Archiwum kategorii: źródła

Hej, płomyku!

Ogieniek, płomyk, świeczka, co w tym drobiazgu jest takiego, że dobrze mi przy nim ?

Czy światełko świeczki przyciąga dlatego, że jest maleńkie i można je ukryć w dłoniach? A może dlatego, że słabnie i rozbłyska, nie poddaje się tak łatwo próbom zagaszenia? Co dla mnie ważniejsze – jego siła czy słabość?

Czy może przyciąga mnie blask, przy którym czuję się jakoś tak bezpieczniej, czy to raczej ja mam go strzec?

Pełgający płomyczek rozbawia – gdy tańczy,  mruga, figluje. A może ten płomyczek poddający się najlżejszym ruchom powietrza  pokazuje, że w tym jest pewna metoda na trwanie?

W kręgu płomyczka jest jasno, a poza nim? Czy to, co wyłania się z ciemności, budzi raczej niepokój, czy zaciekawienie?

Lubię siedzieć w mroku, wpatrując się w płomyk. Lubię, gdy wokół są inni ze swoimi światłami.  Ważne, by każdy pilnował własnego płomyka. Nie tylko dla siebie, dla innych też. Nie musimy teraz robić wielkiego ogniska. Może kiedyś będzie trzeba. Warto dbać o własny mały ogieniek, by  móc rozpalić czyjś przygaszony,  dać iskierkę komuś nowemu. By płomyk od płomyka wędrował.

Nie przyspieszam, lubię czekać.

Gdy w połowie listopada zobaczyłam przed jedną z galerii handlowych wielką, ustrojoną choinkę, pomyślałam sobie: tak, świat znowu się spieszy. Świat chce mieć świąteczną atmosferę.  Natychmiast. Hmmm, no tak, ale właściwie dlaczego już, dlaczego ten świat teraz stawia choinkę, aby zaraz po 25 grudnia się jej pozbyć, zamiast dalej świętować? Od razu pomyślałam sobie, że to jest problem świata, nie mój. Może lepiej opowiem światu, dlaczego czekam i jakie to jest dobre doświadczenie?

Lubię czekać. Na różne rzeczy, z wyjątkiem pociągów spóźnionych 80 minut, gdy to ktoś na mnie czeka. Lubię czekać, bo towarzyszy temu taki dreszczyk, jak to będzie, co się wydarzy. Lubię czekać i przygotowywać – jeszcze to, jeszcze tamto, a może tak?

Czasami nawet odsuwam moment otwarcia przesyłki czy zajrzenia do nowej książki, bo to czekanie na coś nowego jest naprawdę przyjemne. To poczucie, że oto wszystko przede mną.

I nawet w życiu, którego połowa już na pewno za mną, wciąż lubię wypatrywać, co nowego przyniesie czas.

I bardzo, bardzo lubię adwent. Ta pierwsza świeca, która będzie się paliła najdłużej i towarzyszyła od początku różnym pomysłom, wyzwaniom i zadaniom. Ta wędrówka krok po kroku, zgodnie z tradycją, gdy każdy kolejny adwent dokłada się do wszystkich poprzednich i przypominają się zapachy, obrazy, skojarzenia, a przede wszystkim kochani ludzie, którzy już wszystkie adwenty mają za sobą.

Adwentowe czekanie ma sens. Jak każde czekanie przed świętowaniem. Jeśli wstawię świąteczną ozdobę w sam środek adwentowego zamieszania, w odpowiednim czasie już mi ona spowszednieje. A przecież to, co świąteczne nie może być powszednie. Kiedy byłam mała, niektóre ciasta pojawiały się w cukierniach tylko w odpowiednich świątecznych kontekstach – dziś np. rogal marciński stał się tak banalny, że przestał mi smakować.

A ponieważ bardzo nie chcę, żeby istota Świąt mi spowszedniała, lubię czekać. Za to potem świętuję, ile w kalendarzu napisane! Kolędy do 2 lutego – zgodnie z polską tradycją, a choinka nawet do ostatków, bo to przecież tylko dekoracja, niech cieszy i jeszcze przedłuża świąteczny nastrój.

Ty się świecie spiesz, jeśli chcesz, ja sobie poczekam.

Traf i Skarb – opowiastka dla psiarzy

Dawno, dawno temu, przy dźwiękach rzeki spotkali się Rzunia i Seler. Na nadwarciańskich łąkach nic o tym nie wiedziano.

Jesienną porą  z szumiących mazurskim wiatrów szuwarów wyłonił się czteroogoniasty skarb. Dobre wróżki – matki chrzestne kiwały z uśmiechem głowami: będzie z was pociecha. Już zapisuje się kolejna strona wspólnej historii wróżek i corgi. Na nadwarciańskich łąkach i o tym nie wiedziano.

Przyszły porządne  mrozy, nadwarciańskie łąki wcześniej przysypał śnieg. Szczęśliwy Traf spoglądał w oczy swojej wróżki. Już czas, czas na mnie- mruczał sennie.

– Ale jak to? Już? Teraz? Naprawdę?  – wróżka strzepywała niewidzialne okruchy z lila sukienki, skupiając na tym całą uwagę, żeby Traf nie zauważył smutku kryjącego się w oczach.

-Sama mówiłaś, że mogę odejść, gdy będę gotów. Przecież zawsze wiedziałaś, że ten czas nastąpi.

– No tak, ale …. – co tu było mówić. Wróżki także nie lubią rozstań takich na zawsze, choć wiedzą, że nie można ich uniknąć.

Mróz ustąpił, śniegi nad Wartą zniknęły, zniknął Szczęśliwy Traf.

Wróżka jak to wróżka dała czasowi czas. Czekała ona i czekały wszystkie zadania, które wróżki i corgi wykonują od wieków.  Zrobiło się cicho.

Tymczasem w szumiących szuwarach ciszy nie było ani trochę. Podjadanie, podgryzanie, odkrywanie świata. Próbowanie, ile mi wolno. I doświadczanie skutków, gdy jednak nie wolno. A przy tym najmniejszego przeczucia, dokąd to doprowadzi. Nad wszystkim czuwały wróżki- matki chrzestne, jak to zawsze w opowieściach bywa. Choć i one jeszcze nie wiedziały, co i jak, bo wróżki wiedzą dużo, ale nie wiedzą wszystkiego. I bardzo dobrze, bo też lubią niespodzianki.

Między mazurskimi szuwarami i nadwarciańskimi łąkami wędrowały wiatry. Może to one splątały losy zwierzaka i człowieka, porywając siwy włos wróżki i związując go z mięciutkim kłaczkiem szczeniaczka? A może przyniosły do ucha wróżki senne psie westchnienie, w drugą stronę pofrunął głos i wrażliwy corgisiowy radar wyłapał powtarzane: „chodź do mnie, chodź”? A może to Szczęśliwy Traf użył swoich wpływów i nowych mocy?

Na drodze do ciągu dalszego pojawił się zły wiatr. Nie ten szumiący w szuwarach, nie ten  przesypujący piaski na nadwarciańskich łąkach, ale ten z gatunku złośliwych: zrywający dachówki, hulający na polach, kładący w poprzek drogi drzewa i słupy. Odstraszający podróżnych, ale nie tych, których zadaniem jest dopisać do wielkiej księgi corgi i wróżek kolejną kartę.

I tak oto zaczyna się opowieść o Trezorku z Szumiących Szuwarków. Będzie się działo? Na pewno!

 

 

#niegadajzróbto – dzień wstępny

Chcesz wiedzieć, co to za hasztag – zajrzyj na profil Fundacji Javani na fb.  Idea jest najprostsza, a wykonanie … okaże się po 30 dniach.  Skoro rękawica została rzucona, to głupio jej nie podjąć. Podeszło się  do sprawy systemowo: lista tego, co może być przedmiotem wyzwania; potem eliminacja wedle kryteriów: zdecydowanie nie do wykonania, zbyt osobiste, porażka, nie na teraz i takie tam. Chęć wycofania się, bo przecież nie muszę, bo tak zostałam wyzwana na pół gwizdka, w sumie sama się wyzwałam. Wszystko w myśl dewizy: kto nie chce, szuka powodu; kto chce, szuka sposobu.  W końcu wyzwanie podjęte, coś wreszcie przeważyło. Dobra, przyznajemy się, nie zostawiamy utajonego : 30 dni wobec prokrastynacji.

Ciocia Prokrastynacja tylko na to czekała. usiadła sobie wygodnie w fotelu, piłując paznokcie. Nie wiem  czemu, ale ona zawsze w takich sytuacjach piłuje pazurki. Wrrrr, nie lubię tego. Założyła nóżkę na nóżkę i zawołała Wujcia Perfektanaopaka, którego powtarzanym jak mantra hasłem jest: „skoro nie umiesz czegoś robić bardzo dobrze, nie rób wcale”.  Sami rozumiecie, że widok tej dwójki, która rozsiadła się przy stoliku kawowym nie dodawał odwagi. A potem było już tylko lepiej! Cioteczka, ignorując mnie kompletnie, szturchnęła Wujcia łokciem i przechylając się w jego stronę, powiedziała: ” no, doooobrze, to zobaczymy, co to z tego wyjdzie”, potem wróciła do podziwiania pazurków, które zdążyła już pomalować na kolory, które w jej wieku chyba jednak nie przystoją. Ziewnęła: ” no, dobrze, zobaczymy jutro”.

Dobra, dobra, droga Prokrastynacjo, mam nadzieję, że przestaniesz zajmować wreszcie pokój cioci rezydentki. Wujcia też przy okazji spróbujemy wysłać na dłuższy wypoczynek sanatoryjny.

jak mawiali kiedyś: reszta potem

 

Biografia na rowerowo

Wśród świąt nietypowych dziś obchodzony od lat dwóch, wymyślony przez Polaka, zgłoszony przez Turkmenistan pod rozwagę ONZ, światowy dzień roweru. bez przesady nie użyję dużych liter, choć przekonana jestem,  że przemieszczanie się rowerem jest świetne! I jakoś tak mi się dzisiaj moja biografia rowerowo ułożyła. Rowerów jest 5, tylko jeden w tej chwili nie na chodzie.  Ten pierwszy, ten z dzieciństwa. Mam 5 lat, środek wakacji i dostaję mojego pięknego niebieskiego „Krokusa”. Zdjęcie z tego wydarzenia jest jednym z moich ulubionych- ja cała zaaferowana, a wokół wszyscy, którzy sprawili, że miałam świetne dzieciństwo. Żeby było ciekawiej, nauczyłam się jazdy sama, kilka lat później, bo jakoś mi nie szło. Zawzięłam się, gdy sztukę tę opanowała moja młodsza siostra. I odtąd bez roweru nie ma zabawy.

Druga w kolejce, starsza ode mnie cudna „Olimpia” ze skórzanym siodełkiem. Trafiła w moje użytkowanie, gdy miałam z 10 lat i była przedmiotem pożądania wszystkich małych znajomych- duża, solidna z wielkimi kołami, idealna na nasze piachy. Czego myśmy na niej nie wyprawiali, ile razy fiknęło się efektownego koziołka, rozwaliło kolano, bo trochę było za ostro. Ile kałuży bez pedałowania pokonało- to był wyczyn, by nie zatrzymać się w samym środku błotka.

Nie, nie dostałam roweru na Komunię, nie, nie miałam „Wigier 3” ani „Jubilata”, ale za to wiele lat później pojawił się składakowy duet- to był szał. Odkupiony od kogoś, kto już nie jeżdził, dostał swoje drugie życie i do dziś robimy przejażdżki „naokoło”- taką specjalną trasą po okolicy z kolejnymi zachwyconymi małymi członkami rodziny. ” Nie oszukuj, pedałuj” – wołał pierwszy do drugiego, tego z tyłu, gdy ten się lenił. No i drugie hasło ” jazda na maducha”- gdy jeżdzisz na duecie w pojedynkę, tylne pedały oczywiście też się obracają, stąd ten duch.

Rower czwarty, miał służyć 8 lat, jeżdzi już 24 i ma się dobrze. to na nim pobiłam wszystkie życiowe rekordy odległości, bo szybkość to nie moja bajka. To ten na zdjęciu! Ile przygód, ile przyjaźni i pięknych znajomości dzięki tym wyprawom nieco dłuższym. Opanowana do perfekcji sztuka pakowania sakw, biegania z rowerem po peronie, gdy wagon dla rowerów miał być na końcu składu, a jest na początku, a pociąg w Gdańsku stał minutę. Nic nie zgubiliśmy z ekwipunku  7 chyba rowerów, bo przecież dla łatwiejszego ładowania do pociągu wszystko już było ładnie poodpinane. Od tej pory nie zdejmuję sakw w takich sytuacjach.

Rower piąty, cudna holenderka, wypatrzona u sprzedającej ją koleżanki. Zachwyt od pierwszej chwili. To ona najlepiej sprawdza się w okołomiejskich przejażdżkach, wygodna, że hej. I test: na moim „pseudogóralu” taką miejską, szosową trasę pokonuję o 1/3 dłużej- wiadomo, wielkość koła, no i zmęczenie mniejsze. Zakupy na rowerze? Zawsze kupisz o ten jeden pakunek za dużo: a to rabarbar Ci nie wejdzie, a to dodatkowe opakowanie karmy dla psa się ześlizguje spod taśm, no zawsze coś w nadmiarze. Ale wszystko da się przewieźć, a jak.

No i jest jeszcze trochę zaniedbana ostatnimi czasy psia przyczepka, bo jego krótkie łapki nie pozwalały na bieg przy rowerze, nie dla wszystkich nawet długonogich psów to jest dobre. A przyczepka sprawdzała się świetnie.

Taka sobie rowerowa biografia. To co? Kiedy na przejażdżkę?

Kryśka i dzieciak

Każdy jest dzieckiem swoich rodziców, w każdym jest coś z dziecka, jestem dzieckiem Bożym. Taaaaa, pewnie, każdy by chciał świętować pierwszy czerwca, więc się elegancko podpina pod lody, watę cukrową i takie tam różne drobne przyjemności.

A tak na poważnie, to jak jest z tym dzieckiem we mnie? O właśnie, przede wszystkim poważnie: świat traktuję poważnie, drugiego człowieka traktuję poważnie, sama też chcę być traktowana poważnie. No co, nie mieliście tak? I nie macie? Acha…

Ale poważnie, to nie znaczy bez poczucia humoru. No nie, chichranie się do łez i ciągle z tego samego. np. ostatni mem:autobus, który ma tam, gdzie zwykle numer i trasa, napis: „tramwaj”, a podpis pod obrazkiem: nie będziesz mi mówić, kim jestem. No co spojrzę, to się śmieję.  Nie macie tak, nie? Mhm…

Wciąż znajduję coś, na co patrzę z zachwytem, takim aż do bólu. Jak na wielką choinkę jeszcze ze świeczkami prawdziwymi kiedyś, jak na tę lalkę ze zdjęcia lat temu …dzieści (ona wciąż ma sukienkę z pierwszego dnia, a butki to efekt pierwszych zabaw z szydełkiem, gdy miałam 9-10 lat). Przypomnijcie sobie, co Was ostatnio zachwyciło- jest! jest dziecko w Was!

Pokerowa twarz to nie jest specjalność dziecka- w oczach widać wszystko. Choć dziecko potrafiło być powściągliwe, ale te oczy, te oczy. Łatwo się rozmawia, gdy nie widzisz w oczach, o co chodzi?

Są takie dni, gdy w serduchu podskakuje jakiś mały ptaszek, gdy trzeba przeskoczyć przez kałużę, coś się do siebie głośno powie albo zaśpiewa ( ups!) na środku ulicy i uświadamiasz sobie, że to było nie tylko w Twojej głowie, gdy napotkasz zdziwione spojrzenie przechodnia z przeciwka. Dobrze, że to nie Twój student albo kontrahent.

Chlebek z masłem i ogórkiem małosolnym albo z masłem i truskawkami- mmmmm, wracają wszystkie wakacyjne wspomnienia.

Lektury dla najmłodszych czytane pod pretekstami rodzinnymi i zawodowymi, taaaaaa, jasne.

i to wszystko prawda, i jeszcze więcej mogłabym wymieniać, ale dziś uświadomiłam sobie, gdzie tak naprawdę jestem i chcę być dzieckiem do końca, do ostatniego oddechu, a to wcale nie jest takie oczywiste, choć takie się wydaje. Tu tkwi wielki sekret:

Zawsze, zawsze, zawsze, gdy coś zbroję, przekombinuję, popsuję, mam nadzieję, że wciąż mi się uwierzy, że ja naprawdę, ale to naprawdę chcę być grzeczna i że się poprawię. O to chodzi, o tę nadzieję, że znowu będzie mi wybaczone, że jestem ukochanym rojbrem. I że wiadomo, że ja po raz kolejny przewrócę, rozleję, pysknę, popsuję, ale znowu dostanę szansę na naprawę.

Tak, tak, świętuję dzień dziecka ( specjalnie małe litery, bo nie ten mieżdunarodnyj) właśnie dlatego: gdyby nie było Tego, kto zawsze mi wybaczy, gdy o to poproszę, nie zachwycałabym się światem, nie skakała przez te kałuże, nie czytała Makuszyńskiego i Grabowskiego, nie czuła radości, grając z kolejnym pokoleniem maluchów w kolorowe kostki, drabinki, a potem szachy. Nie dbała o zbierane latami akcesoria do domku dla lalek, nie słuchała długogrających płyt zacinających się od zawsze na tych samych piosenkach. Dlaczego? Bo byłabym smutnym dorosłym człowiekiem, który mając świadomość głupot, które w życiu popełnił, nie miałby co z tym zrobić.  Widziałby ciemno, ciemno i nic dobrego w sobie.

Dziecko tak nie ma! Dziecko wie, że czasem robi źle, ale dziecko zawsze wierzy, że może się poprawić. I chce to zrobić, nawet jak mu milion razy nie wyjdzie.

To co , chcesz być dzieckiem?

 

 

 

Powrót i przepowiednia

Nieobecność, milczenie, książki i powrót- to wszystko da się elegancko połączyć.  Dobrego powodu do powrotu na blog poszukiwałam od jakiegoś czasu. No bo przecież nie można tak po cichutku i niepostrzeżenie, tylko trzeba z przytupem. Eeee, w sumie nie trzeba, ale każde wytłumaczenie zwykłego leniuszkowania jest dobre, czyż nie?

Ważne, że powód się znalazł: „Przepowiednia”- najnowsza książka Emilii Kiereś- dziesiąta na dziesięciolecie pracy. Wszystkie gorąco polecam, ale dziś zatrzymam się przy tej ostatniej.

Czekałam na „Przepowiednię”, bo miała przywołać tajemniczy cygański świat, znany z baśni mojego dzieciństwa, z  pieśni, z opowieści starszych o prawdziwych taborach, o wolnych, wędrujących ludziach.   Bardzo lubię w twórczości Emilii Kiereś te powroty do przeszłości  i zachętę do odkrywania w literaturze tego, co już nieco zapomniane. Autorka  nie tworzy nowych krain, dziwacznych stworów ani przedmiotów. Zachęca nas do otwarcia oczu i rozejrzenia się wokół, bo tam można odnaleźć przygodę. Czytelnik „Przepowiedni” spotka Klarę i Adama, wyruszy na wędrówkę, która nie jest tylko przemieszczaniem się z punktu A do punktu B na mapie, ale także, a może przede wszystkim, jest związana z przemianą bohatera, odkrywaniem tego, co istotne. Tak było w „Rzece”, wcześniej w „Bracie”, tak jest w „Przepowiedni”. Czasami trzeba wyjść z bezpiecznego domu, by dowiedzieć się czegoś o sobie.

Emilia Kiereś traktuje swojego czytelnika( odbiorcę10+) poważnie, nie kokietuje go. Niezauważalnie wprowadza w świat literatury, ważnych tematów, motywów. Baśniowy świat wciąga, cygańskie klimaty też. Nic nie jest przewidywalne. Nudzić się przy tej lekturze nie można, a  ilustracje Marcina Minora zachwycają.

Jedyny minus? Jak w każdej dobrej książce: za szybko przychodzi ostatnia strona. I trochę żal. Można odstawić lekturę na półkę, a można jeszcze o niej porozmawiać albo wybrać się na spotkanie z pisarką.

Warto czytać  tę książkę rodzinnie, głośno. Najlepiej wtedy, gdy jest już ciemno, w domowym cieple, wszyscy poprzytulani na kanapie albo już w łóżkach, tuż przed zaśnięciem.  Tak najlepiej poznawać prawdziwe baśnie, a taką niewątpliwie jest „Przepowiednia”. Jest trochę zwyczajnie, a trochę nie, jest trochę smutno i trochę strasznie, ale dokładnie tyle, ile trzeba. Jest mądrze i prawdziwie. I wiadomo, co jest dobre!

Nie wierzcie mi na słowo. Sięgnijcie sami i przekonajcie się.

 

A myśmy się spodziewali … albo wolność, czyli wrześniowych niespodzianek ciąg dalszy

 

Uświadomiłam sobie w ostatnich tygodniach, jak ważna jest dla mnie wolność. Chyba najważniejsza! Tylko ona pozwala na to, by dokonać wyboru wtedy, kiedy trzeba. Dokonać go, nie czując za plecami ściany, a przed sobą widzieć nie tylko przepaść.  Być wolnym, to móc powiedzieć „nie”. Być wolnym to podjąć ryzyko. Być wolnym, to nie zagrać w grę, w której druga strona nie chce przestrzegać reguł. Być wolnym  to po prostu zrobić swoje i czasami oddać to, co się kocha. Tak po prostu. Być wolnym, to powiedzieć sobie: dziś jestem tu, ale nie muszę tu być. Być wolnym, to właśnie nie musieć. Być wolnym, także za tych, którzy nie mogą być wolni.

 

To se poczeka!

Nie, tytuł nie jest niezbyt grzeczną odpowiedzią, na to, że ktoś czeka na coś, co powinnam dla niego zrobić, nie, nie. Jest, jaki jest, bo mnie tak ostatnio naszły myśli o czekaniu i samo czekanie też było. Tulipany ze zdjęcia to moja tegoroczna wielka radość. Przez wiele lat siedziały cebulki w ziemi, takie wsadzone kiedyś z odrzutów i niewyciągane na zimę. Rosły na piachu i wypuszczały sobie po dwa  zielone liście, po ich uschnięciu w ogóle zapominałam, że w tej ziemi coś siedzi. No i już drugi rok zmobilizowały się niesamowicie. Warto było dać im szansę i spokojnie czekać.  I tak mnie jakoś te tulipany zainspirowały do pytania o różne odcienie czekania. Na użytek własny sobie wymyśliłam coś i się dzielę, bo od tego jest blog.

Czegoś oczekuję. Jestem przekonana, że mi się to należy, jest słuszne, sprawiedliwe, dopóki ktoś mi nie udowodni, że jest inaczej.

Czegoś wyczekuję. Tu włącza się tęsknota. Niech to już się stanie, niech przyjdzie.

Na coś czekam. I tu pojawia się nadzieja. Spokojnie sobie czekam. Ufam. Wierzę. Niczego nie przyspieszę, bo to ma swój czas. I tyle.

Czy to są różne sposoby czekania na to samo coś, czy też różne są te „cosie”? Może być tak i tak. U mnie jest „i tak”.

Się porobiło

No tak, porobiło się i wakacje minęły. Jest o czym pisać, jest o czym myśleć i co wspominać. Wszystko po kolei. Pierwszy dzień września to zawsze powracanie do wspomnień. Tych o własnych szkolnych latach i tych wakacyjnych. Gdy przychodzi moment końca przygód, robi się żal, że  to, co jest teraz, za chwilę będzie tylko wspomnieniem. A potem przerzuca się te wspomnienia, ileż ich się nazbierało. Czasem serducho się ściśnie na myśl o czymś, czego nie da się powtórzyć. Coś za gardło złapie przy oglądaniu zdjęć. Bo się czegoś nie da zatrzymać, nie może trwać. I oto we wrześniowy poranek przychodzi taka refleksja. W niebie, w niebie tak będzie. Zawsze będzie dzisiaj. Nie trzeba będzie niczego przeżywać intensywnie, starać się nasycić, zachwycić, zapisać na potem, żeby nie umknęło. Nie trzeba będzie się martwić, że jeszcze parę godzin i koniec, że znów trzeba spakować plecak, pędzić na stację. I nawet, jeśli wróci się do tego miejsca za rok, nie wiadomo, czy będzie tak samo, pewnie nie, może nawet nie będzie podobnie. W niebie, w niebie tak będzie. Będzie tu i teraz. Będzie zawsze i wszędzie. Z najlepszymi towarzyszami podróży. A póki jest się tu, w świecie powtarzania się i gromadzenia wspomnień, cieszyć się tym, że ma się co powtarzać, że jest co wspominać i najważniejsze- jest z kim!