Wszystkie wpisy, których autorem jest Maria Łączkowska

Co z tymi prezentami?

Dziś taki miły wieczór, pełen szeleszczących papierków, odwijanych wstążeczek, cukierków, a w niektórych rodzinach czas zdobywania sprawności pucybuta. O przyczynie będzie jutro, a dziś o prezentach.

„Nie wiem, co im kupić, wszystko mają” albo „nie wiem, co chciałbym dostać, niczego nie potrzebuję” – ani jedno, ani drugie zdanie nie jest do końca prawdziwe, choć pozornie się tak wydaje albo ktoś tak odczuwa. I można się umówić, że prezentów nie ma.

A jeśli prezent jest? Czy może być nietrafiony? Czy może rozczarować?

Otóż myślę, że rozczarować może, ale ostatecznie nie jest nietrafiony. Dziwne? Już tłumaczę.

Pomijając różne odwdzięczania się za coś, za którymi nie przepadam, i prezenty z urzędu – firmowe, oficjalne itp., prezenty są wyrazem czyjejś sympatii, prawda? Prezent coś nam ma powiedzieć. Zawsze to, że obdarowujący życzy nam dobrze.

Jeśli prezent spełnia moje marzenie, to znaczy, że ktoś się wsłuchuje w to, co mi w duszy gra; wie, że to coś mnie wzbogaci na ważnym dla mnie polu i jest to dla mnie dobre.

Jeśli prezent spełnia jakąś potrzebę, jest wyrazem troski o mnie.

Jeśli prezent jest praktyczny, to znaczy, że ktoś pomyślał, żeby ułatwić mi codzienne życie i dzieli się jakimś sprawdzonym patentem.

Jeśli prezent jest kompletnie niepraktyczny, jest wyrazem zachęcenia mnie do większego luzu i nietraktowania wszystkiego zbyt serio.

Prezent – niespodzianka to zaproszenia do otwarcia się na coś nowego, na co sama bym nie wpadła.

A z drugiej strony:

Mogę spełnić czyjeś marzenie, ale nie wbrew sobie, a zwłaszcza jeśli nie jestem przekonana, że niesie ze sobą dobro.

Zanim zabiorę się za prezenty, muszę pomyśleć o mojej motywacji do robienia ich dla konkretnych osób.

Tyle na dziś, bo trzeba jeszcze buty wypastować.

 

Naturalnie

Tak sobie myślę, że to, co daje nam natura, jest dobre. I jest po coś. W dzieciństwie fascynowały mnie opowieści, jak z piasku powstaje szkło, jak wszystko w naturze wędruje i służy sobie wzajemnie. Lubiłam także historie o tym, co i jak wydobywa się z ziemi, znajduje w skałach i morzach. Z powodu historii rodzinnych słowo „Mortimer” – nazwa sosnowieckiej kopalni – brzmiało dla mnie pięknie i tajemniczo, potem dołączył do tego Klimontów.
Myślę też, że jeśli mamy problem z tym, co naturalne,  warto popracować nad rozwiązaniem, a nie zamieniać to coś na sztuczne. Taka róża na przykład – sama w sobie piękna, tyle odmian, kolorów, zapachów, ale ma kolce, które naprawdę mogą być przyczyną kłopotów, od nieprzyjemnego ukłucia zaczynając, na zakażeniu kończąc. Czy z powodu tychże kolców mamy pozbyć się róż z całego świata? No niechby ktoś wpadł na taki pomysł! Oczywiście, że nie, po prostu człowiek szuka sposobu, by się tym kolcem nie zranić: pracuje w rękawiczkach, kombinuje z odmianami, a jak się coś przykrego zdarzy, to korzysta z pomocy medycznej. I czasem się zastanawiam, czy biolog i chemik nie mogliby siąść i popracować nad kwestiami, które powodują, że to, co spokojnie funkcjonowało do niedawna i było dobre, nagle takim być przestaje. Na moje pytania tego typu szukam odpowiedzi li i jedynie w nauce. Póki nie ma na dany temat publikacji na podstawie badań, analiz i rzetelnej dyskusji naukowej – nic nie rozumiem. A na zdjęciu do tego wpisu jest miedź – prawda, że piękna?

Hej, płomyku!

Ogieniek, płomyk, świeczka, co w tym drobiazgu jest takiego, że dobrze mi przy nim ?

Czy światełko świeczki przyciąga dlatego, że jest maleńkie i można je ukryć w dłoniach? A może dlatego, że słabnie i rozbłyska, nie poddaje się tak łatwo próbom zagaszenia? Co dla mnie ważniejsze – jego siła czy słabość?

Czy może przyciąga mnie blask, przy którym czuję się jakoś tak bezpieczniej, czy to raczej ja mam go strzec?

Pełgający płomyczek rozbawia – gdy tańczy,  mruga, figluje. A może ten płomyczek poddający się najlżejszym ruchom powietrza  pokazuje, że w tym jest pewna metoda na trwanie?

W kręgu płomyczka jest jasno, a poza nim? Czy to, co wyłania się z ciemności, budzi raczej niepokój, czy zaciekawienie?

Lubię siedzieć w mroku, wpatrując się w płomyk. Lubię, gdy wokół są inni ze swoimi światłami.  Ważne, by każdy pilnował własnego płomyka. Nie tylko dla siebie, dla innych też. Nie musimy teraz robić wielkiego ogniska. Może kiedyś będzie trzeba. Warto dbać o własny mały ogieniek, by  móc rozpalić czyjś przygaszony,  dać iskierkę komuś nowemu. By płomyk od płomyka wędrował.

O płatnościach z Franią w tle

W  czasach, gdy zakładałam konto bankowe, musiałam to zrobić w określonym banku, określonym oddziale i bez możliwości użycia drugiego imienia, co miewało potem zabawne, a czasem irytujące konsekwencje. Tak, tak kiedyś było. Trochę później niż epoka powszechnego używania pralki Frani i oglądania „Zwierzyńca” w telewizorze „Ametyst” na nóżkach. Dobra, nie wszyscy mieli na nóżkach i zazdrościli. Ale o tym innym razem, bo teraz ważne jest, że wtedy nikomu nie śniły się żadne „onlajny”. A dziś ci, którym nie mieści się w głowie świat bez sieci, spoglądają z równym niedowierzaniem na pralkę Franię , telewizor z  kineskopem na nóżkach i na dokonywanie płatności w archaiczny sposób. Nie wiem, co czuje pralka i nóżki, ale ja się pod tymi spojrzeniami czuję całkiem dobrze. Po prostu świadomie i dobrowolnie nie korzystam z bankowości elektronicznej ( hej, a wiecie, czy jej synonimem jest bankowość internetowa? – uśmiecham się, oczywiście).

A teraz zagadka, dlaczego tak robię? Kto ma jakiś pomysł, zapisuje i czyta dalej – jeśli chce, oczywiście, by się przekonać, czy dobrze obstawiał.

Otóż odpowiedź jest najbanalniejsza z banalnych, choć prawdą jest, że czasem miałabym wrażenie, że sprzęty mnie nie lubią, gdyby mogły nie lubić. Na szczęście nie mogą. Fakty mówią jednak same za siebie: kupuję z moją siostrą równolegle bilet za 5 złotych w automacie. Czyj automat się zaciął? Na czyjej łapce spieszyły się bez sensu proste zegarki elektroniczne z dawnych czasów?

Ale nie to jest przyczyną, że wędruję z przekazami na pocztę czy do banku.

Bardzo lubię relacje. Jeszcze na początku tego wieku wędrowałam do określonej agencji bankowej, bo tam pracowała miła pani Jadzia, z którą zawsze można było porozmawiać, pożartować albo obserwować, jak dobrze zna swoich jeżyckich klientów. Gdybym korzystała z maszynki, po jej przejściu na emeryturę nie odkryłabym dobrych lodów – rodzinnego biznesu, w który się zaangażowała.

Lubię też mój mały oddział pocztowy, do którego zaglądam czasami tylko po cukierki i herbatę. Żaden automat nie podpowiedziałby mi, bo sam zasmakował, czekoladek firmy, co do której nie byłam wcześniej przekonana i nie sięgnęłabym raczej po nie. No i z automatem nie pogadałabym sobie o sposobach na wykorzystanie lawendy i o układaniu puzzli, które teraz pani Elżbiecie umilają czas emerytury, a ja poznaję kolejne sympatyczne panie.

Wiem, że można wszystko kupić w sieci, ale w małych lokalnych sklepach poznaję ludzi i prawdziwy, nie ten kreowany świat. Ludzi, którzy wciąż wychowują swoje dzieci – kochają i stawiają wymagania; ludzi, którzy są przedsiębiorczy, mają swoje pasje. Jejku, jakie to jest ciekawe. Potem nie jesteśmy dla siebie anonimowi – rozpoznajemy się na jarmarku 300 kilometrów od domu albo spotykamy na wykładach o sztuce w innym mieście. Nie jesteśmy dla siebie obojętni, a świat staje się malutki – pani ekspedientka w lokalnym samie okazuje się synową najwspanialszej pielęgniarki – opiekunki dla starszej osoby, jaką poznałam. I znów można wymienić kilka słów, powspominać kolejną panią Elę, bo już odeszła po nagrodę za swoją dobroć i szacunek dla pacjenta, który nie mógłby się poskarżyć, nawet gdyby było zdecydowanie inaczej.

Mogłabym oczywiście uruchomić stosowne procedury i w wielu sytuacjach byłoby to łatwiejsze. Ale jest jeszcze jeden plus – gdy nie da się inaczej zapłacić za coś niezbędnego, wtedy muszę poprosić o pomoc. A to lekcja pokory, za którą niepokorne z definicji ludki nie przepadają, prawda?

Tu przerywam, bo jak długi może być jeden wpis, ale temat niewyczerpany – wróci.

 

 

Nie przyspieszam, lubię czekać.

Gdy w połowie listopada zobaczyłam przed jedną z galerii handlowych wielką, ustrojoną choinkę, pomyślałam sobie: tak, świat znowu się spieszy. Świat chce mieć świąteczną atmosferę.  Natychmiast. Hmmm, no tak, ale właściwie dlaczego już, dlaczego ten świat teraz stawia choinkę, aby zaraz po 25 grudnia się jej pozbyć, zamiast dalej świętować? Od razu pomyślałam sobie, że to jest problem świata, nie mój. Może lepiej opowiem światu, dlaczego czekam i jakie to jest dobre doświadczenie?

Lubię czekać. Na różne rzeczy, z wyjątkiem pociągów spóźnionych 80 minut, gdy to ktoś na mnie czeka. Lubię czekać, bo towarzyszy temu taki dreszczyk, jak to będzie, co się wydarzy. Lubię czekać i przygotowywać – jeszcze to, jeszcze tamto, a może tak?

Czasami nawet odsuwam moment otwarcia przesyłki czy zajrzenia do nowej książki, bo to czekanie na coś nowego jest naprawdę przyjemne. To poczucie, że oto wszystko przede mną.

I nawet w życiu, którego połowa już na pewno za mną, wciąż lubię wypatrywać, co nowego przyniesie czas.

I bardzo, bardzo lubię adwent. Ta pierwsza świeca, która będzie się paliła najdłużej i towarzyszyła od początku różnym pomysłom, wyzwaniom i zadaniom. Ta wędrówka krok po kroku, zgodnie z tradycją, gdy każdy kolejny adwent dokłada się do wszystkich poprzednich i przypominają się zapachy, obrazy, skojarzenia, a przede wszystkim kochani ludzie, którzy już wszystkie adwenty mają za sobą.

Adwentowe czekanie ma sens. Jak każde czekanie przed świętowaniem. Jeśli wstawię świąteczną ozdobę w sam środek adwentowego zamieszania, w odpowiednim czasie już mi ona spowszednieje. A przecież to, co świąteczne nie może być powszednie. Kiedy byłam mała, niektóre ciasta pojawiały się w cukierniach tylko w odpowiednich świątecznych kontekstach – dziś np. rogal marciński stał się tak banalny, że przestał mi smakować.

A ponieważ bardzo nie chcę, żeby istota Świąt mi spowszedniała, lubię czekać. Za to potem świętuję, ile w kalendarzu napisane! Kolędy do 2 lutego – zgodnie z polską tradycją, a choinka nawet do ostatków, bo to przecież tylko dekoracja, niech cieszy i jeszcze przedłuża świąteczny nastrój.

Ty się świecie spiesz, jeśli chcesz, ja sobie poczekam.

Traf i Skarb – opowiastka dla psiarzy

Dawno, dawno temu, przy dźwiękach rzeki spotkali się Rzunia i Seler. Na nadwarciańskich łąkach nic o tym nie wiedziano.

Jesienną porą  z szumiących mazurskim wiatrów szuwarów wyłonił się czteroogoniasty skarb. Dobre wróżki – matki chrzestne kiwały z uśmiechem głowami: będzie z was pociecha. Już zapisuje się kolejna strona wspólnej historii wróżek i corgi. Na nadwarciańskich łąkach i o tym nie wiedziano.

Przyszły porządne  mrozy, nadwarciańskie łąki wcześniej przysypał śnieg. Szczęśliwy Traf spoglądał w oczy swojej wróżki. Już czas, czas na mnie- mruczał sennie.

– Ale jak to? Już? Teraz? Naprawdę?  – wróżka strzepywała niewidzialne okruchy z lila sukienki, skupiając na tym całą uwagę, żeby Traf nie zauważył smutku kryjącego się w oczach.

-Sama mówiłaś, że mogę odejść, gdy będę gotów. Przecież zawsze wiedziałaś, że ten czas nastąpi.

– No tak, ale …. – co tu było mówić. Wróżki także nie lubią rozstań takich na zawsze, choć wiedzą, że nie można ich uniknąć.

Mróz ustąpił, śniegi nad Wartą zniknęły, zniknął Szczęśliwy Traf.

Wróżka jak to wróżka dała czasowi czas. Czekała ona i czekały wszystkie zadania, które wróżki i corgi wykonują od wieków.  Zrobiło się cicho.

Tymczasem w szumiących szuwarach ciszy nie było ani trochę. Podjadanie, podgryzanie, odkrywanie świata. Próbowanie, ile mi wolno. I doświadczanie skutków, gdy jednak nie wolno. A przy tym najmniejszego przeczucia, dokąd to doprowadzi. Nad wszystkim czuwały wróżki- matki chrzestne, jak to zawsze w opowieściach bywa. Choć i one jeszcze nie wiedziały, co i jak, bo wróżki wiedzą dużo, ale nie wiedzą wszystkiego. I bardzo dobrze, bo też lubią niespodzianki.

Między mazurskimi szuwarami i nadwarciańskimi łąkami wędrowały wiatry. Może to one splątały losy zwierzaka i człowieka, porywając siwy włos wróżki i związując go z mięciutkim kłaczkiem szczeniaczka? A może przyniosły do ucha wróżki senne psie westchnienie, w drugą stronę pofrunął głos i wrażliwy corgisiowy radar wyłapał powtarzane: „chodź do mnie, chodź”? A może to Szczęśliwy Traf użył swoich wpływów i nowych mocy?

Na drodze do ciągu dalszego pojawił się zły wiatr. Nie ten szumiący w szuwarach, nie ten  przesypujący piaski na nadwarciańskich łąkach, ale ten z gatunku złośliwych: zrywający dachówki, hulający na polach, kładący w poprzek drogi drzewa i słupy. Odstraszający podróżnych, ale nie tych, których zadaniem jest dopisać do wielkiej księgi corgi i wróżek kolejną kartę.

I tak oto zaczyna się opowieść o Trezorku z Szumiących Szuwarków. Będzie się działo? Na pewno!

 

 

#niegadajzróbto – dzień wstępny

Chcesz wiedzieć, co to za hasztag – zajrzyj na profil Fundacji Javani na fb.  Idea jest najprostsza, a wykonanie … okaże się po 30 dniach.  Skoro rękawica została rzucona, to głupio jej nie podjąć. Podeszło się  do sprawy systemowo: lista tego, co może być przedmiotem wyzwania; potem eliminacja wedle kryteriów: zdecydowanie nie do wykonania, zbyt osobiste, porażka, nie na teraz i takie tam. Chęć wycofania się, bo przecież nie muszę, bo tak zostałam wyzwana na pół gwizdka, w sumie sama się wyzwałam. Wszystko w myśl dewizy: kto nie chce, szuka powodu; kto chce, szuka sposobu.  W końcu wyzwanie podjęte, coś wreszcie przeważyło. Dobra, przyznajemy się, nie zostawiamy utajonego : 30 dni wobec prokrastynacji.

Ciocia Prokrastynacja tylko na to czekała. usiadła sobie wygodnie w fotelu, piłując paznokcie. Nie wiem  czemu, ale ona zawsze w takich sytuacjach piłuje pazurki. Wrrrr, nie lubię tego. Założyła nóżkę na nóżkę i zawołała Wujcia Perfektanaopaka, którego powtarzanym jak mantra hasłem jest: „skoro nie umiesz czegoś robić bardzo dobrze, nie rób wcale”.  Sami rozumiecie, że widok tej dwójki, która rozsiadła się przy stoliku kawowym nie dodawał odwagi. A potem było już tylko lepiej! Cioteczka, ignorując mnie kompletnie, szturchnęła Wujcia łokciem i przechylając się w jego stronę, powiedziała: ” no, doooobrze, to zobaczymy, co to z tego wyjdzie”, potem wróciła do podziwiania pazurków, które zdążyła już pomalować na kolory, które w jej wieku chyba jednak nie przystoją. Ziewnęła: ” no, dobrze, zobaczymy jutro”.

Dobra, dobra, droga Prokrastynacjo, mam nadzieję, że przestaniesz zajmować wreszcie pokój cioci rezydentki. Wujcia też przy okazji spróbujemy wysłać na dłuższy wypoczynek sanatoryjny.

jak mawiali kiedyś: reszta potem

 

Biografia na rowerowo

Wśród świąt nietypowych dziś obchodzony od lat dwóch, wymyślony przez Polaka, zgłoszony przez Turkmenistan pod rozwagę ONZ, światowy dzień roweru. bez przesady nie użyję dużych liter, choć przekonana jestem,  że przemieszczanie się rowerem jest świetne! I jakoś tak mi się dzisiaj moja biografia rowerowo ułożyła. Rowerów jest 5, tylko jeden w tej chwili nie na chodzie.  Ten pierwszy, ten z dzieciństwa. Mam 5 lat, środek wakacji i dostaję mojego pięknego niebieskiego „Krokusa”. Zdjęcie z tego wydarzenia jest jednym z moich ulubionych- ja cała zaaferowana, a wokół wszyscy, którzy sprawili, że miałam świetne dzieciństwo. Żeby było ciekawiej, nauczyłam się jazdy sama, kilka lat później, bo jakoś mi nie szło. Zawzięłam się, gdy sztukę tę opanowała moja młodsza siostra. I odtąd bez roweru nie ma zabawy.

Druga w kolejce, starsza ode mnie cudna „Olimpia” ze skórzanym siodełkiem. Trafiła w moje użytkowanie, gdy miałam z 10 lat i była przedmiotem pożądania wszystkich małych znajomych- duża, solidna z wielkimi kołami, idealna na nasze piachy. Czego myśmy na niej nie wyprawiali, ile razy fiknęło się efektownego koziołka, rozwaliło kolano, bo trochę było za ostro. Ile kałuży bez pedałowania pokonało- to był wyczyn, by nie zatrzymać się w samym środku błotka.

Nie, nie dostałam roweru na Komunię, nie, nie miałam „Wigier 3” ani „Jubilata”, ale za to wiele lat później pojawił się składakowy duet- to był szał. Odkupiony od kogoś, kto już nie jeżdził, dostał swoje drugie życie i do dziś robimy przejażdżki „naokoło”- taką specjalną trasą po okolicy z kolejnymi zachwyconymi małymi członkami rodziny. ” Nie oszukuj, pedałuj” – wołał pierwszy do drugiego, tego z tyłu, gdy ten się lenił. No i drugie hasło ” jazda na maducha”- gdy jeżdzisz na duecie w pojedynkę, tylne pedały oczywiście też się obracają, stąd ten duch.

Rower czwarty, miał służyć 8 lat, jeżdzi już 24 i ma się dobrze. to na nim pobiłam wszystkie życiowe rekordy odległości, bo szybkość to nie moja bajka. To ten na zdjęciu! Ile przygód, ile przyjaźni i pięknych znajomości dzięki tym wyprawom nieco dłuższym. Opanowana do perfekcji sztuka pakowania sakw, biegania z rowerem po peronie, gdy wagon dla rowerów miał być na końcu składu, a jest na początku, a pociąg w Gdańsku stał minutę. Nic nie zgubiliśmy z ekwipunku  7 chyba rowerów, bo przecież dla łatwiejszego ładowania do pociągu wszystko już było ładnie poodpinane. Od tej pory nie zdejmuję sakw w takich sytuacjach.

Rower piąty, cudna holenderka, wypatrzona u sprzedającej ją koleżanki. Zachwyt od pierwszej chwili. To ona najlepiej sprawdza się w okołomiejskich przejażdżkach, wygodna, że hej. I test: na moim „pseudogóralu” taką miejską, szosową trasę pokonuję o 1/3 dłużej- wiadomo, wielkość koła, no i zmęczenie mniejsze. Zakupy na rowerze? Zawsze kupisz o ten jeden pakunek za dużo: a to rabarbar Ci nie wejdzie, a to dodatkowe opakowanie karmy dla psa się ześlizguje spod taśm, no zawsze coś w nadmiarze. Ale wszystko da się przewieźć, a jak.

No i jest jeszcze trochę zaniedbana ostatnimi czasy psia przyczepka, bo jego krótkie łapki nie pozwalały na bieg przy rowerze, nie dla wszystkich nawet długonogich psów to jest dobre. A przyczepka sprawdzała się świetnie.

Taka sobie rowerowa biografia. To co? Kiedy na przejażdżkę?

Kryśka i dzieciak

Każdy jest dzieckiem swoich rodziców, w każdym jest coś z dziecka, jestem dzieckiem Bożym. Taaaaa, pewnie, każdy by chciał świętować pierwszy czerwca, więc się elegancko podpina pod lody, watę cukrową i takie tam różne drobne przyjemności.

A tak na poważnie, to jak jest z tym dzieckiem we mnie? O właśnie, przede wszystkim poważnie: świat traktuję poważnie, drugiego człowieka traktuję poważnie, sama też chcę być traktowana poważnie. No co, nie mieliście tak? I nie macie? Acha…

Ale poważnie, to nie znaczy bez poczucia humoru. No nie, chichranie się do łez i ciągle z tego samego. np. ostatni mem:autobus, który ma tam, gdzie zwykle numer i trasa, napis: „tramwaj”, a podpis pod obrazkiem: nie będziesz mi mówić, kim jestem. No co spojrzę, to się śmieję.  Nie macie tak, nie? Mhm…

Wciąż znajduję coś, na co patrzę z zachwytem, takim aż do bólu. Jak na wielką choinkę jeszcze ze świeczkami prawdziwymi kiedyś, jak na tę lalkę ze zdjęcia lat temu …dzieści (ona wciąż ma sukienkę z pierwszego dnia, a butki to efekt pierwszych zabaw z szydełkiem, gdy miałam 9-10 lat). Przypomnijcie sobie, co Was ostatnio zachwyciło- jest! jest dziecko w Was!

Pokerowa twarz to nie jest specjalność dziecka- w oczach widać wszystko. Choć dziecko potrafiło być powściągliwe, ale te oczy, te oczy. Łatwo się rozmawia, gdy nie widzisz w oczach, o co chodzi?

Są takie dni, gdy w serduchu podskakuje jakiś mały ptaszek, gdy trzeba przeskoczyć przez kałużę, coś się do siebie głośno powie albo zaśpiewa ( ups!) na środku ulicy i uświadamiasz sobie, że to było nie tylko w Twojej głowie, gdy napotkasz zdziwione spojrzenie przechodnia z przeciwka. Dobrze, że to nie Twój student albo kontrahent.

Chlebek z masłem i ogórkiem małosolnym albo z masłem i truskawkami- mmmmm, wracają wszystkie wakacyjne wspomnienia.

Lektury dla najmłodszych czytane pod pretekstami rodzinnymi i zawodowymi, taaaaaa, jasne.

i to wszystko prawda, i jeszcze więcej mogłabym wymieniać, ale dziś uświadomiłam sobie, gdzie tak naprawdę jestem i chcę być dzieckiem do końca, do ostatniego oddechu, a to wcale nie jest takie oczywiste, choć takie się wydaje. Tu tkwi wielki sekret:

Zawsze, zawsze, zawsze, gdy coś zbroję, przekombinuję, popsuję, mam nadzieję, że wciąż mi się uwierzy, że ja naprawdę, ale to naprawdę chcę być grzeczna i że się poprawię. O to chodzi, o tę nadzieję, że znowu będzie mi wybaczone, że jestem ukochanym rojbrem. I że wiadomo, że ja po raz kolejny przewrócę, rozleję, pysknę, popsuję, ale znowu dostanę szansę na naprawę.

Tak, tak, świętuję dzień dziecka ( specjalnie małe litery, bo nie ten mieżdunarodnyj) właśnie dlatego: gdyby nie było Tego, kto zawsze mi wybaczy, gdy o to poproszę, nie zachwycałabym się światem, nie skakała przez te kałuże, nie czytała Makuszyńskiego i Grabowskiego, nie czuła radości, grając z kolejnym pokoleniem maluchów w kolorowe kostki, drabinki, a potem szachy. Nie dbała o zbierane latami akcesoria do domku dla lalek, nie słuchała długogrających płyt zacinających się od zawsze na tych samych piosenkach. Dlaczego? Bo byłabym smutnym dorosłym człowiekiem, który mając świadomość głupot, które w życiu popełnił, nie miałby co z tym zrobić.  Widziałby ciemno, ciemno i nic dobrego w sobie.

Dziecko tak nie ma! Dziecko wie, że czasem robi źle, ale dziecko zawsze wierzy, że może się poprawić. I chce to zrobić, nawet jak mu milion razy nie wyjdzie.

To co , chcesz być dzieckiem?

 

 

 

Powrót i przepowiednia

Nieobecność, milczenie, książki i powrót- to wszystko da się elegancko połączyć.  Dobrego powodu do powrotu na blog poszukiwałam od jakiegoś czasu. No bo przecież nie można tak po cichutku i niepostrzeżenie, tylko trzeba z przytupem. Eeee, w sumie nie trzeba, ale każde wytłumaczenie zwykłego leniuszkowania jest dobre, czyż nie?

Ważne, że powód się znalazł: „Przepowiednia”- najnowsza książka Emilii Kiereś- dziesiąta na dziesięciolecie pracy. Wszystkie gorąco polecam, ale dziś zatrzymam się przy tej ostatniej.

Czekałam na „Przepowiednię”, bo miała przywołać tajemniczy cygański świat, znany z baśni mojego dzieciństwa, z  pieśni, z opowieści starszych o prawdziwych taborach, o wolnych, wędrujących ludziach.   Bardzo lubię w twórczości Emilii Kiereś te powroty do przeszłości  i zachętę do odkrywania w literaturze tego, co już nieco zapomniane. Autorka  nie tworzy nowych krain, dziwacznych stworów ani przedmiotów. Zachęca nas do otwarcia oczu i rozejrzenia się wokół, bo tam można odnaleźć przygodę. Czytelnik „Przepowiedni” spotka Klarę i Adama, wyruszy na wędrówkę, która nie jest tylko przemieszczaniem się z punktu A do punktu B na mapie, ale także, a może przede wszystkim, jest związana z przemianą bohatera, odkrywaniem tego, co istotne. Tak było w „Rzece”, wcześniej w „Bracie”, tak jest w „Przepowiedni”. Czasami trzeba wyjść z bezpiecznego domu, by dowiedzieć się czegoś o sobie.

Emilia Kiereś traktuje swojego czytelnika( odbiorcę10+) poważnie, nie kokietuje go. Niezauważalnie wprowadza w świat literatury, ważnych tematów, motywów. Baśniowy świat wciąga, cygańskie klimaty też. Nic nie jest przewidywalne. Nudzić się przy tej lekturze nie można, a  ilustracje Marcina Minora zachwycają.

Jedyny minus? Jak w każdej dobrej książce: za szybko przychodzi ostatnia strona. I trochę żal. Można odstawić lekturę na półkę, a można jeszcze o niej porozmawiać albo wybrać się na spotkanie z pisarką.

Warto czytać  tę książkę rodzinnie, głośno. Najlepiej wtedy, gdy jest już ciemno, w domowym cieple, wszyscy poprzytulani na kanapie albo już w łóżkach, tuż przed zaśnięciem.  Tak najlepiej poznawać prawdziwe baśnie, a taką niewątpliwie jest „Przepowiednia”. Jest trochę zwyczajnie, a trochę nie, jest trochę smutno i trochę strasznie, ale dokładnie tyle, ile trzeba. Jest mądrze i prawdziwie. I wiadomo, co jest dobre!

Nie wierzcie mi na słowo. Sięgnijcie sami i przekonajcie się.