Najpierw na pielgrzymkowym profilu informacja o chorym Andrzeju. Zaraz, który to chłopak? Niezawodny fb pozwala znaleźć właściwego człowieka- dopasować nazwisko do obrazu- uśmiechniętej twarzy, jakoś tak pielgrzymkowo znamy się w większości po imieniu, chyba, że idąc za kimś utrwalamy sobie dane z plakietki przyczepionej do plecaka. Ileż osób rozpoznaje się w ten sposób- z pleców, plecaków i plakietek. Ale Andrzeja nazwisko wcześniej nieznane albo zapomniane. Mobilizacja do modlitwy w grupie- pojawiają się kolejne wpisy. A potem przychodzi wiadomość o jego przejściu. Jest smutno. Ile razy zamieniliśmy słowo i na jaki temat? Jak wielu pielgrzymów Andrzej po prostu w grupie był. Profil pielgrzymkowy ożywa zapewnieniami o modlitwie i wspomnieniami: z jakiegoś postoju, z rozładowywania bagaży, z noclegu pod chmurką. Przed oczami przesuwa się obraz uśmiechniętego Andrzeja- tak po prostu i chyba zazwyczaj. A wypowiedzi na fb uświadamiają mi nagle pewną rzecz: to jest wspólnota. Wydawałoby się, że łączy nas jedynie kilka dni wędrówki w granicach pobocza i kabelka, że w tej całości się przemyka niezauważonym. Jasne, są pewne grupki, które się znają pozapielgrzymkowo albo które właśnie przez pielgrzymkę się stworzą. Rozrzuceni po różnych miastach spotykamy się w takim składzie tylko tą sierpniową porą . Są osoby, których nie znamy za dobrze, ale wypatrujemy wśród całej grupy. Niektóre nazywamy na swój sposób- taka mała lista obecności sprawdzona i można ruszać. Andrzej wpisał się już na wieczną listę obecności w miejscu, gdzie nigdy nie nadchodzi wieczór z troską o nocleg. A ci, którzy wyruszą za rok w tę samą, co zwykle trasę, zaśpiewają być może „Gloria” z wdzięczności za doświadczenie piękna wspólnoty właśnie w tym momencie, gdy to jego wpisywanie się na inną listę następowało. Doświadczenie wspólnoty na fb? Hmm… A właśnie tak- bo się komuś chciało odezwać i kilka słów o Andrzeju napisać. Chyba się jednak nie przemyka niezauważonym między kabelkiem a poboczem, od znaków do wędrującego konfesjonału….
Archiwum miesiąca: wrzesień 2015
Wrzesień
Trwa jeden z piękniejszych miesięcy. Co w nim takiego? Kolory i zapachy. Jeszcze zielono, ale już nieco złota, brązów, czerwieni wśród liści. Ciepłe słoneczne popołudnia, chłodnawe ranki i wieczory. Wszystko to, co jeszcze może zaowocować, zdaje się wytężać siły, by zdążyć. Pachnie śliwkami, jabłkami, gruszkami i pomidorami, w formach przeróżnych.
Wrzesień choć w kalendarzu dziewiąty tak trochę jest symbolem początku- oczywiście z powodu roku szkolnego- nowe zeszyty, czyste karty i konta w dzienniku, postanowienia dobre, pomysły na zorganizowanie czasu- to wszystko układa się teraz: języki, pływalnia, gimnastyka. Tym razem się uda.
Ale jest w tym wrześniu coś jeszcze- dojrzałość. Oto już wszystko właściwie wiadomo, tyle udało się osiągnąć. Tyle i już. Powolne godzenie się z tym, czego osiągnąć się nie uda. W naturze rzecz powtarzalna, w życiu zdarza się raz, na zawsze. Coś się wymyka, bo taka kolej rzeczy. Jest w tym wrześniu nutka smutku, mimo wszystko. Nuta radości, nasycenia, doświadczenie prze-życia, jest coraz dłuższa lista wspomnień i niespełnień. Jest i bardzo dobrze.
Trwaj wrześniu, pozwól się oswoić. Pomalutku….
Z powinszowaniem imienin
No to tak- miało być codziennie i nie wyszło. Ale tak naprawdę tylko raz, bo mi się oczy nad klawiaturą zamykały. A potem przerwa była już celowa. Postanowiłam ją wykorzystać. A wpis ma być o tym, że bardzo lubię imieniny. I już.
Jak się ma to imię, co ja, to okazji do świętowania jest średnio trzy w miesiącu i można się nieźle ukryć z właściwą datą. To miłe, gdy we wszystkie większe święta maryjne pytają, czy to aby nie dziś. Nawet jak nie dziś, to życzenia zawsze przyjmuję. A intensywniej otrzymuję je między 15 sierpnia a 12 września- aż cztery dni w tym czasie „moje”. Są takie osoby, które co roku w jeden z tych dni się odzywają. Jeden z nich to ten prawdziwy. Spodobało mi się podtrzymywanie dawnego zwyczaju, że solenizant w dzień imienin jest po prostu gotów i nie zaprasza specjalnie gości. Nie do końca tak się da, ze względu na obowiązki wszelakie, czasem trzeba ustalić godzinę, ale generalnie się sprawdza- zawsze tego dnia można wpaść na herbatę/kawę i coś. Tylko, że niektórzy się krępują. Kiedyś był jeszcze jeden dobry obyczaj- wyznaczone dni, w których przyjmowano wizyty. Powie ktoś, że tak jakoś z pańska zabrzmiało. Ale to logiczne było bardzo, jak cały świat dobrych manier ( oczywiście nie w wersji wydziwaczonej, czasem dziś nam serwowanej). Jeśli wiedziałam, ze w czwartek o 11.00 zastanę zawsze w domu panią i pana X, to nikogo nie stawiało się w niezręcznej sytuacji, czyż nie?Ani wizytą nie w porę, ani brakiem czasu na przyjmowanie gości, takie proste. Ale wracam do tematu głównego.
Dlaczego ja tak lubię te imieniny? Trochę dlatego, że dzieliłam je kiedyś z moją Mamą Chrzestną. Trochę dlatego, że są w pięknej porze roku- osładzają schyłek lata gruszkami i śliwkami. I wreszcie, bo uświadamiają, jak dobrze mieć wokół siebie bliskich ludzi. Tak całkiem po prostu. A ci bliscy mnie znają, czemu dają wyraz w życzeniach. Jestem chomik i przechowuję, co tylko się da. Więc mam życzenia z czasów, gdy byłam naprawdę mała z uroczym tekstem: „treść wymyśli czytający zależnie od bieżących potrzeb”. Niektóre są pięknie wykaligrafowane, równiutkim pismem, którego dziś już nikt nie uczy. Są kupki życzeń od lat od tych samych osób- niektóre kupki przestały rosnąć, bo drogi się rozchodzą, tak to w życiu bywa, ale wierzę, że te życzenia zachowują ważność i dziś. No i są życzenia składane wprost. Zasłuchałam się w tym roku w te słowa, bo one mają dla mnie znaczenie, wszystkie. I niech się spełnią. Bo miło, gdy ktoś zapamięta, co dla ciebie ważne albo zwróci uwagę na to, co łączy, co się dzieje dzięki naszej znajomości. I teraz mam tylko jeden problem, skoro ktoś tak stara się dla mnie, żebym i ja umiała się postarać- dostrzec coś, zapamiętać, a potem zaskoczyć i ucieszyć.
Ja ucieszyłam się w tym roku mnóstwem rzeczy: od samego rana niespodzianką, którą zrobił ktoś, kto musiał baaardzo wcześnie wstać, żeby się udała, aż do środka nocy, gdy nie chciało nam się rozstawać. To był bardzo miły dzień. A zatem z powinszowaniem imienin i dla Was we właściwym czasie.
Miało być jeszcze o prezentach i imieninach w pracy, ale to już innym razem, bo kto to da radę przeczytać na raz.
Royal weddings ….
No i zrobiła się mała przerwa planowa, ale o tym jutro, dziś o ślubach.
Najpierw ten pierwszy zapamiętany- jednej z ukochanych kuzynek. Najważniejszy był bukiecik pachnącego groszku dla panny młodej i nowe klapki w kolorze wiśniowym na nogach dziesięcioletnego wówczas uczestnika uroczystości. Potem były inne- osób najbliższych sercu, wyczekiwane, kilka dwujęzycznych, w innym obrządku, te w wielkich katedrach, te w malutkich sanktuariach i te, które się nie wydarzyły.
I ten dzisiejszy… Mały przebłysk Nieba. Nie tylko dlatego, że po zimnym i trochę deszczowym tygodniu pogoda zrobiła się przepiękna . Na zwykłym osiedlu, najwzyklejszy kościół parafialny i wydarzyło się coś niezwykłego. Było anielsko i… bardzo przytulnie, tak, to chyba najlepsze słowo, choć może zaskakuje. Po prostu było jak w domu, wszystko na swoim miejscu. Były drżące , wzruszone głosy, byli najbliżsi i znajomi w różnych okolicznościach poznani. Byli najstarsi i słodkie w swoich odświętnych strojach brzdące. Było piękne czytanie i śpiew- dziewczęco i wdzięcznie. I było to, co spaja. Było to, co poprowadzi w drogę. Było takie poczucie, że to naprawdę o to chodzi, że po to tu jesteśmy. Że to ma sens powiedzieć sobie ” aż do śmierci”, że te słowa mają wagę i że to naprawdę jest możliwe, gdy zaczyna się właśnie tak. I było zaproszenie do stołu, takie od serca i było dużo ciepła w każdym wypowiedzianym słowie.
Dlaczego było właśnie tak? Może dlatego, że nie chodziło w tym o zwyczaj, tradycję? A może było tak ze względu na osoby? A może było tak, bo celebrans nas poprowadził, pokazał całe piękno, jakie w takim momencie może być i czemu to piękno z dziś posłużyć może kiedyś? A może to tajemnica, że czasem po prostu doświadcza się skrawka Nieba?
Przedjesienne pytania
Spotkał się Porządek z Nie-porządkiem i poszli na przechadzkę. Taka ich rozmowa zaplątała się w babie lato i wiatr poniósł ją w świat.
Ja sobie jestem i już- mówił jeden, na co drugi odpowiadał: a ja bywam. Pojawiam się nagle i trwam, a ja się robię powoli i czasem znikam. Jestem synem Impulsu, a moją mamą jest Decyzja.
Słuchając tej rozmowy miało się wrażenie jakby to była wymiana piłeczek. Wiatr przeleciał i nikt już się nie dowiedział, jak skończyła się ta rozgrywka.
Tymczasem na płocie przysiadły sroczki, spojrzały na niezamieciony z opadłych liści chodnik, pokręciły łebkami i zaczęły powtarzać to, co usłyszały od ludzi.
Czy warto dbać o porządek, skoro prędzej czy później wkracza nieporządek? A może nie ma nic złego, że się zaczyna w nieporządku, na porządek przyjdzie czas? A w sumie, czemu nie pobyć sobie trochę w naszym własnym nieporządku? A w ogóle kto to wymyślił, że komukolwiek potrzebny jest porządek?
Sroczki wyskrzeczały swoje, odpowiedzi nie znały, to już za dużo na małe srocze łebki i poleciały, bo gdzieś w pobliżu podobno chciały się wprowadzić sójki, a tego sroki nie lubią- albo one, albo my! Sójki wygnamy fru za morze, wreszcie! Ponoć się tam od dawna wybierają, to im pomożemy.
Wiatr powrócił, pokręcił się trochę i nałapał wyskrzeczane przez sroczki pytania. Każde przywiązał do nitki babiego lata i puścił w różne strony świata. Może wrócą z odpowiedziami. Kto wie ….
Rozprawa o łupaniu orzechów
Lubię przeglądać ofertę akcesoriów kulinarnych w sklepach wszelakich. Ostatnio ubawiły mnie krajalnice absolutnie do wszystkiego, tyle, że każda do czegoś innego. Wyobraziłam sobie półkę w rustykalnej kuchni wypełnionej takimi cudeńkami. Czasem akcesoria bardzo praktyczne, inne urocze wielce się trafiają. Z moich ulubionych nabytków: „zębata” łyżeczka do grejfruta- wreszcie sok mi nie pryska na okulary oraz maleńka tarka do czekolady- jeśli ktoś ją ode mnie dostał dwa razy, to przepraszam, ale tak mi się spodobała, że weszła w prezentową pulę. Nie za bardzo przepadam za warkotem w kuchni, więc mikser pojawia się wtedy, gdy to naprawdę konieczne. Bardzo lubię wyrabiać ciasto ręką- zwłaszcza drożdżowe i wtedy najczęściej dzwoni telefon od kogoś miłego. Gdyby któryś z moich aparatów trafił do serwisu, pewnie by tam znaleźli sporo „ciastowych” resztek. Wiem, że warkot w kuchni łączy się z postępem, technologią i skracaniem czasu przygotowania. Są maszyny, które zrobią praktycznie wszystko- ciasto w 30 sekund, sałatkę warzywną w 3 minuty. Trzeba im tylko wrzucić, co trzeba i gdzie trzeba i wcisnąć przycisk. Zastanawiałam się, dlaczego ja tak do tych maszyn nie bardzo, kremówkę i białka też lubię ubijać trzepaczką, zwłaszcza, gdy się za pieczenie biorę około północy :). No i tak mi wyszło, że właśnie o ten czas chodzi. Czas spędzony na przygotowaniach: krojeniu warzyw do sałatki, wyrabianiu ciasta czy łupaniu orzechów. Siedziałam sobie wczoraj nad workiem z resztą orzechów. Łup, łup, łupiny odskakiwały w różne części tarasu, a potem wydłubywanie tego, co dobre. Z wielkiego worka mała miska orzechów w ciągu półtorej godziny w sumie, Można szybciej? Może i można, ale … taka robota wycisza. Siedzę sobie, robię jedną rzecz naraz. Nic mi nie warczy i nie zagłusza myśli. Bo to jest właśnie w tym najlepsze- można sobie porozmyślać. Płyną myśli, przychodzą wspomnienia i co najciekawsze, aż mnie to samą zaskoczyło, odleciały gdzieś te niefajne, o sprawach do załatwienia, o takich tam smuteczkach i troskach. Miałam czas i sobie ten czas płynął. Jeszcze wakacyjne wyjazdy się przypomniały i jakieś inne popołudnia na tym samym tarasie, i jakieś miłe spotkania. Nie trzeba się spieszyć przy łupaniu orzechów, a można się cieszyć. Tak po prostu.
O dziurze w sercu
Był kiedyś Krawiec nad krawce. Nie było na świecie takiego koloru nici, którego nie znaleźlibyście w jego przyborniku. Wszystkie odcienie znajdowały się w przegródkach równiutko poukładane, szpulki nici we wszystkich kolorach i we wszystkich grubościach. W specjalnej szufladce Krawiec przechowywał platynowe igły. Gdybyście do niej zajrzeli, pomyślelibyście, że mieszka tam mały jeż o śmiesznych kolcach różnej grubości. Codziennie rano Krawiec przeglądał swoją skrzyneczkę. Poprawiał nici, które próbowały się splątać lub pozamieniać miejscami, polerował igły miękką szmatką. Potem z zadowoleniem spoglądając na swoje dzieło, siadał w fotelu przy starym dębowym stole i ze spokojem czekał. O, pewnie przychodziły do niego wszystkie panie z okolicy po nowe sukienki, panowie, by poszerzył im marynarki niedopinające się na brzuchach i mamusie, by przedłużał spodnie ich synków. Może przychodziły też małe dziewczynki po ścinki materiałów na sukienki dla lalek. Otóż nie, to był Krawiec wyjątkowy. Zapraszał do swojego słonecznego warsztatu tych, którym zrobiła się dziura. Nie, nie w najlepszej sukience podczas skakania w gumę albo w niedzielnym ubraniu podczas nieplanowanego wcześniej meczu. Nie, na takie dziury najlepsze sposoby miały zawsze babunie. Nasz Krawiec dał ogłoszenie, że zaprasza tych, którym zrobiła się dziura w sercu. Ludzie szeptali sobie o nim, że jest niezwykłym krawcem, że nie ma takiej dziury, której nie potrafiłby zszyć, tylko czasami to trochę boli. Nie to jednak było największym problemem. Nie tylko Krawiec był wyjątkowy, jego warsztat też znajdował się w wyjątkowym miejscu- za wysokim murem. Tak bardzo wysokim, że niewielu udawało się dostrzec, co za nim jest. Niektórzy podskakiwali, inni wdrapywali się na pobliskie drzewa i opowiadali, co widzieli: wielki dom bardzo bogaty, chyba ze złota i marmurów. Czy mówili prawdę, czy tylko zmyślali, tego nikt nie wiedział. Ale ludzie mówili, jak tu iść do Krawca z dziurą w sercu, jak wejść do takiego bogactwa? Nie będziemy się umieli zachować. Może się poślizgniemy, przewrócimy i będzie wstyd. I o czym z Krawcem rozmawiać, gdy będzie nam dziurę zaszywał. I w ogóle to boli. I odchodzili. A dziury w sercu razem z nimi. Krawiec wyglądał przez okno w stronę bramy, bo przecież w murze zazwyczaj jest brama, ale ludzie woleli podpatrywać przez mur niż poszukać wygodnego wejścia. Krawiec stał więc w oknie swojego domu, który wcale nie był ze złota ani z marmurów, był tylko bardzo, bardzo czysty aż błyszczało. Stał i czekał, a w jego oczach była niezwykła czułość. Dostrzegłby ją każdy, nawet ten, kto ma dużą wadę wzroku, ale nikt w te oczy nie zaglądał. Dlaczego?
Pewnego dnia Krawiec nie schował jak zwykle wypolerowanych starannie igieł do szufladki, tylko poukładał je równiutko na dębowym stole od najgrubszej do cieniutkiej jak włosek. Potem dopasował do każdej igły odpowiednią nitkę i nawlekł starannie, pilnując, by nitki się nie poplątały. Na stole zrobiło się niezwykle kolorowo. Krawiec uśmiechnął się i gdy w szufladce nie było już ani jednej igły, zamknął szufladkę, odstawił skrzyneczkę na miejsce i usiadł przy stole. Czekał na swoich uczniów, którzy zwykle tego dnia przychodzili na spotkanie. Byli to bardzo dobrzy krawcy, szyli piękne suknie poszerzali i zwężali marynarki, przedłużali spodnie, a czasem zastępowali babunie i ratowali ubranka dzieci, które zapomniały, że wyjściowy strój jakoś tak sam z siebie lubi się podrzeć w czasie najlepszej zabawy. Przychodzili do Krawca w każdy czwartek, by nauczyć się ciekawych ściegów, wypróbować nowe nici, poradzić się, jakie guziki do szytego stroju najlepiej dobrać. Ot, takie krawieckie spotkania.
Tego dnia wszyscy przybyli ze zdziwieniem spoglądali na stół. Ktoś powiedział, że to piękna kompozycja. Krawiec uśmiechnął się, a potem poprosił, żeby każdy z gości wybrał dla siebie komplet igieł i nici we wszystkich kolorach i grubościach. Nie powiedział, ile ich powinno być, ale krawcy wiedzieli, że nigdy nie daje im zadań nie do wykonania, więc po prostu zaczęli wybierać igły po kolei, układając je równiutko w swoich przybornikach. Po jakimś czasie okazało się, że każdy miał ich tyle samo, a na stole nic nie zostało. Krawiec milczał, ale widząc niecierpliwe oczekiwanie gości, uśmiechnął się, uderzył kilka razy dłonią o stół i powiedział: Moi drodzy. Jesteście dobrymi krawcami, ludzie chętnie do was przychodzą. Potraficie szyć, naprawiać i przerabiać ubrania. Dziś chciałbym was poprosić, abyście zajęli się czymś jeszcze. Dziurami w sercach.
Na te słowa krawcy spojrzeli na siebie i wkrótce dało się słyszeć szmer: ale jak… jak to możliwe .. to trudne… przecież to zadanie Krawca..
Krawiec nic nie mówił, wciąż lekko wybijając dłonią jakiś rytm na starym dębowym stole. W końcu goście zamilkli i spojrzeli na niego wyczekująco.
Poradzicie sobie. Ludzie do was przyjdą, nie kryjecie się za wysokim murem, nie otacza was tajemnica. Ludzie wiedzą, że umiecie szyć, przyjdą. Bądźcie tylko bardzo delikatni, zaszywając dziury w sercach. Niektóre są bardzo stare, inne mają poszarpane brzegi. Troszkę musi zaboleć, powiedzcie o tym, każdemu, kto do was przyjdzie.
A szew? Jaki szew wybrać?- dopytywali krawcy.
Do każdego człowieka pasuje inny. Nie martwcie się, gdy zobaczycie dziurę, obejrzycie ją dokładnie, znajdziecie podpowiedź.
Gdy krawcy wrócili do swoich domów, postanowili zrobić wszystko, co im powiedział, bo zawsze tak robili. Bardzo chcieli zaszywać dziury w ludzkich sercach, ale nie wiedzieli, jak przekonać ludzi do tej nowej usługi w ich warsztatach krawieckich. I wtedy przypomniały im się babunie, specjalistki od cerowania świątecznych ubrań tak, żeby nic a nic nie było widać. Wiedzieli, że im pomogą. Bo babunie zawsze i wszystko robią z miłością, a na dziurę w ludzkim sercu nie ma lepszego sposobu. Babunie też o tym wiedziały i przytulając swoje wnuki z dziurami w sercu mówiły: nie musisz jej mieć, idź do mojego krawca. Widzisz, jak pięknie uszył mi tę fiołkową suknię? I naprawił spodnie dziadka, z którymi nie mogłam sobie poradzić, bo materiał okazał się za twardy dla mojej igły. Nie bój się, idź. Masz piękne serce, tę dziurę można naprawić.
Krawiec dalej siedział w fotelu, wyglądał przez okno i uśmiechał się. Wiedział, że teraz już wszyscy dowiedzą się, że każdą dziurę, w każdym sercu można naprawić. Nawet tę bardzo starą, nawet tę z poszarpanymi brzegami. Jego krawcy mieli wszystkie potrzebne igły i nici, we wszystkich kolorach i grubościach. I wiedział, że babunie mają odwagę dotykać dziur w sercach z miłością. I tak długo, jak będą wśród nas odważne babunie i dobrzy krawcy nikt nie musi pozostać z dziurą w sercu na zawsze .
Obiecane tematy dwa
Po wczorajszym buncie sprzętu dziś nadrabiam. A zatem temat pierwszy.
„Gdzie siła ceremonii, tam szczerości mało”- nieznane mi dotąd polskie przysłowie. Tak mi się w związku z nim zamarzyło, żeby znów znaleźć się w miejscu i okolicznościach, w których słowo będzie znaczyło, a nie będzie tylko wypowiadane. Żeby każdy zaproszony w to miejsce w tych okolicznościach czuł się równo warty, a nie ot tak. Żeby honory wynikały z szacunku dla osoby, a nie z kalkulacji, kogo uhonorować się opłaca. Żeby było elegancko, bo tak, a nie bo tak wypada. Żeby… żeby było prawdziwie. Więc po prostu, nie trącajmy fałszywie strun. Czasami muzyka nie jest potrzebna, czasami może być cisza …
A teraz temat drugi. Zdarzył mi się czas powrotów do dawnych znajomości. Całkiem niespodziewanie. I dzieją się rzeczy ciekawe, Do jednych wraca się łatwo, do innych nie. I wcale nie dlatego, że w tej relacji był jakiś kryzys, że drogi się rozeszły. Czasami ludzie sobie po prostu znikają z oczu. Z różnych powodów. I nagle po latach ich ścieżki się krzyżują. Z jednymi jest tak, jakby się na chwilę przerwało rozmowę i teraz wraca się do niej swobodnie, tylko czasami trzeba uzupełnić kontekst o te wspomnienia, które nie są wspólne. No i dostrzec te kilka zmarszczek więcej, no tak. A z innymi tak łatwo nie jest. Jakby jakaś blokada . Gdzieś w sercu obawa przed spotkaniem, przed wejściem w te same miejsca znane przed laty. Tak jakby to, co mogłoby wydarzyć się dziś, miało wymazać wszystko to, co było kiedyś. To kiedyś jest pewną całością, zamkniętą kartą, dobrym wspomnieniem. Jedne powroty są nowym otwarciem i wielką radością, inne wydają się niepotrzebne, już nie chcę w tę historię wnosić nic nowego. Naprawdę nie wiem, dlaczego to tak właśnie się dzieje.
Bebejka na uczelni czyli wakacyjne wędrówki
Oto Bebejka, która przez tydzień odkrywała Kraków i próbowała zapisać się na uniwersytet. Jedno z miłych wakacyjnych wspomnień.I jeszcze- czyjeś młode wielkie oczy pochłaniające wszystko dookoła. Czyjaś wrażliwość i zachwyt wypowiadany szeptem w najpiękniejszych odwiedzanych miejscach. Czyjaś radość z ochlapującego w upalne popołudnie zraszacza. Czyjaś duma z przepłynięcia żabką od boi do boi. I czyjeś szelmowskie spojrzenie, gdy udał się żart lub celna riposta. I wreszcie czyjeś nienasycenie w odkrywaniu tego, co można jeszcze zwiedzić. I wieczorne opowieści przez telefon daleko wykraczające poza : „wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na zwiedzanie”. Dziś mnóstwo zdjęć, na szczęście na bieżąco zgrywanych po kolejnych wyprawach. I wszystko to, co zostało w pamięci- niech trwa. No i jeszcze poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: to gdzie jedziemy w przyszłym roku? Żeby nie było- mamy już plan na rok 2044, ale wtedy role się odmienią, tak się umówiliśmy- to nie ja będę „kaowcem”. A do tego czasu, kto wie, może Bebejka zrobi profesurę? A teraz mamy dziesięć miesięcy, by cieszyć się oczekiwaniem na kolejną wielką przygodę, bo tych małych na pewno nam nie zabraknie. A czekanie jest bardzo przyjemne. Wspominanie też, ale o tym innym razem.


![WP_20150904_19_42_44_Pro[1]](https://zpoddasza.blog.deon.pl/files/2015/09/WP_20150904_19_42_44_Pro1-300x169.jpg)

