowitej determinacji. To tyle o Teresie.

Na białym metalowym regale zajmującym całą ścianę pokoju w starej kamienicy stała sobie niebieska książka z granatowym płóciennym grzbietem : „O Janku przywódcy młodzieży” Marii Kączkowskiej. Ile razy ja tę książkę przeczytałam, wciąż zachwycając się jej „starodawnością”! I polubiłam św. Jana Bosco niesamowicie.  Jedną z moich większych radości była wizyta w Turynie dopiero kilka lat temu- odchodzić mi się nie chciało od pamiątek ze świętym związanych( jego strój np.). I jest on na pewno patronem wszystkich moich działań z dziećmi – chciałabym porządnie zabrać się za jego „słówka” wszelkie.

Trzecia osoba, która jest mi bardzo bliska to święta Teresa z Avila. Tę poznałam jako studentka i to… we Francji przez przyjaciół. Teresa to kobieta z krwi i kości, twarda i konkretna, która działała niesamowicie będąc w wieku 50+. I to mi się podoba niezmiernie. Pierwsze skojarzenie z Teresą to definicja modlitwy jako „przyjacielskiego obcowania z Bogiem”.

Dalej chyba jest miejsce św.Pawła- ze względu na oścień i charakter, to, że się robi to, czego się nie chce i to, że się bierze udział w zawodach do końca. Jest też św. Faustyna, z którą łączy mnie pewna data, a do „Dzienniczka” musiałam dorosnąć. Dziś niektóre teksty wracają z muzyką Zbigniewa Małkowicza, w interpretacji jego żony Marzeny.

A z tych, którzy czekają na uznanie świętości fascynuje cesarzowa Zyta.

Lubię czytać o świętych, lubię poznawać ich prawdziwe historie, nie takie lukrowane. Ostatnio w związku z kanonizacją św. Zelli i Ludwika Martinów- rodziców św. Teresy, miałam pełen przegląd pisania o tej parze. I tu jest najlepszy moim zdaniem tekst : https://gloskarmelu.pl/?p=2441 . Dobrego czytania i spotkań z ulubionymi świętymi.

Nieuzasadnione obawy

Poważnie, to bałam się, że nie przyjdą, że jak trzeci rok z rzędu to część wyrosła, a część woli robić coś innego. A tu… nie wiem, ilu przybyło uczestników spotkania ze świętymi, może ktoś przeliczył skaczące, tańczące, bawiące się w samodzielnie organizowanego berka postaćki w strojach wszelakich: rycerskich, duchownych, męskich i bardzo kobiecych, starodawnych i współczesnych. Mikrusków i całkiem wyrośniętych. I te tony ciastek pieczonych w domu i cukierków do woli.I zaskakujący mnie porządek w oczekiwaniu na  soczek lub herbatkę( zgadnijcie, co cieszyło się większym powodzeniem;)) A najfajniejsze jest to, że każdy z dorosłych zrobił po prostu swoją robotę i już. Bez zebrań, harmonogramów itp. Po prostu na rzucone hasło poszło z serducha! Po pierwsze otwartość na pomysły i ogromne zaufanie ze strony księdza proboszcza i pani w szkole, która porozdawała i ponawiała na lekcjach zaproszenia. I kochani rodzice, którzy przyprowadzili lub pozwolili przyjść swoim dzieciom. I dwie panie, które ślicznie zaaranżowały stoły, na które mamusie dostawiały kolejne pudełka z pieczonymi w domu  ciastkami. I rodzice, którzy włączyli się w zabawy tak, jakbyśmy się wcześniej umawiali, kto nad czym czuwa, i inni rodzice, którzy porozdawali dzieciom obrazki na pamiątkę. To się nazywa doświadczanie wspólnoty i wielkiej, wielkiej radości. No i ,,, już się kombinuje, co by tu w przyszłym roku. 1904251_870057783027462_6674458366132923186_n 1808-helena_1 c25

Z powinszowaniem imienin

No to tak- miało być codziennie i nie wyszło. Ale tak naprawdę tylko raz, bo mi się oczy nad klawiaturą zamykały. A potem przerwa była już celowa. Postanowiłam ją wykorzystać. A wpis ma być o tym, że bardzo lubię imieniny. I już.

Jak się ma to imię, co ja, to okazji do świętowania jest średnio trzy w miesiącu i można się nieźle ukryć z właściwą datą. To miłe, gdy we wszystkie większe święta maryjne pytają, czy to aby nie dziś. Nawet jak nie dziś, to życzenia zawsze przyjmuję. A intensywniej otrzymuję je między 15 sierpnia a 12 września- aż cztery dni w tym czasie „moje”. Są takie osoby, które co roku w jeden z tych dni się odzywają. Jeden z nich to ten prawdziwy. Spodobało mi się podtrzymywanie dawnego zwyczaju, że solenizant w dzień imienin jest po prostu gotów i nie zaprasza specjalnie gości. Nie do końca tak się da, ze względu na obowiązki wszelakie, czasem trzeba ustalić godzinę, ale generalnie się sprawdza- zawsze tego dnia można wpaść na herbatę/kawę  i coś. Tylko, że niektórzy się krępują. Kiedyś był jeszcze jeden dobry obyczaj- wyznaczone dni, w których przyjmowano wizyty. Powie ktoś, że tak jakoś z pańska zabrzmiało. Ale to logiczne było bardzo, jak cały świat dobrych manier ( oczywiście nie w wersji wydziwaczonej, czasem dziś nam serwowanej). Jeśli wiedziałam, ze w czwartek o 11.00 zastanę zawsze w domu panią i pana X, to nikogo nie stawiało się w niezręcznej sytuacji, czyż nie?Ani wizytą nie w porę, ani brakiem czasu na przyjmowanie gości, takie proste.  Ale wracam do tematu głównego.

Dlaczego ja tak lubię te imieniny? Trochę dlatego, że dzieliłam je kiedyś z moją Mamą  Chrzestną. Trochę dlatego, że są  w pięknej porze roku- osładzają schyłek lata gruszkami i śliwkami. I wreszcie, bo uświadamiają, jak dobrze mieć wokół siebie bliskich ludzi. Tak całkiem po prostu.  A ci bliscy mnie znają, czemu dają wyraz w życzeniach. Jestem chomik i przechowuję, co tylko się da. Więc mam życzenia z czasów, gdy byłam naprawdę mała z uroczym tekstem: „treść wymyśli czytający zależnie od bieżących potrzeb”. Niektóre są pięknie wykaligrafowane, równiutkim pismem, którego dziś już nikt nie uczy. Są kupki życzeń od lat od tych samych osób- niektóre kupki przestały rosnąć, bo drogi się rozchodzą, tak to w życiu bywa, ale wierzę, że te życzenia zachowują ważność i dziś. No i są życzenia składane wprost. Zasłuchałam się w tym roku  w te słowa, bo one mają dla mnie znaczenie, wszystkie. I niech się spełnią. Bo miło, gdy ktoś zapamięta, co dla ciebie ważne albo zwróci uwagę na to, co łączy, co się dzieje dzięki naszej znajomości. I teraz mam tylko jeden problem, skoro ktoś tak stara się dla mnie, żebym i ja umiała się postarać- dostrzec coś, zapamiętać, a potem zaskoczyć i ucieszyć.

Ja ucieszyłam się w tym roku mnóstwem rzeczy: od samego rana niespodzianką, którą zrobił ktoś, kto musiał baaardzo wcześnie wstać, żeby się udała, aż do środka nocy, gdy nie chciało nam się rozstawać.  To był bardzo miły dzień. A zatem z powinszowaniem imienin i dla Was we właściwym czasie.

Miało być jeszcze o prezentach i imieninach w pracy, ale to już innym razem, bo kto to da radę przeczytać na raz.

 

 

Royal weddings ….

No i zrobiła się mała przerwa planowa, ale o tym jutro, dziś o ślubach.

Najpierw ten pierwszy zapamiętany- jednej z ukochanych kuzynek. Najważniejszy był bukiecik pachnącego groszku dla panny młodej i nowe klapki w kolorze wiśniowym na nogach dziesięcioletnego wówczas uczestnika uroczystości. Potem były inne- osób najbliższych sercu, wyczekiwane, kilka dwujęzycznych, w innym obrządku, te w wielkich katedrach, te w malutkich sanktuariach i te, które się nie wydarzyły.

I ten dzisiejszy… Mały przebłysk Nieba. Nie tylko dlatego, że po zimnym i trochę deszczowym tygodniu pogoda zrobiła się przepiękna . Na zwykłym osiedlu, najwzyklejszy kościół parafialny i wydarzyło się coś niezwykłego. Było anielsko i… bardzo przytulnie, tak,  to chyba najlepsze słowo, choć może zaskakuje. Po prostu było jak w domu, wszystko na swoim miejscu. Były drżące , wzruszone głosy, byli najbliżsi i znajomi w różnych okolicznościach poznani. Byli najstarsi i słodkie w swoich odświętnych strojach brzdące. Było piękne czytanie i śpiew- dziewczęco i wdzięcznie. I było to, co spaja. Było to, co poprowadzi w drogę. Było takie poczucie, że to naprawdę o to chodzi, że po to tu jesteśmy. Że to ma sens powiedzieć sobie ” aż do śmierci”, że te słowa  mają wagę i że to naprawdę jest możliwe, gdy zaczyna się właśnie tak. I było zaproszenie do stołu, takie od serca i było dużo ciepła w każdym wypowiedzianym słowie.

Dlaczego było właśnie tak?  Może dlatego, że nie chodziło w tym o zwyczaj, tradycję? A może było tak ze względu na osoby? A może było tak, bo celebrans nas poprowadził, pokazał całe piękno, jakie w takim momencie może być i czemu to piękno z dziś posłużyć może kiedyś? A może to tajemnica, że czasem po prostu doświadcza się skrawka Nieba?