Wszystkie wpisy, których autorem jest Maria Łączkowska

Motyl listopadową porą – z dedykacją dla M., dzięki której coś odkryłam

Jak dobrze, że nie znamy daty swojej śmierci!Naprawdę!

Oto wiesz, że ten ostatni dzień to data X. No dobra, bierzesz się za porządkowanie w sobie i wokół siebie, nie tylko tak fizycznie. Oczywiście, gdy już jako tako poradzisz sobie z emocjami, bo nawet z nadzieją na Niebo odchodzić nie jest łatwo. No dobra, znalazło się paru takich, ale dla większości jednak bułka z masłem to to nie jest. Pomińmy ten wątek, a skupmy się na czasie i znanej dacie.

To co najpierw? Sprzątamy: to dla tego, to dla tamtego, to wyrzucamy, żeby inni nie musieli się tym zajmować. Sentymenty na kupkę, wspominki na kupkę, małe ognisko z tego, co jest absolutnie nasze, a nikt inny i tak tego nie zrozumie.

Coś tam z kimś pogadamy, przeprosimy, wybaczymy, no bo w końcu jest ten czas, wiemy, ile go mamy. Można sobie listę spotkań ułożyć, wszystko zaplanować.

Przygotować możemy nawet samo zakończenie-zdecydować od początku do końca, jak to ma wyglądać już po. Nawet kwiaty wybrać, skoro znamy datę.

Przepłakane/wyzłoszczone, posprzątane, pogodzone, przygotowane to, co się dało. Odżałowywane to, czego się nie dało. Czasem gonitwa myśli , czasem totalna pustka …

W kalendarzu zostało jeszcze dni kilka. Już nic nie ma do zrobienia, jest tylko czekanie do konkretnej daty. Dnia, godziny …

Nic już nie ma do zrobienia ……..

Podoba się tak wizja?

Mnie nie! Zdecydowanie nie! Bo właśnie o to chodzi, że zawsze jest coś do zrobienia, właśnie dlatego, że nie wiem kiedy! Zawsze jest jeszcze może rok, może miesiąc, tydzień, dzień, godzina albo jeszcze jedna minuta. Nie wiem tego i nie chcę wiedzieć. Mam tę minutę, ten dzień. Tu i teraz. Reszta nie moja.

Mam nadzieję, że w drzwiach do Nieba nie wytargają mnie za uszy za ten wpis. Bo właśnie tam się wybieram, wtedy, gdy przyjdzie właściwy czas. Nie ja decyduję o tym, kiedy, nie ja!  I tak jest dobrze! Wybieram się tam, dokąd wybierało się przede mną tylu najróżniejszych ludzi, z tak różnym doświadczeniem, przygodami, historią. A łączyło ich jedno pragnienie i jedna nadzieja, wypływająca z najprostszej i najtrudniejszej zarazem kwestii: w momencie poczęcia stajesz się człowieku wieczny. I nic tego nie zmieni, po prostu nic.

Jestem na zawsze i to mnie cieszy!

Miasto budzi się bez …..

W dawnych, dobrych studenckich czasach grywało się w mafię, jeszcze bez wersji „pudełkowej”. Na starej wykładzinie, z talerzem czegoś do pochrupywania pośrodku, siedziało grono zapowiadających się wówczas dobrze, a dziś dojrzalszych zdecydowanie, miłych osób, które udowadniały sobie nawzajem niewinność. No jak możesz mnie w ogóle o coś takiego posądzać, ja? Dlaczego ja? Eliminujecie niewinnego człowieka- te i inne teksty przyjmowane były z powątpiewaniem i sarkastycznymi uwagami. A potem zapadała noc, prowadzący usypiał całe miasto, pozwalał obudzić się i działać mafii. A potem miasto budziło się bez …. ku zdziwieniu uczestników, pewnych swoich podejrzeń .

Minęło sporo lat od tamtej pory, dziś w mafię gra kolejne pokolenie, którego części przynajmniej szansę na pojawienie się na tym świecie stworzyły spotkania w starej kamienicy. Spojrzenia udającej niewiniątko mafioso w spódnicy  ( swoją drogą, jak to jest ” po nowemu”: mafiozica, mafiozina czy mafioza po prostu?) wymieniane ze spojrzeniami podejrzewanego niesłusznie adoratora, dwie łapki trącające się ukradkiem  w tej samej misce z krakersami, nadzwyczaj gorliwe wyprowadzanie psa gospodyń itp., to były początki kilku pięknych historii, trwających do dzisiaj. Ale wróćmy do gry.

Miasto śpi- miasto się budzi- mafia działa. Aż pewnego dnia miasto obudzi się …. bez mafii. I najbardziej zdziwiona będzie wtedy mafia. Tak uczy pewna księga . I tego się trzymamy. Choć wciąż dziwi nas, że dobry nie zawsze chce zostać dobrym, ale to już zupełnie inna opowieść.

A myśmy się spodziewali … albo wolność, czyli wrześniowych niespodzianek ciąg dalszy

 

Uświadomiłam sobie w ostatnich tygodniach, jak ważna jest dla mnie wolność. Chyba najważniejsza! Tylko ona pozwala na to, by dokonać wyboru wtedy, kiedy trzeba. Dokonać go, nie czując za plecami ściany, a przed sobą widzieć nie tylko przepaść.  Być wolnym, to móc powiedzieć „nie”. Być wolnym to podjąć ryzyko. Być wolnym, to nie zagrać w grę, w której druga strona nie chce przestrzegać reguł. Być wolnym  to po prostu zrobić swoje i czasami oddać to, co się kocha. Tak po prostu. Być wolnym, to powiedzieć sobie: dziś jestem tu, ale nie muszę tu być. Być wolnym, to właśnie nie musieć. Być wolnym, także za tych, którzy nie mogą być wolni.

 

Wrześniowe niespodzianki

Czy można być przygotowanym na niespodzianki? A może: czy można sobie powiedzieć, nie, mnie żadne niespodzianki nie spotkają?  A jeżeli pod koniec sierpnia trafią się świetne wiśnie, to to jest niespodzianka czy nie?

Można sobie powiedzieć: jakby co, jestem otwarty na niespodzianki. Jeśli chcą, niech się wydarzają. I one się zdarzają i człowiek nawet nie wie, dlaczego robi coś,  o czym jeszcze dzień wcześniej nawet by nie pomyślał. Przy niespodziankach człowiek znajduje w sobie odwagę.

Największą niespodzianką jest spotkanie drugiego człowieka. Zupełnie przypadkowe, wydawałoby się, że nasze drogi nigdy się więcej nie skrzyżują, a tymczasem …

Może wydarzyć się coś, co spowoduje, że całkiem spokojnie zapowiadająca się niedziela absolutnie przestanie się tak zapowiadać i dogoni człowieka jakaś dawna historia w całkiem nowej odsłonie. I to tyle.

Jeśli wydaje Ci się, że nic się nie dzieje, że siedzisz i tak będziesz siedzieć, to pamiętaj: wydaje Ci się! Dzieje się, zbliża się, czekaj spokojnie. Wszystko ma swój czas.

 

 

Czołg

Był od zawsze. Nikt już nie umiał powiedzieć, czy stanął tam po zwycięskim odebraniu miasta wrogom, czy też jego zadaniem miało być odstraszenie tych, którzy dopiero chcieliby do miasta wtargnąć. Przewodnicy oprowadzający bardziej lub mnie znudzonych turystów, opowiadali zależnie od fantazji jedną z wersji. Kierunek, który wskazywała lufa, niczego nie ułatwiał w dociekaniu prawdy, bo obracano nią już tyle razy, że nikt nie odtworzyłby pierwotnego ułożenia. Zresztą, czy to było ważne? Stał i już. Wpisał się nie tylko w krajobraz, ale i w warstwę narracyjną miasteczkowego świata. ” O! Ten jest twardy, jak nasz czołg!”, „Niezniszczalny, niczym nasz czołg!” , ” Tego nic nie ruszy, nawet buldożer, podobnie jak naszego czołgu” I tak dalej, i tak dalej. Czołg nie wzruszał się niewzruszonością swoją, budził respekt rdzewiejącą nieco masą, ale to cały urok czołgów przecież. No i sobie stał. Zapędzający się od czasu do czasu na te ziemie szpiedzy i agenci nie zapominali w swoich raportach podkreślać, że wciąż stoi i nie wiadomo, do czego jest zdolny. w końcu o czołg można się rozbić, dać się rozgnieść albo oberwać lufą i takie tam. Czołg stał i był świadkiem, był gwarancją.

Nie mógł jednak stać w nieskończoność. Znaleziono inny sposób obwieszczania światu, żeby nie robił sobie nadziei na wtargnięcie, zagarnięcie, przechwycenie i co tam jeszcze światu przychodzi do głowy.  Czołg był już niepotrzebny, w tym miejscu mogła stanąć karuzela, duża zjeżdżalnia albo coś innego, co da się dobrze uzasadnić, opakować i sprzedać jako absolutnie niezbędne dla miasta, a poza tym takie nowoczesne.

Rozebrano czołg na kawałki. Blacha po blaszce, śruba po śrubie. A wewnątrz znajdowało się małe pełne blizn serce.

Nikt, nigdy nie dowiedział się, czy to z tego serca płynęła siła czołgu, czy też to była istota czegoś innego. Czy czołg był rzeczywiście jak czołg, dla zasady i tyle, czy czołg był czołgiem z powodu tego serca, choć wcale nie chciał, czy było w tym jeszcze zupełnie coś innego.

Nikt .. nigdy …

 

 

 

 

To se poczeka!

Nie, tytuł nie jest niezbyt grzeczną odpowiedzią, na to, że ktoś czeka na coś, co powinnam dla niego zrobić, nie, nie. Jest, jaki jest, bo mnie tak ostatnio naszły myśli o czekaniu i samo czekanie też było. Tulipany ze zdjęcia to moja tegoroczna wielka radość. Przez wiele lat siedziały cebulki w ziemi, takie wsadzone kiedyś z odrzutów i niewyciągane na zimę. Rosły na piachu i wypuszczały sobie po dwa  zielone liście, po ich uschnięciu w ogóle zapominałam, że w tej ziemi coś siedzi. No i już drugi rok zmobilizowały się niesamowicie. Warto było dać im szansę i spokojnie czekać.  I tak mnie jakoś te tulipany zainspirowały do pytania o różne odcienie czekania. Na użytek własny sobie wymyśliłam coś i się dzielę, bo od tego jest blog.

Czegoś oczekuję. Jestem przekonana, że mi się to należy, jest słuszne, sprawiedliwe, dopóki ktoś mi nie udowodni, że jest inaczej.

Czegoś wyczekuję. Tu włącza się tęsknota. Niech to już się stanie, niech przyjdzie.

Na coś czekam. I tu pojawia się nadzieja. Spokojnie sobie czekam. Ufam. Wierzę. Niczego nie przyspieszę, bo to ma swój czas. I tyle.

Czy to są różne sposoby czekania na to samo coś, czy też różne są te „cosie”? Może być tak i tak. U mnie jest „i tak”.

Pierwszy po ostatnim

Skończyło się. Minęło. Szkoda. Czego? Lata czy życia?

To prawda, tego i tego, o, jeszcze i tego, już się nie zrobi. Można za to:

podziwiać zachód słońca w innym miejscu niż dotąd,

przespacerować się wolniej, bo ślisko i odkryć jakiś niedostrzegany zakątek w okolicy,

a potem, zobaczyć w ogołoconych z listnego makijażu gałęziach ich naturalne piękno: w tym, co dotąd ukrywane, powykręcane, chropawe, poskręcane, kruche,

a na pewno można, jeśli tylko się chce, opowiedzieć , co jest do zrobienia tym, którzy spieszą się do wiosny, którzy wciąż mówią, zrobimy jeszcze to i to. Zrobią, na pewno!

A powroty do przeszłości? Wspomnienia są jak wypełniona półka w spiżarni. Cieszy oko wszystkim, co na niej zgromadzone. Ale trzeba tam zaglądać, bo czasem pleśń się zakradnie i wtedy smaku lata już tylko żal. I może życia też?

Się porobiło

No tak, porobiło się i wakacje minęły. Jest o czym pisać, jest o czym myśleć i co wspominać. Wszystko po kolei. Pierwszy dzień września to zawsze powracanie do wspomnień. Tych o własnych szkolnych latach i tych wakacyjnych. Gdy przychodzi moment końca przygód, robi się żal, że  to, co jest teraz, za chwilę będzie tylko wspomnieniem. A potem przerzuca się te wspomnienia, ileż ich się nazbierało. Czasem serducho się ściśnie na myśl o czymś, czego nie da się powtórzyć. Coś za gardło złapie przy oglądaniu zdjęć. Bo się czegoś nie da zatrzymać, nie może trwać. I oto we wrześniowy poranek przychodzi taka refleksja. W niebie, w niebie tak będzie. Zawsze będzie dzisiaj. Nie trzeba będzie niczego przeżywać intensywnie, starać się nasycić, zachwycić, zapisać na potem, żeby nie umknęło. Nie trzeba będzie się martwić, że jeszcze parę godzin i koniec, że znów trzeba spakować plecak, pędzić na stację. I nawet, jeśli wróci się do tego miejsca za rok, nie wiadomo, czy będzie tak samo, pewnie nie, może nawet nie będzie podobnie. W niebie, w niebie tak będzie. Będzie tu i teraz. Będzie zawsze i wszędzie. Z najlepszymi towarzyszami podróży. A póki jest się tu, w świecie powtarzania się i gromadzenia wspomnień, cieszyć się tym, że ma się co powtarzać, że jest co wspominać i najważniejsze- jest z kim!

Twoja pora roku

Pogubiły się kabelki, wszystkie trzy, bluetooth się zbuntował, więc znów bez zdjęcia, ale inaczej ten wpis nie powstanie. Trudno. Tyle wstępu.

Pierwszy letni wieczór. Okno przymknięte, bo kot w pokoju niby śpi, ale na pewno nie przepuściłby okazji wyjścia na dach, a ja za tym nie przepadam. No cóż, to przez to przymknięte okno niech wpadają: ptasi koncert, zapach jaśminu i lekki wietrzyk . Nie chce mi się już wychodzić, by za jakieś pół godzinki wypatrywać świetlików. Uwieczniłam jednego samotnego kilka dni temu, ale przez zapodziane kabelki nie pokażę tej kropeczki na czarnym tle.

Czyja jest ta pora roku? Twoja i moja. To pora , w której się dojrzewa. Jak co roku okazuje się, że na coś jest już za późno. Gdzieś w szufladzie zostały pudełka z nasionami kosmosków i dziwaczków. Już ich nie wysieję. Na sadzenie niektórych roślin, realizację zaniedbanych planów i pomysłów ogródkowych też już nie czas. Trudno. To jest pora nauki rezygnowania i godzenia się na to, czego już się nie zmieni. Źle obsadzone grządki już nie do poprawienia. To jest pora wzrastania tego, co się zasiało, posadziło, zasiliło i umocniło. Czas kwitnienia minął. Co się zawiązało, ma szansę zaowocować. Część kwiatów zachwyciła, obudziła nadzieję, a potem opadła. Tak miało być. To jest czas rozumienia i odnajdywania tu i teraz. To jest czas robienia ogrodowych planów na kolejny rok, A tych innych? Jeśli ich czas już minął, to minął i już. Jeśli nie da się ich przełożyć na inny czas to nic. To jest pora dojrzewania, ale nie pora smutku. To jest pora realizmu i optymizmu. To jest Twoja i moja pora. Właśnie ta, właśnie taka i właśnie teraz. Niech trwa!

Sędziwa wiosna

No cóż, odcinków przedwiosennych miało być więcej, ale przerzucam je na przyszły rok, a tymczasem wiosna! Na parapecie jeden z hiacyntów przyspieszył zdecydowanie, drugi jeszcze niepewnie wychyla się z cebulki. Kontrola ogródka wykryła jednego krokusa barwy żółtej, który zaczyna pokazywać, na ile go stać, drugiego na dobrej drodze oraz pierwszego narcyza w podobnym stadium. Poza tym victoria! Wszystkie cebulki przetrwały i w każdym dołku coś zielonego jest. No dobra, niektóre jednak za głęboko posadziłam, to się trochę męczą, ale dają radę.

W mojej okolicy jest kilka ogrodów, o które dbają seniorzy i to nie ci  60+( tak zgodnie z ustawą zdefiniowano osobę starszą), ale naprawdę sędziwi ludzie. Niezwykle urzekające jest obserwowanie postępów  ich pracy- każdego dnia po troszeczku i efekt jest! Stały rytm dnia, trochę pracy, trochę przerwy. Nie porywają się na czyny niezwykłe- nie przestanę, aż skończę. Nie planują: dzisiaj zrobię to i to. Wychodzą do ogrodu i grabią- jeden, drugi, trzeci dzień. Gdy czwartego brak siły, odpoczywają. Szykują grządki- starannie, najpierw prosząc kogoś o przekopanie rabatki. Nie, nie muszą sobie udowadniać, że potrafią. pewnie, że potrafią, ale te siły lepiej spożytkować na coś innego, skoro można poprosić o pomoc. Na równiutkich grządkach posieją i posadzą- pomaleńku, według kalendarza, wszystko ma swoją kolej. A potem będą konsekwentnie, regularnie pielęgnować. bez weekendowych zrywów, bez wyrzutów sumienia, że się zaniedbało, bez wielkich planów, które pozostają planami. Tylko systematycznie kawałek po kawałeczku, dzień po dniu, tyle, ile się uda, a jak się nie uda, to trudno, kolejny krok jutro. Może to właśnie tak zdobywa się niebo? I dlatego sędziwa wiosna ma sens!