Był od zawsze. Nikt już nie umiał powiedzieć, czy stanął tam po zwycięskim odebraniu miasta wrogom, czy też jego zadaniem miało być odstraszenie tych, którzy dopiero chcieliby do miasta wtargnąć. Przewodnicy oprowadzający bardziej lub mnie znudzonych turystów, opowiadali zależnie od fantazji jedną z wersji. Kierunek, który wskazywała lufa, niczego nie ułatwiał w dociekaniu prawdy, bo obracano nią już tyle razy, że nikt nie odtworzyłby pierwotnego ułożenia. Zresztą, czy to było ważne? Stał i już. Wpisał się nie tylko w krajobraz, ale i w warstwę narracyjną miasteczkowego świata. ” O! Ten jest twardy, jak nasz czołg!”, „Niezniszczalny, niczym nasz czołg!” , ” Tego nic nie ruszy, nawet buldożer, podobnie jak naszego czołgu” I tak dalej, i tak dalej. Czołg nie wzruszał się niewzruszonością swoją, budził respekt rdzewiejącą nieco masą, ale to cały urok czołgów przecież. No i sobie stał. Zapędzający się od czasu do czasu na te ziemie szpiedzy i agenci nie zapominali w swoich raportach podkreślać, że wciąż stoi i nie wiadomo, do czego jest zdolny. w końcu o czołg można się rozbić, dać się rozgnieść albo oberwać lufą i takie tam. Czołg stał i był świadkiem, był gwarancją.
Nie mógł jednak stać w nieskończoność. Znaleziono inny sposób obwieszczania światu, żeby nie robił sobie nadziei na wtargnięcie, zagarnięcie, przechwycenie i co tam jeszcze światu przychodzi do głowy. Czołg był już niepotrzebny, w tym miejscu mogła stanąć karuzela, duża zjeżdżalnia albo coś innego, co da się dobrze uzasadnić, opakować i sprzedać jako absolutnie niezbędne dla miasta, a poza tym takie nowoczesne.
Rozebrano czołg na kawałki. Blacha po blaszce, śruba po śrubie. A wewnątrz znajdowało się małe pełne blizn serce.
Nikt, nigdy nie dowiedział się, czy to z tego serca płynęła siła czołgu, czy też to była istota czegoś innego. Czy czołg był rzeczywiście jak czołg, dla zasady i tyle, czy czołg był czołgiem z powodu tego serca, choć wcale nie chciał, czy było w tym jeszcze zupełnie coś innego.
Nikt .. nigdy …

