Archiwum kategorii: ogród

Twoja pora roku

Pogubiły się kabelki, wszystkie trzy, bluetooth się zbuntował, więc znów bez zdjęcia, ale inaczej ten wpis nie powstanie. Trudno. Tyle wstępu.

Pierwszy letni wieczór. Okno przymknięte, bo kot w pokoju niby śpi, ale na pewno nie przepuściłby okazji wyjścia na dach, a ja za tym nie przepadam. No cóż, to przez to przymknięte okno niech wpadają: ptasi koncert, zapach jaśminu i lekki wietrzyk . Nie chce mi się już wychodzić, by za jakieś pół godzinki wypatrywać świetlików. Uwieczniłam jednego samotnego kilka dni temu, ale przez zapodziane kabelki nie pokażę tej kropeczki na czarnym tle.

Czyja jest ta pora roku? Twoja i moja. To pora , w której się dojrzewa. Jak co roku okazuje się, że na coś jest już za późno. Gdzieś w szufladzie zostały pudełka z nasionami kosmosków i dziwaczków. Już ich nie wysieję. Na sadzenie niektórych roślin, realizację zaniedbanych planów i pomysłów ogródkowych też już nie czas. Trudno. To jest pora nauki rezygnowania i godzenia się na to, czego już się nie zmieni. Źle obsadzone grządki już nie do poprawienia. To jest pora wzrastania tego, co się zasiało, posadziło, zasiliło i umocniło. Czas kwitnienia minął. Co się zawiązało, ma szansę zaowocować. Część kwiatów zachwyciła, obudziła nadzieję, a potem opadła. Tak miało być. To jest czas rozumienia i odnajdywania tu i teraz. To jest czas robienia ogrodowych planów na kolejny rok, A tych innych? Jeśli ich czas już minął, to minął i już. Jeśli nie da się ich przełożyć na inny czas to nic. To jest pora dojrzewania, ale nie pora smutku. To jest pora realizmu i optymizmu. To jest Twoja i moja pora. Właśnie ta, właśnie taka i właśnie teraz. Niech trwa!

Sędziwa wiosna

No cóż, odcinków przedwiosennych miało być więcej, ale przerzucam je na przyszły rok, a tymczasem wiosna! Na parapecie jeden z hiacyntów przyspieszył zdecydowanie, drugi jeszcze niepewnie wychyla się z cebulki. Kontrola ogródka wykryła jednego krokusa barwy żółtej, który zaczyna pokazywać, na ile go stać, drugiego na dobrej drodze oraz pierwszego narcyza w podobnym stadium. Poza tym victoria! Wszystkie cebulki przetrwały i w każdym dołku coś zielonego jest. No dobra, niektóre jednak za głęboko posadziłam, to się trochę męczą, ale dają radę.

W mojej okolicy jest kilka ogrodów, o które dbają seniorzy i to nie ci  60+( tak zgodnie z ustawą zdefiniowano osobę starszą), ale naprawdę sędziwi ludzie. Niezwykle urzekające jest obserwowanie postępów  ich pracy- każdego dnia po troszeczku i efekt jest! Stały rytm dnia, trochę pracy, trochę przerwy. Nie porywają się na czyny niezwykłe- nie przestanę, aż skończę. Nie planują: dzisiaj zrobię to i to. Wychodzą do ogrodu i grabią- jeden, drugi, trzeci dzień. Gdy czwartego brak siły, odpoczywają. Szykują grządki- starannie, najpierw prosząc kogoś o przekopanie rabatki. Nie, nie muszą sobie udowadniać, że potrafią. pewnie, że potrafią, ale te siły lepiej spożytkować na coś innego, skoro można poprosić o pomoc. Na równiutkich grządkach posieją i posadzą- pomaleńku, według kalendarza, wszystko ma swoją kolej. A potem będą konsekwentnie, regularnie pielęgnować. bez weekendowych zrywów, bez wyrzutów sumienia, że się zaniedbało, bez wielkich planów, które pozostają planami. Tylko systematycznie kawałek po kawałeczku, dzień po dniu, tyle, ile się uda, a jak się nie uda, to trudno, kolejny krok jutro. Może to właśnie tak zdobywa się niebo? I dlatego sędziwa wiosna ma sens!

Przed wiosną- cz.3

Na poddaszu od północnej strony termometr wskazuje +15, słońce przepiękne, więc zamiast sobotnich domowych były sobotnie ogrodowe porządki. Meldunek z domu: grudnik zakwitnie jednak szybciej niż hiacynty, a stewia okazuje się roślinką wieloletnią, pięknie odbiła od korzeni.

A tymczasem w ogrodzie ….. Jest coś naprawdę urokliwego w tym wygrzebywaniu zielonych roślinek spod zgniłych liści i zeschniętych patyczków. Rozgarniasz rękami zeszłoroczny bałagan, przerzucasz do kompostowego wiaderka, rozgrabiasz leciutko ziemię, a tu kiełek, a tu pęd, a tu całkiem już spora trawka. A jeszcze przed chwilą zdawało się, że nic tu nie ma, żadnego życia, sto procent martwoty. I że tak już zostanie. Można było przejść obok, nie ruszać, ale nie, warto było grzebnąć, warto było rozgarnąć. Zawsze warto! Tylko trzeba się do tego rozgrzebywania i pozbywania „bez- życia” zmobilizować. I to jest temat! Na całe czterdzieści dni. Ale skoro jest życie ….

Przed wiosną- cz.2

Część druga tego opisu była gotowa praktycznie razem z pierwszą. Przedwiosenny czas odsłania wszelkie nagości i brzydotę w pełnym świetle, gdy dnia przybywa. Jesienią nie rzuca się ona tak bardzo w oczy, bo marzymy tylko o jednym, by w taki bury czas szybko znaleźć się w ciepłym i oświetlonym domu. Jesień – wiosna- dwa różne spojrzenia na to samo. Tyle streszczenia.

Ciąg dalszy miał być przewrotnym pytaniem o wiarę w budzenie się świata wciąż na nowo, w odradzanie się tego co dobre, w kolejną szansę.  Zgniłe liście, mokra, szara gleba,  wszystkie paskudztwa na wierzchu i z tego ma coś wyrosnąć? Zaglądałam przez dwa tygodnie w zakątki i stanowiska, na których jesienną porą sadziłam cebulki. Szaro, brudno i zgnilizna, a z ziemi nic nie wyłazi, choć według ogrodniczych doniesień internetowych gdzie indziej już się pojawiło. Nornice zeżarły cebulki, posadziłam je za głęboko, nie dadzą rady; posadziłam je za płytko i przemarzły. Koniec, nie będzie kolorowo na wiosnę. I miał być wpis o tym, że to może tylko takie gadanie o tej wiośnie, przereklamowane i że nie zawsze budzi się to, co zasnęło, kiełkuje to, co posiane i że w ogóle ostrożnie, bądźmy realistami. Taki był pomysł aż do poniedziałku. W poniedziałek wybrałam się znów w znajome miejsce i … Mam za swoje. a jednak wyłażą- śnieżyce, krokusy i coś jeszcze, tylko nie pamiętam, co tam wsadziłam. A więc jednak wiosna! A więc jednak życie! Choćby nie wiem, ile tej zgnilizny było, zbutwiałych liści i patyków, których nie chciało się posprzątać jesienią, choćby ziemia wyglądała na kompletnie martwą, jeśli coś posiano, posadzono, warto uwierzyć i poczekać. Wzejdzie!

Przed wiosną odcinek 1. w dwóch odsłonach

Odsłona pierwsza

W ubiegłym tygodniu zadawałam spotykanym ludziom pytanie, czy zima odpuszcza całkowicie, czy to tylko tak na chwilę. Spodziewałam się odpowiedzi w stylu informacyjnym: ” prognozy mówią, że …”, emocjonalnym :”oby już sobie poszła na dobre” itp. Tymczasem rozmowy zwyczajnie się nie kleiły, ciekawe dlaczego, może już nie chce nam się rozmawiać nawet o pogodzie? Ale nie przysmucamy, tylko pracujemy nad komunikacją, a jak!

Odsłona druga

Ostatni, a właściwie jedyny tej zimy bałwanek na naszej ulicy poddał się temperaturze i zniknął, a wraz z nim wszystko, co było białe, śliskie i twarde . No dobrze, po prawdzie  białe stawało się „szarawe”, a tego że śliskie i twarde doświadczyło się kilka razy dość boleśnie, więc dobrze, że zniknęło. Ale czy świat zrobił się piękniejszy? No ten, znaczy, wiosna się zbliża, już ją czuć- powie ktoś. A i owszem, ale, ale, popatrzmy uważnie. Spod białej ( zgoda, zgoda „szarawej”) śliskiej i twardej powierzchni wylazło wszystko. I wcale nie jest to ładne. Żadne tam pączki, pędy i inne rozczulające zwiastuny wiosny. Pokazały się niezgrabione liście, niewyniesione na kompost sterty patyków i łętów. Straszą z ziemi suche badylki z obwisłymi zgniłymi lub przemrożonymi, co w sumie na jedno dziś wychodzi, resztkami liści. Ziemia rozmiękła i człowiek ma wrażenie, jakby chodził po tym, w co wchodzić bardzo nie lubi i wcale nie uważa, że włażenie w to coś przynosi szczęście. A desygnaty eufemistycznego” to coś” też się pokazały i rozmiękły. Ogólnie nie wygląda to na nowy początek, odradzanie życia itd. Dobra, dobra, czy ja czasem nie przesadzam? Przecież tak już było jesienią: brzydko, nago, szaro. Było, fakt, z poczuciem końca, schyłku, zmęczenia. Marzyło się o tym, żeby tego nie widzieć , a krótki dzień niewidzeniu sprzyjał. i jakoś tak sobie człowiek trwał: wygrabi się ścieżki na wiosnę, usunie badylki po zimie , a „tego czegoś” nie trzeba sprzątać, przecież nikt teraz po ogrodzie nie biega. Do domku lepiej, w ciepełko. No i tak minęła zima. Dzień coraz dłuższy i tę brzydotę, nagość i szarość widać z większą ostrością. I może o to w tym czasie przed wiosną chodzi?

cdn.

 

Wiosennie patrząc

1.Jednego dnia nie ma nic, nie wiadomo, kiedy kiełkuje, potem rozwija się i już kwitnie i tu, i tam. Na drzewie podobnie- niedostrzegalny pączek nie wiadomo kiedy rozkwita i ani się obejrzysz, płatki opadają. A wydaje się, że ta wiosna tyle trwa. Dobra, na drugi rok niczego nie przegapię, przyuważę i przytrzymam. A tu … nic. Więc w kolejnym roku siedzisz i patrzysz, nawet boisz się powieki zamknąć na chwilę, że znów zniknie za szybko. I znika.

To prawda- jutro już jej nie będzie, tak jak wczoraj jej jeszcze nie było. Jest teraz. Teraz!

2. Taki karton wymoszczony na wszelki wypadek- na chwilowe zimowe nocowanie, nagle w wiosenny ranek staje  się pierwszym domem. Jak się macie, mali jego mieszkańcy, ilu was tam? Z kartonu spojrzenie przymrużonej zieleni. Nie, to nie spojrzenie obrończyni, ale pełne zaufania. Miłe uczucie obdarzenia zaufaniem. Nie, nie takim, gdy ktoś powierza największe, czasem trudne sekrety, ale takim, które znaczy-  czuję się bezpiecznie, możesz zostać. Matczyny łepek podniesiony nad główkami małych jeszcze niewidzących, karmię, nie podchodź teraz. Nie będę prychać, przecież wiesz, już nie … Ufam.

3. Kiedy się własnymi rękami posadziło,  kiedy się na początku podlewało, żeby rosły, kiedy się widziało, jak rosły i chociaż się wyznaje zasadę świętego prawa własności i wolności w dysponowaniu tym, co się nabyło,  jednak każdy odgłos piły zakończony upadkiem ścinanego to kolejny znak zapytania- naprawdę trzeba? Nie dałoby się inaczej? Ale pytanie to cichutkie, jak żal, że ta wiosna rozwinie się już bez nich . I nie patrz przez to okno, nie patrz. Tam jest inny świat ani lepszy, ani gorszy, inny, nie twój. I tyle … A słońce dalej będzie zachodzić nad tym, co pojawi się w miejscu szpaleru drzewek sadzonych kiedyś dla przyszłych mieszkańców tego miejsca.Żeby już mieli, żeby szumiało i odgradzało. Warto było? Warto ….

Nie będzie pasztetu!

DSC00009

Coś mi się mocno wydaje, że zwierzęta pojawiają się w naszym życiu wtedy, gdy jesteśmy na nie gotowi. A zatem zwierzęta też? Jak wszystko inne ? Się pojawia lub nie, dlatego niektóre zwierzęta się nie pojawią, bo przenigdy nie będę gotowa na węża lub szczura. Brrr.

Ale tak w ogóle po co te zwierzęta? Taka gęś np. Ja pytam uprzejmie, kiedy będzie z niej pieczyste? No… nigdy … To za przeproszeniem, po co ona jest trzymana? Bo… jest sympatycznym zwierzęciem- wystarczy poczytać Konrada Lorenza, by już nigdy o nikim nie powiedzieć „głupia gęś”. a gęś jest przemiła w dotyku i ma niesamowicie niebieskie oczy. Zastępuje kosiarkę- jest dość staranna w skubaniu, acz wybredna, a za dokarmianie odwdzięcza się jajkami idealnymi do pieczenia i na wydmuszki. Gęś jednego z domowników nie lubi- syczy na kicię aż strach. Ale nie dla kici- ta zachowuje się, jakby jej najbliższą krewną była puma- sto pociech. W towarzystwie kici dwa psy- jeden chciałby się z nią bez przerwy bawić i trochę ucierpiały na tym kwiatowe grządki, bo jak kicia w kwiaty smyk, to pies zapomina, że przez prawie osiem lat swojego życia po zagonkach nie chodził. Sunia dla odmiany jest kociną mamką, wcześniej troszczyła się o królika, ale przez kratki tylko w nos go można polizać, a kicię da się wypielęgnować całą. A królik? Królik fuka i szaleje z radości, gdy dostaje króliczego dropsa. Jest jeszcze bojowy kogut i jego kury. I dzika kotka z kociątkiem, które wychyla łepek, gdy zza murka zobaczy przyglądającą mu się małą dziewczynkę i ma ochotę podbiec do ogrodowego węża w trakcie podlewania. Zwierzyniec …

Najprzyjemniej jest usiąść sobie i obserwować cichutko- pies na pewno przybiegnie pierwszy i ułoży się u stóp, od czasu do czasu spoglądając w górę, czy wszystko w porządku. Kicia przejdzie jakby od niechcenia, może wskoczy na kolana, może zajrzy do kubka, a może przebiegnie obok w pogoni za gęsim piórem. Królik złapie miskę w zęby i trzaśnie nią o dno klatki, jeśli zapomnisz, że powinien coś zjeść. Gęś przekrzywi zabawnie łepek, poskubie trawę tuż przy tobie, a potem poczłapie pluskać się w wanience. Dzika kotka przysiądzie w bezpiecznej odległości, wciąż wahająca się, ale pewna swojej miseczki. Co jakiś czas z kurnika odezwie się donośne gdakanie- będzie kogel- mogel!

Moja ulubiona pora … pomidorów

DSC00187

Oto jest czas jedzenia pomidorów. Przesadza, jak zwykle, co to za rarytas- pomidory dostępne cały rok. Dobrze, jasne, ale ja lubię je właśnie teraz, a cały rok mogę nie jeść. Pomidor musi pachnieć, musi mieć miękki miąższ, żadnych tam włókienek i środków do wykrawania. A skórka sio! To paskudztwo dla żołądka.

W naturze tak jest- wszystko ma swoją porę i wtedy naprawdę smakuje najlepiej. Warto sprawdzić. A w życiu? W życiu też wszystko ma swoją porę, tylko jest drobna różnica. Pora na pomidora jest ta sama u mnie i w ogródku sąsiada, a w życiu nie ma co się porównywać. Dla każdego przyjdzie właściwy czas na to, co ma przyjść. I to naprawdę może być zupełnie nie to samo, co u sąsiada. Za to dla mnie najlepsze. Zaglądam do ogródka sąsiada- w styczniu ani on, ani ja nie mamy po co wędrować do warzywnika. A w życiu ….

Aneks kuchenny

DSC00030

Z kuchni do ogrodu- zaraz po śniadaniu, a z ogrodu do kuchni z tym, co się znalazło. Nie tylko szczaw i lebiodę. Taki był rytm dnia kiedyś dawno. I jest dziś, jak się uda. Ale z tym znalezionym działa się dalej już samodzielnie, kiedyś się tylko asystowało. A w ogrodzie na głodnego się nie chodziło. Mirabelki już się tu  pojawiły, a jadało się też morwy. Tak, tak, te, co spadają i plamią wszystko naokoło. Były czarne, były białe i były różowe- najsłodsze. Warto zrobić kogel- mogel z owocami, jak się ma jajka ze sprawdzonego źródła. A prawie wszystko, co się w ogrodzie znalazło, nadawało się do przetworzenia. Jak? Zawsze tak samo, eksperymentując. Najprostsza rzecz na świecie-kompot- garnek niech będzie na 2 litry wody, do tego cukier od kilku łyżek do pełnej szklanki- im kwaśniejszy owoc. Do wrzątku owoce, ile się zebrało, no dobra, niech będzie, że kilo. I się gotuje ok. 15 minut. Jak się zapomni, to i dłużej.

Nie kompot a dżem? Proszę bardzo- owoce rozgotować, potem dodać cukru- według zasady kompotowej. I gotować ok. 15-20 minut. I już. Prawda jest taka, że niektórych eksperymentów się nie powtarzało- dżem z morwy nie zyskał uznania,  w przeciwieństwie do tego ze złotej porzeczki.

Tak prosto, ale można i bardziej skomplikowanie, z dodatkami-jabłko i mięta, brzoskwinia i lawenda, bawiąc się w konfitury – 3 dni smażenia i odstawiania.

A można też eksperymentować na grządkach i w doniczkach- rukola niewielka a pyszna, roszponka smaczna i zdobna, chrzan ” z odzysku” wetknięty w ziemię się zadomowił, szczaw przesadzony się rozrósł. No natura po prostu- same cuda. A z podziwiania natury rodzą się  pytania i znajdują odpowiedzi. Dobrego próbowania!

Domowe zapachy albo refleksje nad mirabelkami

DSC00150

W jednym pokoju, tym lawendowej wróżki pachniało jagodziankami kupowanymi na podwieczorek. W jagodziankach były prawdziwe jagody i było ich dużo. Pokój obok to królestwo smażonego sera- mały aneks kuchenny wróżki szmaragdowej  gromadził wielbicieli smaku, a kogo zapach odganiał, mógł iść podlewać jakby co. Hasło „domowy zapach” powstało w kuchni po kolejnym przypaleniu mleka.  A przypalenia wszelakie przyjmowano ze stoickim spokojem: jeden z domowników wpada do jadalni-” coś się przypala”, „już się spaliło”- zgodny głos reszty rodziny komentuje utratę kalafiora na obiad. Czasami dom pachniał tym, co w paczce: pierniczki całuski trafiały z południa, a ciastka kruche z maszynki z północy.

A mirabelki co robią w tej historii? Królują. Piękny kolor i zapach, woskowana skórka świeżych i aromat wysmażanych porządnie owoców to jest to! Mirabelkowe drzewo stoi „od zawsze”- przypomina kształtem drzewa z gaju oliwnego. Niczego nie oczekuje i dzieli się hojnie tym, co ma najlepszego. I jak tu ich nie pozbierać i nie postać nad parującym garnkiem? No jak odrzucić taki prezent?