Czujnik

Ta historia zaczęła się jakieś osiem lat temu. Przy kolejnym przeglądzie pieca miły pan instalator zaczął cmokać, że ojojoj, za rok to już by ten piec trzeba było wymienić. Pozostałam oporna na jego cmokanie, choć piec rzeczywiście zaczął wyprawiać różne brewerie. Przy kolejnym przeglądzie ten sam pan, przymuszony przeze mnie, trochę piec porozkręcał i wymienił najpierw jedną, a po 20 minutach drugą część za kwotę 1/4 wartości pieca. Piec nadal wyprawiał brewerie, ja nie byłam zainteresowana wymianą, pan instalator nie był zainteresowany kontaktem ze mną. Podpowiedziano mi nowego pana instalatora. Przyszedł, zobaczył wymienione części( jestem chomik i zachowałam je) i okazało się , że niekoniecznie wymagały wymiany. Ale piec nadal odmawiał współpracy. Pan instalator nie mógł znaleźć przyczyny wewnątrz pieca, przysłał miłego pana od instalacji i podłączeń. Ten miły pan naprawdę się przyłożył i spędził dwie godziny krążąc między moją łazienką a strychem, piec i na jego urok pozostał oporny. Raz działał, raz nie, ale nie wiadomo dlaczego, bo w nim żadnej przyczyny nie znaleziono. Pogodziłam się z tym faktem i tak sobie trwaliśmy piec i ja przez jakieś cztery lata. Lubię niespodzianki, ale niekoniecznie takie, tzn. czy uda mi się umyć włosy i dogrzać mieszkanie, czy dziś piec zaskoczy przy myciu naczyń itp. Ponieważ orzeczono, że nic mu nie jest, nie chciałam inwestować pieniędzy. Coś mi podpowiadało taki upór. Zaczęłam sobie robić notatki, kiedy i i ile razy w ciągu dnia piec się wyłączał. Wyglądało to jak zeszycik nadciśnieniowca niemalże.  We wrześniu ubiegłego roku piec definitywnie zastrajkował. Przyszedł czas kolejnego przeglądu. Byłam już gotowa na wymianę urządzenia, ale zażartowałam sobie, że nie wypuszczę pana instalatora tak długo, aż nie znajdzie rozwiązania. I pan instalator grzebiąc tu i tam, zdjął górną pokrywę i wyjął czujnik. Wymienił go i ….. piec zaczął działać jak złoto. Możecie sobie wyobrazić minę pana instalatora, gdy odezwałam się niewinnie, czy chce mi powiedzieć, że to z powodu tego malutkiego czujnika męczyłam się tyle lat i o mało co nie wydałam kwoty, którą  można dobrze zainwestować gdzie indziej lub pojechać na wypasione wakacje. Próbował coś tam tłumaczyć, że to pewnie nie to i że pewnie trzeba będzie piec wymieniać, a tymczasem żadnych awarii od tamtego dnia. Dodajmy, że czujnik jest wielkości zakrętki od długopisu. Dlaczego ja w ogóle o tym piszę? Bo czasami zdarzają się takie sytuacje ciągnące się latami, w których wiadomo, że jest rozwiązanie, tylko nie udaje się do niego doprowadzić. Narasta wszystko, co niedobre, emocje się kotłują, ludzie czują się pogubieni i nie wiadomo co robić, choć gdzieś głęboko ukryte jest przekonanie, że do dobrego finału bliziutko i że nie warto się teraz poddawać. Tylko nie wiadomo, co robić. Pewnie trzeba znaleźć taki czujnik- malutki, niepozorny, przybrudzony, zużyty. Może jak się go znajdzie, oczyści lub wymieni, uda się poruszyć czyjeś sumienie, ludzką przyzwoitość i szlachetność. Tylko gdzie on się ukrył? Ten z mojej historii i może ten z Twojej czytelniku drogi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *