Lubię 6 stycznia składać życzenia związane z Bożym Narodzeniem. To bardzo ciekawe święto- tak pomalutku dociera do mnie jego sens. A w tym roku zamiast życzeń opowiastka.
Moje imię nic Wam nie powie, historia zapamiętała tylko ich trzech:Kacpra, Melchiora i Baltazara. Nieważne, że wcale tak nie mieli na imię, wiecie dobrze, jak to jest, wspólne dzieło ma wielu twórców, ale do pamięci trafiają tylko nieliczni- ci, co mieli dobry „piar” albo ci, co nikomu się nie narazili, albo ci, wokół których komuś chciało się budować legendę o zasługach. Oj, znacie to dobrze, znacie. Nie, nie jestem też legendarnym czwartym królem, jego tam z nami nie było. No dobra, to już wiecie, wcale nie byliśmy królami. Niektórym z nas tak się wydawało- profesura, szefowanie katedrze, instytutowi, te wszystkie laudacje przy byle sympozjum, cytowania w punktowanych czasopismach, ech, to były czasy! I nagle dotarła do nas ta wiadomość o dziwnym zjawisku i jeszcze dziwniejszym wydarzeniu- nieznany obiekt astronomiczny w powiązaniu z narodzinami jakiegoś dobrze zapowiadającego się władcy. Natychmiast pokombinowaliśmy granty- w końcu taką podróż jakoś trzeba sfinansować. W międzynarodowym wykazie projektów badawczych pojawiły się nowe tematy: „tradycje związane z połogiem wśród betlejemskich pasterzy”, ” wpływ odbytej wędrówki na kondycję rodzącej”, „recepcja mitów o królu- dziecku wśród ludów zamieszkujących Palestynę”. Nie, te tematy musiały się chyba pojawić po naszej wyprawie, przecież ruszyliśmy trochę w ciemno, choć za gwiazdą, która zresztą podobno gwiazdą nie była. Tak, teraz sobie przypominam- tematy formułowane były bardziej ogólnikowo, z dopiskiem: „tytuł pracy może ulec modyfikacji po szczegółowej analizie wyników badań”, taki kruczek stosowany przez starych grantowych wyjadaczy, tak tak wyjadało się z tych grantów niemało. No cóż, młodzi naukowcy byli przy nas bez szans. Ich wnioski z reguły opatrywano komentarzami: ” Projekt wielce interesujący, ale ze względu na to, że jest to pierwsza aplikacja wnioskodawcy, nie wiadomo, czy zostanie on zrealizowany.” Nie śmiejcie się, naprawdę tak to działało, a na wszelki wypadek co jakiś czas modyfikowano formularze, by niektóre rubryczki tak dobrze ukryć, by można było odrzucić projekt z powodu np. braku jakiegoś słówka w tłumaczeniu na angielski. My starzy grantobiorcy mieliśmy specjalny program wyłapujący te nowe rubryczki i tego typu braków formalnych nie odnotowywano. Wybaczcie staremu te dygresje, o, mam tu dziennik podróży, już wracam do tamtej wyprawy. Wyruszyło nas wielu. Wieść o ekspedycji była nawet jedynką w większości stacji. Wypuszczono serię koszulek z napisem”wszyscy jesteśmy magami”. Zapowiadał się niezły show. Taa, a potem zaczęło się psuć. Nie pamiętam już, kto zaczął podważać sens przedsięwzięcia. W każdym razie kilku zawróciło, oficjalnie deklarując kontyuowanie badań w macierzystych laboratoriach, by wyrobić z terminami. Teoretycy, jak zwykle. Kilku doświadczonych w rozliczaniu grantów znalazło wśród nas podwykonawców i zostali po drodze w wielce atrakcyjnych turystycznie miejscach. Niektórzy postanowili rozgościć się u Heroda, czekając na powrót pozostałych-specjaliści od opisywania rzeczywistości opowiedzianej przez innych. Ilu nas dotarło do celu, nie pamiętam, bo wtedy wszystko poza jednym stało się nieważne. Gdybym wiedział, o co w tym naprawdę chodzi, czy odważyłbym się na tę wyprawę? Do dziś zadaję sobie to pytanie. Gdybym znał ryzyko i cenę, czy moja decyzja o zaangażowaniu byłaby taka sama? Odtąd nic nie miało być dla nas takie samo. Nie, nie rozmawialiśmy o tym. Nie czytaliśmy nawzajem swoich licznych publikacji( mam nadzieję, że przeczytano je przed wydrukowaniem, choć przy tak często zmienianej punktacji czasopism redakcje wysoko wycenianych tytułów były zasypywane artykułami, więc pewnie nie było na to czasu). Sami możecie sobie sprawdzić, ile tekstów z hasłem „Betlejem” się wtedy pojawiło. Jakoś te granty trzeba było porozliczać. Nie znajdziecie moich artykułów na ten temat. Wycofałem się z „uprawiania nauki”. Dlaczego? Bo chciałem powiedzieć prawdę o naszej drodze, o naszym szukaniu, o jego głębokim sensie. Bo powiedziałem publicznie, że wiara i rozum się nie wykluczają, że nie ma żadnego dowodu na nieistnienie Boga. Bo zaproponowałem międzykierunkowe seminarium poświęcone poszukiwaniu prawdy. Nie dostałem kolejnego grantu, podobno przeoczyłem jakąś rubryczkę. W następnym semestrze na moje seminarium nie zapisał się ani jeden student, sprawdziłem w systemie- w tym samym czasie odbywał się obowiązkowy wykład. Potem trzeba było oddać stanowisko szefa katedry młodszej koleżance- rozumiecie panie kolego, parytety przy grantach. Tak ,gdybym znał konsekwencje, czy inaczej ukierunkowałbym swoje badania? Nie wiem, nie wiem. Mam teraz dużo czasu na obserwowanie nieba. Nigdy już nie zobaczyłem tak intensywnie świecącego ciała niebieskiego. Niebo jest piękne. Świat jest piękny. Może jest tylko tu i teraz, może… Ale jeżeli jest więcej niż tu i teraz, to szkoda czasu na zamartwianie się, że go nie ma i że jest pustka. Jeśli jest koniec i pustka, to i tak na to nie mam wpływu. Ale jeśli dalej coś jest, jeśli to ma sens, dlaczego nie ucieszyć się tym już teraz, dlaczego nie?

Stuk, puk! Czy od stycznia na poddaszu nic się ciekawego nie zdarzyło? Przecież tyle już razy zmienił się krajobraz za oknem! Ciekawa książka też pewnie nie jedna była w ręku. No to jak tak bez słowa zostawić tych co czekają na następne i następne spotkanie. Do dzieła!