Archiwum kategorii: podróże

Biografia na rowerowo

Wśród świąt nietypowych dziś obchodzony od lat dwóch, wymyślony przez Polaka, zgłoszony przez Turkmenistan pod rozwagę ONZ, światowy dzień roweru. bez przesady nie użyję dużych liter, choć przekonana jestem,  że przemieszczanie się rowerem jest świetne! I jakoś tak mi się dzisiaj moja biografia rowerowo ułożyła. Rowerów jest 5, tylko jeden w tej chwili nie na chodzie.  Ten pierwszy, ten z dzieciństwa. Mam 5 lat, środek wakacji i dostaję mojego pięknego niebieskiego „Krokusa”. Zdjęcie z tego wydarzenia jest jednym z moich ulubionych- ja cała zaaferowana, a wokół wszyscy, którzy sprawili, że miałam świetne dzieciństwo. Żeby było ciekawiej, nauczyłam się jazdy sama, kilka lat później, bo jakoś mi nie szło. Zawzięłam się, gdy sztukę tę opanowała moja młodsza siostra. I odtąd bez roweru nie ma zabawy.

Druga w kolejce, starsza ode mnie cudna „Olimpia” ze skórzanym siodełkiem. Trafiła w moje użytkowanie, gdy miałam z 10 lat i była przedmiotem pożądania wszystkich małych znajomych- duża, solidna z wielkimi kołami, idealna na nasze piachy. Czego myśmy na niej nie wyprawiali, ile razy fiknęło się efektownego koziołka, rozwaliło kolano, bo trochę było za ostro. Ile kałuży bez pedałowania pokonało- to był wyczyn, by nie zatrzymać się w samym środku błotka.

Nie, nie dostałam roweru na Komunię, nie, nie miałam „Wigier 3” ani „Jubilata”, ale za to wiele lat później pojawił się składakowy duet- to był szał. Odkupiony od kogoś, kto już nie jeżdził, dostał swoje drugie życie i do dziś robimy przejażdżki „naokoło”- taką specjalną trasą po okolicy z kolejnymi zachwyconymi małymi członkami rodziny. ” Nie oszukuj, pedałuj” – wołał pierwszy do drugiego, tego z tyłu, gdy ten się lenił. No i drugie hasło ” jazda na maducha”- gdy jeżdzisz na duecie w pojedynkę, tylne pedały oczywiście też się obracają, stąd ten duch.

Rower czwarty, miał służyć 8 lat, jeżdzi już 24 i ma się dobrze. to na nim pobiłam wszystkie życiowe rekordy odległości, bo szybkość to nie moja bajka. To ten na zdjęciu! Ile przygód, ile przyjaźni i pięknych znajomości dzięki tym wyprawom nieco dłuższym. Opanowana do perfekcji sztuka pakowania sakw, biegania z rowerem po peronie, gdy wagon dla rowerów miał być na końcu składu, a jest na początku, a pociąg w Gdańsku stał minutę. Nic nie zgubiliśmy z ekwipunku  7 chyba rowerów, bo przecież dla łatwiejszego ładowania do pociągu wszystko już było ładnie poodpinane. Od tej pory nie zdejmuję sakw w takich sytuacjach.

Rower piąty, cudna holenderka, wypatrzona u sprzedającej ją koleżanki. Zachwyt od pierwszej chwili. To ona najlepiej sprawdza się w okołomiejskich przejażdżkach, wygodna, że hej. I test: na moim „pseudogóralu” taką miejską, szosową trasę pokonuję o 1/3 dłużej- wiadomo, wielkość koła, no i zmęczenie mniejsze. Zakupy na rowerze? Zawsze kupisz o ten jeden pakunek za dużo: a to rabarbar Ci nie wejdzie, a to dodatkowe opakowanie karmy dla psa się ześlizguje spod taśm, no zawsze coś w nadmiarze. Ale wszystko da się przewieźć, a jak.

No i jest jeszcze trochę zaniedbana ostatnimi czasy psia przyczepka, bo jego krótkie łapki nie pozwalały na bieg przy rowerze, nie dla wszystkich nawet długonogich psów to jest dobre. A przyczepka sprawdzała się świetnie.

Taka sobie rowerowa biografia. To co? Kiedy na przejażdżkę?

Bebejka na uczelni czyli wakacyjne wędrówki

WP_20150809_10_09_36_Pro

Oto Bebejka, która przez tydzień odkrywała Kraków i próbowała zapisać się na uniwersytet. Jedno z miłych wakacyjnych wspomnień.I jeszcze- czyjeś młode wielkie oczy pochłaniające wszystko dookoła. Czyjaś wrażliwość i zachwyt wypowiadany szeptem w najpiękniejszych odwiedzanych  miejscach. Czyjaś radość  z ochlapującego w upalne popołudnie zraszacza. Czyjaś duma z przepłynięcia żabką od boi do boi. I czyjeś szelmowskie spojrzenie, gdy udał się żart lub celna riposta. I wreszcie czyjeś nienasycenie w  odkrywaniu tego, co można jeszcze zwiedzić.  I wieczorne opowieści przez telefon daleko wykraczające poza : „wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na zwiedzanie”. Dziś mnóstwo zdjęć, na szczęście na bieżąco zgrywanych po kolejnych wyprawach. I wszystko to, co zostało w pamięci- niech trwa.  No i jeszcze poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: to gdzie jedziemy w przyszłym roku? Żeby nie było- mamy już plan na rok 2044, ale wtedy role się odmienią, tak się umówiliśmy- to nie ja będę „kaowcem”. A do tego czasu, kto wie, może Bebejka zrobi profesurę? A teraz mamy dziesięć miesięcy, by cieszyć się oczekiwaniem na kolejną wielką przygodę, bo tych małych na pewno nam nie zabraknie. A czekanie jest bardzo przyjemne. Wspominanie też, ale o tym innym razem.

Moje camino

DSC00037

– Co robisz  w sobotę?

– Idę na Jakubowy szlak. Wybierzesz się z nami?

– No coś Ty, nie stać mnie na Hiszpanię!

-Ale ja od Mogilna!

– Fajnie, chciałbym kiedyś iść na prawdziwe Camino.

– Ale to jest prawdziwe!

Dialog autentyczny, a pielgrzymowanie zaczyna się od głowy, jak powiedział kiedyś pewien arcybiskup. I tak rzeczywiście się zaczęło. Wspomnienie św. Jakuba Większego – syna gromu, to dobra data, by wielkopolskie camino przywołać. Wychodzisz z domu i ruszasz na szlak ten za muszlami, ale często wspólny z rowerowym i zwykłym pieszym turystycznym. Dziwna rzecz, gdy idziesz za muszlami, to to jest jakaś inna droga niż  ta sama szlakiem zielonym czy czerwonym tyle razy pokonywana. Dlaczego?Odpowiedź najprostsza, bo tak!

Czy dojdę, a może nawet: czy chcę dojść  do Compostelli? Nie wiem, na razie chcę iść, bo te wszystkie dobre rzeczy, które w drodze się zdarzają, mogą czekać i tam daleko i tu, niedaleko. Więc idę i to jest dobry czas i dobra droga i zachwyt nad pięknem! Wyruszyć może każdy, muszle czekają! I wszystko czeka!

Nutria i całus

DSC00035

Wakacje kilka razy zaczęły się kolonią zuchową. Zuchy dziś mają swoje zuchy, a druhny lubią wspominać wszystko to, co znalazło się w zuchowej kronice po każdorazowym obowiązkowym: „Wstaliśmy, umyliśmy się i zjedliśmy pyszne śniadanie.” A potem był turniej rycerski, ognisko zakończone burzą i suszeniem na płocie wszystkiego, co się dało , nocna wyprawa do lasu po kubek jagód bez prawa oglądania się za siebie dla zdobywców małych trzech piór, teatr grecki i wieczorny obchód namiotów albo sal: „druhno, całusa na dobranoc”. Do dziś to najmilsze wspomnienie tamtych dni- 25 zuchenek i zuchów, którym się haftowało słoneczka i wilczki, w wieku od 6 do 10 lat o różnych  temperamentach, stopniach samodzielności i apetytach w tym jednym momencie rozczulająco takich  samych… druhno, całusa… Nutria też, a był już całkiem duży. ….

Wakacje i pytania

Zdjęcie0462

Moje ulubione pytanie dotyczące zeszłorocznych wakacji: co można przez 5 dni robić w Płocku? Można i to nawet dłużej- nam zabrakło jednego dnia, żeby zobaczyć naprawdę wszystko, co chcieliśmy, a i tak dwie atrakcje były w remoncie. Jak nie macie planów wakacyjnych jeszcze, to polecam, więcej się tu na ten temat pojawi, ale nie dziś. W każdym razie warto dawać się zaskakiwać, a jak coś na pozór wydaje się małe, to najczęściej się tylko wydaje.