Pomysły świętego Franciszka albo przywiązanie do pewnych przekonań

DSC00281

 

Koty roznoszą toksoplazmozę, łażą po stołach i chcą spać w łóżku, to piękne niezależne zwierzęta, ale niech sobie żyją w ogrodzie. I tak było. Do czasu.

Okociła się mieszkająca w ogrodzie kotka- kocięta były cztery. Gdy się zajrzało do szopki, kocia mama podniosła tylko łepek i dalej karmiła dzieciarnię, jedno z kociąt wdrapywało się na maminy grzbiet. Było rudym pręguskiem.

Po kilku dniach za szopką nagłe poruszenie- kocięta zaczęły baraszkować- niezgrabne takie. Jedno z nich zapuszczało się coraz odważniej i dalej od rodzeństwa, które po chwili zabawy zasypiało wtulone jedno w drugie. To dzielne  kocię było śliczne- rude pręgowane.

A potem pojawiły się nie wiadomo skąd trzy ogromne kocury. Przypominały paskudnego kota z „Pinokia”. Kręciły się, odganiało się je, wiedząc, że w naturze tak się dzieje.

Co wydarzyło się dalej? Tego tak dokładnie nie wiadomo. Może to kocury,może to sroka.Mały pręgowany rudasek znalazł się pewnego wieczoru na dachu szopki. Na drzewie czaiła się sroka. Człowiek uratował kota i chciał oddać mamie. Ale gniazdo było puste, matki nie było.  Nie, nie przeniosła małych do nowego gniazda.

W ten sposób rudasek powiększył grono domowych stworzeń, wzbogacił je zresztą początkowo o niezłą pchlą ekipę,ale udało się jej pozbyć.

I tak mały rudy pręgowany Trudek trafił na terytorium dotąd zawładnięte przez psa Trafa- i to w metrach kwadratowych i to w serduchu. Bo są takie sytuacje, w których weryfikuje się to, co się dotąd uważało. To wcale nie znaczy, że było złe albo trzeba to teraz zmienić i odszczekać. Myślę, że nie zdecydowałabym się na kota tak, jak zrobiłam to w przypadku psa. Pojawił się sam, bo potrzebował pomocy. I dobrze, że jest. Świat psich i kocich osesków jest zupełnie inny, ale oba są ciekawe. Trudek łazi mi po klawiaturze laptopa, gdy to piszę, Traf chce się z nim bawić.

Jest wesoło. Ale święty Franciszku, gdybyś chciał mi podrzucić żyrafiątko, to uprzedź proszę, bo nie mam pod ręką lokum dla takiego lokatora. Pudełko dla psa lub kota łatwiej znaleźć.

A dlaczego uważam, że to sprawka świętego z Asyżu? Bo tak!  Trudek jest pierwszym kotem na poddaszu. Jeszcze o nim usłyszycie. O nim, o Trusi i Tuni. Szkoda, że nie umiem opisać tej naszej menażerii tak, jak robił to Jan Grabowski. W dobrych bibliotekach i antykwariatach znajdziecie jego książki. Świetne  do rodzinnego czytania.

 

biskup i śnieg

Wieczorny spacer po kolacji. Karpacz. Pod nogami skrzypi śnieg. Pomarańczowe światła latarni oświetlają ulicę. Tyle obraz.

Maksymalne poczucie bezpieczeństwa. Wszystko jest na swoim miejscu. Czas zimowych wakacji. Nauka jazdy na nartach. Mróz lekko szczypiący w nos. Beztroska dziesięciolatka. Tyle odczucia.

Opowieść tego, kto wie. O królu, który nie zachowywał się jak król i o jego żołnierzach. I o biskupie, który zachował się jak biskup i się nie bał nic a nic. I o tym jak umarł- jak to możliwe, że w kościele, no jak, żeby nie uszanować takiego miejsca. I o orłach…, nie, z tego czasu orły nie zostały w pamięci. Tylko to, że król żałował i poszedł daleko odpokutować. Biskupa się podziwiało, a króla zrobiło się żal.

Pierwsza opowieść z wielu, a może pierwsza zapamiętana.  Domowa edukacja historyczna. No jasne. Naturalna, z pokolenia na pokolenie.

A święty biskup Stanisław ze Szczepanowa nieodmiennie kojarzy mi się z zimowym wieczorem i ze śniegiem. Nawet wtedy, gdy zaglądam na Skałkę. I gdy wędrując w sierpniowe przedpołudnie po Krakowie opowiadam wnukowi tego, kto wie, o biskupie, który zachował się jak biskup i nie bał się nic a nic i o królu, który odpokutował….

I wciąż lubię słuchać w letnie popołudnia, zimowe wieczory, wiosną i jesienią o dowolnej porze opowieści tego, kto nauczył mnie daty bitwy pod Kłuszynem.

 

Wiosennie patrząc

1.Jednego dnia nie ma nic, nie wiadomo, kiedy kiełkuje, potem rozwija się i już kwitnie i tu, i tam. Na drzewie podobnie- niedostrzegalny pączek nie wiadomo kiedy rozkwita i ani się obejrzysz, płatki opadają. A wydaje się, że ta wiosna tyle trwa. Dobra, na drugi rok niczego nie przegapię, przyuważę i przytrzymam. A tu … nic. Więc w kolejnym roku siedzisz i patrzysz, nawet boisz się powieki zamknąć na chwilę, że znów zniknie za szybko. I znika.

To prawda- jutro już jej nie będzie, tak jak wczoraj jej jeszcze nie było. Jest teraz. Teraz!

2. Taki karton wymoszczony na wszelki wypadek- na chwilowe zimowe nocowanie, nagle w wiosenny ranek staje  się pierwszym domem. Jak się macie, mali jego mieszkańcy, ilu was tam? Z kartonu spojrzenie przymrużonej zieleni. Nie, to nie spojrzenie obrończyni, ale pełne zaufania. Miłe uczucie obdarzenia zaufaniem. Nie, nie takim, gdy ktoś powierza największe, czasem trudne sekrety, ale takim, które znaczy-  czuję się bezpiecznie, możesz zostać. Matczyny łepek podniesiony nad główkami małych jeszcze niewidzących, karmię, nie podchodź teraz. Nie będę prychać, przecież wiesz, już nie … Ufam.

3. Kiedy się własnymi rękami posadziło,  kiedy się na początku podlewało, żeby rosły, kiedy się widziało, jak rosły i chociaż się wyznaje zasadę świętego prawa własności i wolności w dysponowaniu tym, co się nabyło,  jednak każdy odgłos piły zakończony upadkiem ścinanego to kolejny znak zapytania- naprawdę trzeba? Nie dałoby się inaczej? Ale pytanie to cichutkie, jak żal, że ta wiosna rozwinie się już bez nich . I nie patrz przez to okno, nie patrz. Tam jest inny świat ani lepszy, ani gorszy, inny, nie twój. I tyle … A słońce dalej będzie zachodzić nad tym, co pojawi się w miejscu szpaleru drzewek sadzonych kiedyś dla przyszłych mieszkańców tego miejsca.Żeby już mieli, żeby szumiało i odgradzało. Warto było? Warto ….