Trafił w moje ręce miły prezent: kwiatek w stadium cebulki. Wyrośnie z niego gladiola( mieczyk)- świetny kwiat środka wakacji. Prezent, którego się nie odstawi na półkę ani nie schowa do szuflady. Trzeba o nim pamiętać i wysadzić we właściwym momencie, znaleźć mu dobre miejsce, podlewać. Zakwitnie i jego kolor będzie niespodzianką. Potem znów trzeba o niego zadbać- oczyścić we właściwym momencie, przechować w odpowiednich warunkach na następny rok. A jak się uda, prezent się pomnoży- pojawią się małe cebulki i zabawy będzie więcej. Dobre prezenty tak mają! I takich Wam życzę.
Wszystkie wpisy, których autorem jest Maria Łączkowska
Przed wiosną- cz.3
Na poddaszu od północnej strony termometr wskazuje +15, słońce przepiękne, więc zamiast sobotnich domowych były sobotnie ogrodowe porządki. Meldunek z domu: grudnik zakwitnie jednak szybciej niż hiacynty, a stewia okazuje się roślinką wieloletnią, pięknie odbiła od korzeni.
A tymczasem w ogrodzie ….. Jest coś naprawdę urokliwego w tym wygrzebywaniu zielonych roślinek spod zgniłych liści i zeschniętych patyczków. Rozgarniasz rękami zeszłoroczny bałagan, przerzucasz do kompostowego wiaderka, rozgrabiasz leciutko ziemię, a tu kiełek, a tu pęd, a tu całkiem już spora trawka. A jeszcze przed chwilą zdawało się, że nic tu nie ma, żadnego życia, sto procent martwoty. I że tak już zostanie. Można było przejść obok, nie ruszać, ale nie, warto było grzebnąć, warto było rozgarnąć. Zawsze warto! Tylko trzeba się do tego rozgrzebywania i pozbywania „bez- życia” zmobilizować. I to jest temat! Na całe czterdzieści dni. Ale skoro jest życie ….
Przed wiosną- cz.2
Część druga tego opisu była gotowa praktycznie razem z pierwszą. Przedwiosenny czas odsłania wszelkie nagości i brzydotę w pełnym świetle, gdy dnia przybywa. Jesienią nie rzuca się ona tak bardzo w oczy, bo marzymy tylko o jednym, by w taki bury czas szybko znaleźć się w ciepłym i oświetlonym domu. Jesień – wiosna- dwa różne spojrzenia na to samo. Tyle streszczenia.
Ciąg dalszy miał być przewrotnym pytaniem o wiarę w budzenie się świata wciąż na nowo, w odradzanie się tego co dobre, w kolejną szansę. Zgniłe liście, mokra, szara gleba, wszystkie paskudztwa na wierzchu i z tego ma coś wyrosnąć? Zaglądałam przez dwa tygodnie w zakątki i stanowiska, na których jesienną porą sadziłam cebulki. Szaro, brudno i zgnilizna, a z ziemi nic nie wyłazi, choć według ogrodniczych doniesień internetowych gdzie indziej już się pojawiło. Nornice zeżarły cebulki, posadziłam je za głęboko, nie dadzą rady; posadziłam je za płytko i przemarzły. Koniec, nie będzie kolorowo na wiosnę. I miał być wpis o tym, że to może tylko takie gadanie o tej wiośnie, przereklamowane i że nie zawsze budzi się to, co zasnęło, kiełkuje to, co posiane i że w ogóle ostrożnie, bądźmy realistami. Taki był pomysł aż do poniedziałku. W poniedziałek wybrałam się znów w znajome miejsce i … Mam za swoje. a jednak wyłażą- śnieżyce, krokusy i coś jeszcze, tylko nie pamiętam, co tam wsadziłam. A więc jednak wiosna! A więc jednak życie! Choćby nie wiem, ile tej zgnilizny było, zbutwiałych liści i patyków, których nie chciało się posprzątać jesienią, choćby ziemia wyglądała na kompletnie martwą, jeśli coś posiano, posadzono, warto uwierzyć i poczekać. Wzejdzie!
Przed wiosną odcinek 1. w dwóch odsłonach
Odsłona pierwsza
W ubiegłym tygodniu zadawałam spotykanym ludziom pytanie, czy zima odpuszcza całkowicie, czy to tylko tak na chwilę. Spodziewałam się odpowiedzi w stylu informacyjnym: ” prognozy mówią, że …”, emocjonalnym :”oby już sobie poszła na dobre” itp. Tymczasem rozmowy zwyczajnie się nie kleiły, ciekawe dlaczego, może już nie chce nam się rozmawiać nawet o pogodzie? Ale nie przysmucamy, tylko pracujemy nad komunikacją, a jak!
Odsłona druga
Ostatni, a właściwie jedyny tej zimy bałwanek na naszej ulicy poddał się temperaturze i zniknął, a wraz z nim wszystko, co było białe, śliskie i twarde . No dobrze, po prawdzie białe stawało się „szarawe”, a tego że śliskie i twarde doświadczyło się kilka razy dość boleśnie, więc dobrze, że zniknęło. Ale czy świat zrobił się piękniejszy? No ten, znaczy, wiosna się zbliża, już ją czuć- powie ktoś. A i owszem, ale, ale, popatrzmy uważnie. Spod białej ( zgoda, zgoda „szarawej”) śliskiej i twardej powierzchni wylazło wszystko. I wcale nie jest to ładne. Żadne tam pączki, pędy i inne rozczulające zwiastuny wiosny. Pokazały się niezgrabione liście, niewyniesione na kompost sterty patyków i łętów. Straszą z ziemi suche badylki z obwisłymi zgniłymi lub przemrożonymi, co w sumie na jedno dziś wychodzi, resztkami liści. Ziemia rozmiękła i człowiek ma wrażenie, jakby chodził po tym, w co wchodzić bardzo nie lubi i wcale nie uważa, że włażenie w to coś przynosi szczęście. A desygnaty eufemistycznego” to coś” też się pokazały i rozmiękły. Ogólnie nie wygląda to na nowy początek, odradzanie życia itd. Dobra, dobra, czy ja czasem nie przesadzam? Przecież tak już było jesienią: brzydko, nago, szaro. Było, fakt, z poczuciem końca, schyłku, zmęczenia. Marzyło się o tym, żeby tego nie widzieć , a krótki dzień niewidzeniu sprzyjał. i jakoś tak sobie człowiek trwał: wygrabi się ścieżki na wiosnę, usunie badylki po zimie , a „tego czegoś” nie trzeba sprzątać, przecież nikt teraz po ogrodzie nie biega. Do domku lepiej, w ciepełko. No i tak minęła zima. Dzień coraz dłuższy i tę brzydotę, nagość i szarość widać z większą ostrością. I może o to w tym czasie przed wiosną chodzi?
cdn.
Lina
Gdyby twój przyjaciel wybierał się na spacer bardzo piękną drogą, która kończy się przepaścią, czy powiedziałbyś mu o niej? Gdyby twoje dziecko chciało złapać przepiękną w kształcie i kolorze rozżarzoną żarówkę, czy przytrzymałbyś jego rączkę, by ochronić przed poparzeniem? Pewnie bez wahania odpowiadasz: tak, oczywiście, to jasne, to mój przyjaciel, moje dziecko, nie chcę, żeby stała mu się krzywda. Co za pytanie w ogóle! Takie to proste.
Otóż to wcale nie jest proste. Oto twój przyjaciel chce zrobić krok, który prowadzi ku przepaści. Nie podoba ci się to, ale przecież to jego życie, jego szczęście, jak mogę się wtrącać. Twoje dziecko zbliża rękę do czegoś, co wcześniej czy później zada mu ogromny ból i to być może z niegojącą się raną na zawsze. To jego sprawa, jego szczęście, nie mogę go zranić, odwróci się ode mnie.
Przepaść w górach i gorącą żarówkę w lampce nocnej widzisz i to jest ta różnica. Widzisz i wiesz, że nie ma możliwości, żeby w przepaść nie wpaść, jak się zrobi krok więcej, a żarówką nie oparzyć, gdy się jej dotknie. Dlaczego wydaje ci się, że w tych innych sytuacjach uda się skutków uniknąć, że można zmrużyć oczy i problemu nie będzie? Że w sumie inni też tak robią i są szczęśliwi.
Kilkanaście lat temu mogłam zginąć na przejściu dla pieszych. Zrobiłam krok przed stojącym samochodem, gdy na drugim pasie pojawił się mądrala jakich wiele. Moja mama złapała mnie w ostatniej chwili za nadgarstek i pociągnęła. Zabolało i to na dłużej. Swoją drogą, skąd miała w sobie tyle siły, nie byłam już wtedy dzieckiem? Mamy tak mają. Czasami muszą znaleźć w sobie siłę, nawet za cenę bólu dziecka. Mama wyjmie dziecku drzazgę, choć wie, że zawyje z bólu, ale przecież nie może pozwolić, by rozwinęło się zakażenie. A dzieci czasem drzazgi ukrywają. Mamo, babciu, siostro nie bójcie się! Czasami naprawdę trzeba. Przecież kochacie!
A ty przyjacielu? Jeśli jesteś pytany, nie bój się powiedzieć tak, jak myślisz. Jeśli nie jesteś pytany, czekaj, bądź obok.
A jeśli nie masz odwagi? A jeśli inni mówią ci: siedź cicho, nie odbieraj prawa do szczęścia? Wtedy bądź gotów i czekaj. Z tej przepaści można wydobyć się tak długo, jak długo bije serce tego, kto wpadł, do ostatniego uderzenia. Pleć linę i czekaj. Różaniec za różańcem umocnią sploty. I nawet jeśli miałoby to stać się w ostatniej chwili życia, to się stanie. Niech tylko ta lina się kołysze, żeby można było po nią sięgnąć. Ufaj.
Czujnik
Ta historia zaczęła się jakieś osiem lat temu. Przy kolejnym przeglądzie pieca miły pan instalator zaczął cmokać, że ojojoj, za rok to już by ten piec trzeba było wymienić. Pozostałam oporna na jego cmokanie, choć piec rzeczywiście zaczął wyprawiać różne brewerie. Przy kolejnym przeglądzie ten sam pan, przymuszony przeze mnie, trochę piec porozkręcał i wymienił najpierw jedną, a po 20 minutach drugą część za kwotę 1/4 wartości pieca. Piec nadal wyprawiał brewerie, ja nie byłam zainteresowana wymianą, pan instalator nie był zainteresowany kontaktem ze mną. Podpowiedziano mi nowego pana instalatora. Przyszedł, zobaczył wymienione części( jestem chomik i zachowałam je) i okazało się , że niekoniecznie wymagały wymiany. Ale piec nadal odmawiał współpracy. Pan instalator nie mógł znaleźć przyczyny wewnątrz pieca, przysłał miłego pana od instalacji i podłączeń. Ten miły pan naprawdę się przyłożył i spędził dwie godziny krążąc między moją łazienką a strychem, piec i na jego urok pozostał oporny. Raz działał, raz nie, ale nie wiadomo dlaczego, bo w nim żadnej przyczyny nie znaleziono. Pogodziłam się z tym faktem i tak sobie trwaliśmy piec i ja przez jakieś cztery lata. Lubię niespodzianki, ale niekoniecznie takie, tzn. czy uda mi się umyć włosy i dogrzać mieszkanie, czy dziś piec zaskoczy przy myciu naczyń itp. Ponieważ orzeczono, że nic mu nie jest, nie chciałam inwestować pieniędzy. Coś mi podpowiadało taki upór. Zaczęłam sobie robić notatki, kiedy i i ile razy w ciągu dnia piec się wyłączał. Wyglądało to jak zeszycik nadciśnieniowca niemalże. We wrześniu ubiegłego roku piec definitywnie zastrajkował. Przyszedł czas kolejnego przeglądu. Byłam już gotowa na wymianę urządzenia, ale zażartowałam sobie, że nie wypuszczę pana instalatora tak długo, aż nie znajdzie rozwiązania. I pan instalator grzebiąc tu i tam, zdjął górną pokrywę i wyjął czujnik. Wymienił go i ….. piec zaczął działać jak złoto. Możecie sobie wyobrazić minę pana instalatora, gdy odezwałam się niewinnie, czy chce mi powiedzieć, że to z powodu tego malutkiego czujnika męczyłam się tyle lat i o mało co nie wydałam kwoty, którą można dobrze zainwestować gdzie indziej lub pojechać na wypasione wakacje. Próbował coś tam tłumaczyć, że to pewnie nie to i że pewnie trzeba będzie piec wymieniać, a tymczasem żadnych awarii od tamtego dnia. Dodajmy, że czujnik jest wielkości zakrętki od długopisu. Dlaczego ja w ogóle o tym piszę? Bo czasami zdarzają się takie sytuacje ciągnące się latami, w których wiadomo, że jest rozwiązanie, tylko nie udaje się do niego doprowadzić. Narasta wszystko, co niedobre, emocje się kotłują, ludzie czują się pogubieni i nie wiadomo co robić, choć gdzieś głęboko ukryte jest przekonanie, że do dobrego finału bliziutko i że nie warto się teraz poddawać. Tylko nie wiadomo, co robić. Pewnie trzeba znaleźć taki czujnik- malutki, niepozorny, przybrudzony, zużyty. Może jak się go znajdzie, oczyści lub wymieni, uda się poruszyć czyjeś sumienie, ludzką przyzwoitość i szlachetność. Tylko gdzie on się ukrył? Ten z mojej historii i może ten z Twojej czytelniku drogi.
Frywolitki albo niewyśpiewana radość (s)tworzenia
Stało się! Stworzeniu udało się zorganizować spotkanie kolędowe bez jednej kolędy. Ale żadnego poczucia porażki, po prostu lekcja- każdy w grupie ma swoje miejsce i swój talent. I czasami jest tak, że zabraknie małego ogniwka i śpiewniki zostają w torbie, a spotkanie i tak się udaje. A udaje się dlatego, że komuś chce się dzielić swoją pasją. Czy jest sens przez godzinę szykować wystawę, by po upływie kolejnej ją demontować? Oczywiście, że jest! Dla każdego „och, jakie to ładne!” Dla radości na twarzy twórcy pytanego, jak się to robi. Dla rozmowy przy filiżance herbaty i wspomnień: „Ja też kiedyś szydełkowałam. A ja wolałam druty. O, moja siostra też przysyła mi takie koronkowe aniołki.” Tak po prostu i spontanicznie rozwija się spotkanie, dzieje się coś dobrego, wokół czegoś po prostu ładnego. Oczywiście, że był przygotowany plan, że miało być powitanie, zagajanie i śpiewanie. Ale warto było zamiast tego popatrzeć sobie na tych, którzy zajrzeli, na tych, którzy się zatrzymali, nad czymś pochylili i zachwycili, o coś zapytali, a potem przypomnieli sobie o tym, co było ich doświadczeniem tworzenia.
Po tym dniu zostanie zdjęcie roześmianych kobiet w różnym wieku. Zdjęcie zrobione w małej kawiarence pewnej parafii w małej gminie miejskiej. Zdjęcie uwieczniające małą wystawę prac zimowo- świątecznych ( dzierganych, haftowanych, frywolitkowych). Taki pierwszy mały krok na zewnątrz małej grupki pań, które po prostu lubią robić ładne rzeczy i zaczęły to robić razem. I tak jest po prostu dobrze.
Lubię rzeczy małe. A zatem zostawiam Cię czytelniku. Idę trenować węzełki i pikotki- do frywolitek potrzeba niewiele- nitka i czółenko, a potem cierpliwie: węzełek za węzełkiem. Podoba mi się to- z niepozornych węzełków powstaje coś misternego, coś od czego oczu nie można oderwać: kolczyk, broszka, wisiorek, kołnierzyk,serwetka. No to idę wiązać.
Po ciszy. Dla Motylka.
Tak, tak, minął rok, a po jego połowie Motylek upomniał się o wpisy. Początkowo ta cisza nie była zamierzona, potem tak wyszło, a potem się utwierdziło. No i odłożyło się do dzisiaj. Spokojnie, nie będzie żadnych podsumowań minionego, za to wkrótce będzie o milczeniu i ciszy tak w ogóle. A dziś będzie o motywacji. Dzięki Motylku! Czasem się szuka motywu, czasem motywacji. Słownik PWN podpowiada, że motywacja to coś, co powoduje podjęcie jakichś działań lub decyzji.Czy bez niej można w ogóle coś robić? Czy ważne jest, jaka motywacja kieruje? Bez motywacji nie potrafię, a to jak robię, od motywacji trochę, a czasem bardzo zależy. Czy działam tylko dla ZUSu i zdrowotnego, czy działam z pasji itp? Można i tak, i tak, a najczęściej jest się gdzieś pośrodku. A jak się jest pośrodku, to się szarpie raz w tę, raz w tę albo jest się szarpanym. A szarpanie boli. I ciśnienie może wzrosnąć. Dlatego lepiej się zdecydować i podjąć decyzję jakąkolwiek, ale ciach i już. Albo robię, bo muszę i zaciskam zęby, a czasem zamykam oczy i uszy na to, na co nie mam wpływu, albo robię, bo lubię i … zaciskam zęby, a czasem zamykam oczy i uszy na to, na co nie mam wpływu. Żeby to tak można ciach i już i do tematu nie wracać. Akurat!
Przepadałam za zabawą aptekarskimi wagami mojego Dziadka- szylkretowe szalki bujały się na cieniutkich niteczkach, a ja delikatnie dokładałam odważniczki, niektóre wielkości paznokcia, całkiem płaskie. Wyciągałam je ostrożnie z pudełeczka i cały czas starałam się utrzymać równowagę szalek. Gdy było się nieuważnym, szalki spadały, niteczki się plątały i całą zabawę zaczynało się od nowa. Ale gdyby ta waga miała pokazywać równowagę między tym, co zusowo-zdrowotne i tym co sercem i pasją budowane, to chyba lepiej, że czasem na ramieniu wagi przysiądzie Motylek, jest tak delikatny, że nie zrzuci szalek, ale leciutko przechyli jedną z nich. i już. Dzięki Motylku za motywację, naprawdę.
Zamiast życzeń
Lubię 6 stycznia składać życzenia związane z Bożym Narodzeniem. To bardzo ciekawe święto- tak pomalutku dociera do mnie jego sens. A w tym roku zamiast życzeń opowiastka.
Moje imię nic Wam nie powie, historia zapamiętała tylko ich trzech:Kacpra, Melchiora i Baltazara. Nieważne, że wcale tak nie mieli na imię, wiecie dobrze, jak to jest, wspólne dzieło ma wielu twórców, ale do pamięci trafiają tylko nieliczni- ci, co mieli dobry „piar” albo ci, co nikomu się nie narazili, albo ci, wokół których komuś chciało się budować legendę o zasługach. Oj, znacie to dobrze, znacie. Nie, nie jestem też legendarnym czwartym królem, jego tam z nami nie było. No dobra, to już wiecie, wcale nie byliśmy królami. Niektórym z nas tak się wydawało- profesura, szefowanie katedrze, instytutowi, te wszystkie laudacje przy byle sympozjum, cytowania w punktowanych czasopismach, ech, to były czasy! I nagle dotarła do nas ta wiadomość o dziwnym zjawisku i jeszcze dziwniejszym wydarzeniu- nieznany obiekt astronomiczny w powiązaniu z narodzinami jakiegoś dobrze zapowiadającego się władcy. Natychmiast pokombinowaliśmy granty- w końcu taką podróż jakoś trzeba sfinansować. W międzynarodowym wykazie projektów badawczych pojawiły się nowe tematy: „tradycje związane z połogiem wśród betlejemskich pasterzy”, ” wpływ odbytej wędrówki na kondycję rodzącej”, „recepcja mitów o królu- dziecku wśród ludów zamieszkujących Palestynę”. Nie, te tematy musiały się chyba pojawić po naszej wyprawie, przecież ruszyliśmy trochę w ciemno, choć za gwiazdą, która zresztą podobno gwiazdą nie była. Tak, teraz sobie przypominam- tematy formułowane były bardziej ogólnikowo, z dopiskiem: „tytuł pracy może ulec modyfikacji po szczegółowej analizie wyników badań”, taki kruczek stosowany przez starych grantowych wyjadaczy, tak tak wyjadało się z tych grantów niemało. No cóż, młodzi naukowcy byli przy nas bez szans. Ich wnioski z reguły opatrywano komentarzami: ” Projekt wielce interesujący, ale ze względu na to, że jest to pierwsza aplikacja wnioskodawcy, nie wiadomo, czy zostanie on zrealizowany.” Nie śmiejcie się, naprawdę tak to działało, a na wszelki wypadek co jakiś czas modyfikowano formularze, by niektóre rubryczki tak dobrze ukryć, by można było odrzucić projekt z powodu np. braku jakiegoś słówka w tłumaczeniu na angielski. My starzy grantobiorcy mieliśmy specjalny program wyłapujący te nowe rubryczki i tego typu braków formalnych nie odnotowywano. Wybaczcie staremu te dygresje, o, mam tu dziennik podróży, już wracam do tamtej wyprawy. Wyruszyło nas wielu. Wieść o ekspedycji była nawet jedynką w większości stacji. Wypuszczono serię koszulek z napisem”wszyscy jesteśmy magami”. Zapowiadał się niezły show. Taa, a potem zaczęło się psuć. Nie pamiętam już, kto zaczął podważać sens przedsięwzięcia. W każdym razie kilku zawróciło, oficjalnie deklarując kontyuowanie badań w macierzystych laboratoriach, by wyrobić z terminami. Teoretycy, jak zwykle. Kilku doświadczonych w rozliczaniu grantów znalazło wśród nas podwykonawców i zostali po drodze w wielce atrakcyjnych turystycznie miejscach. Niektórzy postanowili rozgościć się u Heroda, czekając na powrót pozostałych-specjaliści od opisywania rzeczywistości opowiedzianej przez innych. Ilu nas dotarło do celu, nie pamiętam, bo wtedy wszystko poza jednym stało się nieważne. Gdybym wiedział, o co w tym naprawdę chodzi, czy odważyłbym się na tę wyprawę? Do dziś zadaję sobie to pytanie. Gdybym znał ryzyko i cenę, czy moja decyzja o zaangażowaniu byłaby taka sama? Odtąd nic nie miało być dla nas takie samo. Nie, nie rozmawialiśmy o tym. Nie czytaliśmy nawzajem swoich licznych publikacji( mam nadzieję, że przeczytano je przed wydrukowaniem, choć przy tak często zmienianej punktacji czasopism redakcje wysoko wycenianych tytułów były zasypywane artykułami, więc pewnie nie było na to czasu). Sami możecie sobie sprawdzić, ile tekstów z hasłem „Betlejem” się wtedy pojawiło. Jakoś te granty trzeba było porozliczać. Nie znajdziecie moich artykułów na ten temat. Wycofałem się z „uprawiania nauki”. Dlaczego? Bo chciałem powiedzieć prawdę o naszej drodze, o naszym szukaniu, o jego głębokim sensie. Bo powiedziałem publicznie, że wiara i rozum się nie wykluczają, że nie ma żadnego dowodu na nieistnienie Boga. Bo zaproponowałem międzykierunkowe seminarium poświęcone poszukiwaniu prawdy. Nie dostałem kolejnego grantu, podobno przeoczyłem jakąś rubryczkę. W następnym semestrze na moje seminarium nie zapisał się ani jeden student, sprawdziłem w systemie- w tym samym czasie odbywał się obowiązkowy wykład. Potem trzeba było oddać stanowisko szefa katedry młodszej koleżance- rozumiecie panie kolego, parytety przy grantach. Tak ,gdybym znał konsekwencje, czy inaczej ukierunkowałbym swoje badania? Nie wiem, nie wiem. Mam teraz dużo czasu na obserwowanie nieba. Nigdy już nie zobaczyłem tak intensywnie świecącego ciała niebieskiego. Niebo jest piękne. Świat jest piękny. Może jest tylko tu i teraz, może… Ale jeżeli jest więcej niż tu i teraz, to szkoda czasu na zamartwianie się, że go nie ma i że jest pustka. Jeśli jest koniec i pustka, to i tak na to nie mam wpływu. Ale jeśli dalej coś jest, jeśli to ma sens, dlaczego nie ucieszyć się tym już teraz, dlaczego nie?
Bo gdy się milczy, milczy, milczy ….
…” to apetyt rośnie wilczy” dośpiewałby „Czerwony Tulipan. I coś w tym jest, ale to dośpiewanie poprowadziłoby mnie nieco z boku pomysłu na pierwszy tegoroczny wpis i w ogóle znów po dłuższej przerwie. To idąc za pomysłem, pozostanę przy pierwszych słowach. Milczeć czy pisać – pytanie trochę głupie na blogu, który przecież nie dla milczenia powstał. A jednak … Kiedy wrzucasz kamyk do wody, możesz przez chwilę obserwować kręgi, ale gdy w to samo miejsce spojrzysz po paru minutach, nawet najmniejsza fałdka na wodzie nie wskaże miejsca, w które wpadł. Gdybyś zrobił zdjęcie tuż po wrzuceniu kamienia, utrwaliłbyś to miejsce na zawsze. I dlatego zastanawiam się czasem- utrwalać czy nie? Pozostawiać te kręgi czy pozwalać im zanikać, bo tak mają w naturze? Dlaczego i po co? Odpowiedź na pytanie „dlaczego” jest o wiele łatwiejsza niż odpowiedź na pytanie ” po co”. Albo inaczej, klikając „enter” po wpisie, człowiek częściej kieruje się odpowiedzią na pytanie „dlaczego” niż „po co”. Się wytłumaczę już! Odpowiedź na pytanie pierwsze jest odpowiedzią na moje potrzeby, wewnętrzne przymusy i tak dalej- uzewnętrznić, podzielić się , wyrzucić z siebie, zareagować. Odpowiedź na pytanie „po co” jest związana ze spojrzeniem na czytelnika- czemu to posłuży, jak on to odczyta, co stanie się dalej pod wpływem kilku czasem słów. I dlatego czasem się milczy, choć wszystko wyrywa się do opisania. Że przesada? Może… a może nie …
Ktoś spisywał swoje „dzień po dniu” – jak było, bez podkolorowań i złagodzeń. Z emocjami, a emocji było dużo. Pisał, odpowiadając sobie na pytanie „dlaczego?”- chciał wszystko zapamiętać, wypłakać się czasem, wyżalić, a czasem wypisać się ze zwykłej lub niezwykłej radości. Ale gdy osiągnął słuszny wiek, gdy człowiek przestaje się tak bardzo dziwić, a zaczyna się godzić, zadał pytanie „po co?”. Wyobraził sobie siebie z tego czasu zdziwienia, gdy sięga po teksty kogoś, kto już się przestał i dziwić, i godzić, kto już nie musi wierzyć, bo się dowiedział, jak jest. W wyobraźni zobaczył siebie pochylającego się nad tymi smutnymi tekstami, takimi trochę dla własnej ” terapii” pisanymi i … poczuł wielki ciężar w sercu, ciężar odkrywania prawdy, a może raczej spojrzenia na rzeczywistość w bardzo konkretnym momencie- czy to jest prawda? I wtedy zrozumiał, że nie to chciałby pozostawić kolejnym zadziwianym wędrującym ku godzeniu się i ku wiecznej wiedzy po ufnej wierze, nie to. Odtąd pisał dalej dzień po dniu, ale tylko o tym, co dawało mu radość. Dzień po dniu … czasem pisał dzień po dniu milczenia. Nie chciał utrwalać kręgów na jeziorze po wszystkich kamieniach. Przecież jego czytelnik będzie wiedział, że one są na dnie, że tam wpadły, jak wpadają w życiu każdego, także te o ostrych brzegach. Pisał tylko o tych zachwycających cętkowanych, pasiastych i całkiem gładkich, owalnych i pięknie pasujących do dłoni, o tych, po których kręgi zanikały tak samo jak po tych brzydkich i ostrych, ale pisał, by te utrwalić. Dlaczego? Bo chciał móc sobie o nich przypominać. Po co? Bo chciał podarować swoje wspomnienia o radości, chciał je zostawić dla innych. Nie tylko po to, żeby czytali piękne słowa, ale by chciało im się szukać własnych kamyków- tych pasiastych, cętkowanych, owalnych i gładkich. Pewnie znał Norwida ” Bo piękno na to jest …. „. A może wpadł na to sam …, gdy już przestał się dziwić, a zaczął godzić, a może docenił sens milczenia jako znaku?
