Archiwum kategorii: Bez kategorii

Frywolitki albo niewyśpiewana radość (s)tworzenia

Stało się! Stworzeniu udało się zorganizować spotkanie kolędowe bez jednej kolędy. Ale żadnego poczucia porażki, po prostu lekcja- każdy w grupie ma swoje miejsce i swój talent. I czasami jest tak, że zabraknie małego ogniwka i śpiewniki zostają w torbie, a spotkanie i tak się udaje. A udaje się dlatego, że komuś chce się dzielić swoją pasją. Czy jest sens przez godzinę szykować wystawę, by po upływie kolejnej ją demontować? Oczywiście, że jest! Dla każdego „och, jakie to ładne!” Dla radości na twarzy twórcy pytanego, jak się to robi. Dla rozmowy przy filiżance herbaty i wspomnień: „Ja też kiedyś szydełkowałam. A ja wolałam druty. O, moja siostra też przysyła mi takie koronkowe aniołki.” Tak po prostu i spontanicznie rozwija się spotkanie, dzieje się coś dobrego, wokół czegoś po prostu ładnego. Oczywiście, że był przygotowany plan, że miało być powitanie, zagajanie i śpiewanie. Ale warto było  zamiast tego popatrzeć sobie na tych, którzy zajrzeli, na tych, którzy się zatrzymali, nad czymś pochylili i zachwycili, o coś zapytali, a potem przypomnieli sobie o tym, co było ich doświadczeniem tworzenia.

Po tym dniu zostanie zdjęcie roześmianych kobiet w różnym wieku. Zdjęcie zrobione w małej kawiarence pewnej parafii w małej gminie miejskiej. Zdjęcie uwieczniające małą wystawę prac zimowo- świątecznych ( dzierganych, haftowanych, frywolitkowych). Taki pierwszy mały krok na zewnątrz małej grupki pań, które po prostu lubią robić ładne rzeczy i zaczęły to robić razem. I tak jest po prostu dobrze.

Lubię rzeczy małe. A zatem zostawiam Cię czytelniku. Idę trenować węzełki i pikotki- do frywolitek potrzeba  niewiele- nitka i czółenko, a potem cierpliwie: węzełek za węzełkiem. Podoba mi się to- z niepozornych węzełków powstaje coś misternego, coś od czego oczu nie można oderwać: kolczyk, broszka, wisiorek, kołnierzyk,serwetka. No to idę wiązać.

Po ciszy. Dla Motylka.

Tak, tak, minął rok, a po jego połowie Motylek upomniał się o wpisy. Początkowo ta cisza nie była zamierzona, potem tak wyszło, a potem się utwierdziło. No i odłożyło się do dzisiaj. Spokojnie, nie będzie żadnych podsumowań minionego, za to wkrótce będzie o milczeniu i ciszy tak w ogóle. A dziś będzie o motywacji. Dzięki Motylku!  Czasem się szuka motywu, czasem motywacji. Słownik  PWN podpowiada, że motywacja to coś, co powoduje podjęcie jakichś działań lub decyzji.Czy bez niej można w ogóle coś robić? Czy ważne jest, jaka motywacja kieruje? Bez motywacji nie potrafię, a to jak robię, od motywacji trochę, a czasem bardzo zależy. Czy działam tylko dla ZUSu i zdrowotnego, czy działam z pasji itp? Można i tak, i tak, a najczęściej jest się gdzieś pośrodku. A jak się  jest  pośrodku, to się szarpie raz w tę, raz w tę albo jest się szarpanym. A szarpanie boli. I ciśnienie może wzrosnąć. Dlatego lepiej się zdecydować i podjąć decyzję jakąkolwiek, ale ciach i już. Albo robię, bo muszę i zaciskam zęby, a czasem zamykam oczy i uszy na to, na co nie mam wpływu, albo robię, bo lubię i … zaciskam zęby, a czasem zamykam oczy i uszy na to, na co nie mam wpływu. Żeby to tak można ciach i już i do tematu nie wracać. Akurat!

Przepadałam za zabawą aptekarskimi wagami mojego Dziadka- szylkretowe szalki bujały się na cieniutkich niteczkach, a ja delikatnie dokładałam odważniczki, niektóre wielkości paznokcia, całkiem płaskie. Wyciągałam je ostrożnie z pudełeczka i cały czas starałam się utrzymać równowagę szalek. Gdy było się nieuważnym, szalki spadały, niteczki się plątały i całą zabawę zaczynało się od nowa. Ale gdyby ta waga miała pokazywać równowagę między tym, co zusowo-zdrowotne i tym co sercem i pasją budowane, to chyba lepiej, że czasem na ramieniu wagi przysiądzie Motylek, jest tak delikatny, że nie zrzuci szalek, ale leciutko przechyli jedną z nich. i już. Dzięki Motylku za motywację, naprawdę.

Zamiast życzeń

Lubię 6 stycznia składać życzenia związane z Bożym Narodzeniem. To bardzo ciekawe święto- tak pomalutku dociera do mnie jego sens. A w tym roku zamiast życzeń opowiastka.

Moje imię nic Wam nie powie, historia zapamiętała tylko ich trzech:Kacpra, Melchiora i Baltazara. Nieważne, że wcale tak nie mieli na imię, wiecie dobrze, jak to jest, wspólne  dzieło ma wielu twórców, ale do pamięci trafiają tylko nieliczni- ci, co mieli dobry „piar” albo ci, co nikomu się nie narazili, albo ci, wokół których komuś chciało się budować legendę o zasługach. Oj, znacie to dobrze, znacie. Nie, nie jestem też legendarnym czwartym królem, jego tam z nami nie było. No dobra, to już wiecie, wcale nie byliśmy królami. Niektórym z nas tak się wydawało- profesura, szefowanie katedrze, instytutowi, te wszystkie laudacje przy byle sympozjum, cytowania w punktowanych czasopismach, ech, to były czasy! I nagle dotarła do nas ta wiadomość o dziwnym zjawisku i jeszcze dziwniejszym wydarzeniu- nieznany obiekt astronomiczny w powiązaniu z narodzinami jakiegoś dobrze zapowiadającego się władcy. Natychmiast pokombinowaliśmy granty- w końcu taką podróż jakoś trzeba sfinansować. W międzynarodowym wykazie projektów badawczych pojawiły się nowe tematy: „tradycje związane z połogiem wśród betlejemskich pasterzy”, ” wpływ odbytej wędrówki na kondycję rodzącej”, „recepcja mitów o królu- dziecku wśród ludów zamieszkujących Palestynę”. Nie, te tematy musiały się chyba pojawić  po naszej wyprawie, przecież ruszyliśmy trochę w ciemno, choć za gwiazdą, która zresztą podobno gwiazdą nie była. Tak, teraz sobie przypominam- tematy formułowane były bardziej ogólnikowo, z dopiskiem: „tytuł pracy może ulec modyfikacji po szczegółowej analizie wyników badań”, taki kruczek stosowany przez starych grantowych wyjadaczy, tak tak wyjadało się z tych grantów niemało. No cóż, młodzi naukowcy byli przy nas bez szans. Ich wnioski z reguły opatrywano komentarzami: ” Projekt wielce interesujący, ale ze względu na to, że jest to pierwsza aplikacja wnioskodawcy, nie wiadomo, czy zostanie on zrealizowany.” Nie śmiejcie się, naprawdę tak to działało, a na wszelki wypadek co jakiś czas modyfikowano formularze, by niektóre rubryczki tak dobrze ukryć, by można było odrzucić projekt z powodu np. braku jakiegoś słówka w tłumaczeniu na angielski. My starzy grantobiorcy mieliśmy specjalny program wyłapujący te nowe rubryczki i tego typu braków formalnych nie odnotowywano. Wybaczcie staremu te dygresje, o, mam tu dziennik podróży, już wracam do tamtej wyprawy. Wyruszyło nas wielu. Wieść o ekspedycji była nawet jedynką w większości stacji.  Wypuszczono serię koszulek z napisem”wszyscy jesteśmy magami”. Zapowiadał się niezły show. Taa, a potem zaczęło się psuć. Nie pamiętam już, kto zaczął podważać sens przedsięwzięcia. W każdym razie kilku zawróciło, oficjalnie deklarując kontyuowanie badań w macierzystych  laboratoriach, by wyrobić z terminami. Teoretycy, jak zwykle. Kilku doświadczonych w rozliczaniu grantów znalazło wśród nas podwykonawców i zostali po drodze w wielce atrakcyjnych turystycznie miejscach. Niektórzy postanowili rozgościć się u Heroda, czekając na powrót pozostałych-specjaliści od opisywania rzeczywistości opowiedzianej przez innych. Ilu nas dotarło do celu, nie pamiętam, bo wtedy wszystko poza jednym stało się nieważne. Gdybym wiedział, o co w tym naprawdę chodzi, czy odważyłbym się na tę wyprawę? Do dziś zadaję sobie to pytanie. Gdybym znał ryzyko i cenę, czy moja decyzja o zaangażowaniu byłaby taka sama? Odtąd nic nie miało być dla nas takie samo. Nie, nie rozmawialiśmy o tym. Nie czytaliśmy nawzajem swoich licznych publikacji( mam nadzieję, że przeczytano je przed wydrukowaniem, choć przy tak często zmienianej punktacji czasopism redakcje wysoko wycenianych tytułów były zasypywane artykułami, więc pewnie nie było na to czasu). Sami możecie sobie sprawdzić, ile tekstów z hasłem „Betlejem” się wtedy pojawiło. Jakoś te granty trzeba było porozliczać. Nie znajdziecie moich artykułów na ten temat. Wycofałem się z „uprawiania nauki”. Dlaczego? Bo chciałem powiedzieć prawdę o naszej drodze, o naszym szukaniu, o jego głębokim sensie. Bo powiedziałem publicznie, że wiara i rozum się nie wykluczają, że nie ma żadnego dowodu na nieistnienie Boga. Bo zaproponowałem międzykierunkowe seminarium poświęcone poszukiwaniu prawdy.  Nie dostałem kolejnego grantu, podobno przeoczyłem jakąś rubryczkę. W następnym semestrze na moje seminarium nie zapisał się ani jeden student, sprawdziłem w systemie- w tym samym czasie odbywał się obowiązkowy wykład. Potem trzeba było oddać stanowisko szefa katedry młodszej koleżance- rozumiecie panie kolego, parytety przy grantach. Tak ,gdybym znał konsekwencje, czy inaczej ukierunkowałbym swoje badania? Nie wiem, nie wiem. Mam teraz dużo czasu na obserwowanie nieba. Nigdy już nie zobaczyłem tak intensywnie świecącego ciała niebieskiego. Niebo jest piękne. Świat jest piękny. Może jest tylko tu i teraz, może… Ale jeżeli jest więcej niż tu i teraz, to szkoda czasu na zamartwianie się, że go nie ma i że jest pustka. Jeśli jest koniec i  pustka, to i tak na to nie mam wpływu. Ale jeśli dalej coś jest, jeśli to ma sens, dlaczego nie ucieszyć się tym już teraz, dlaczego nie?

O Andrzeju i wspólnocie

Najpierw na pielgrzymkowym profilu informacja o chorym Andrzeju. Zaraz, który to chłopak? Niezawodny fb pozwala znaleźć właściwego człowieka- dopasować nazwisko do obrazu- uśmiechniętej twarzy, jakoś tak pielgrzymkowo znamy się w większości po imieniu, chyba, że idąc za kimś utrwalamy sobie dane z plakietki przyczepionej do plecaka. Ileż osób rozpoznaje się w ten sposób- z pleców, plecaków i plakietek. Ale Andrzeja nazwisko wcześniej nieznane albo zapomniane. Mobilizacja do modlitwy w grupie-  pojawiają się kolejne wpisy. A potem przychodzi wiadomość o jego przejściu. Jest smutno. Ile razy zamieniliśmy słowo i na jaki temat? Jak wielu pielgrzymów Andrzej po prostu w grupie był. Profil pielgrzymkowy ożywa zapewnieniami o modlitwie i wspomnieniami: z jakiegoś postoju, z rozładowywania bagaży, z noclegu pod chmurką. Przed oczami przesuwa się obraz uśmiechniętego Andrzeja- tak po prostu i chyba zazwyczaj. A wypowiedzi na fb uświadamiają mi nagle pewną rzecz: to jest wspólnota. Wydawałoby się, że łączy nas jedynie kilka dni wędrówki w granicach pobocza i kabelka, że w tej całości się przemyka niezauważonym. Jasne, są pewne grupki, które się znają pozapielgrzymkowo albo które właśnie przez pielgrzymkę się stworzą. Rozrzuceni po różnych miastach spotykamy się w takim składzie tylko tą sierpniową porą . Są osoby, których nie znamy za dobrze, ale wypatrujemy wśród całej grupy. Niektóre nazywamy na swój sposób- taka mała lista obecności sprawdzona i można ruszać. Andrzej wpisał się już na wieczną listę obecności w miejscu, gdzie nigdy nie nadchodzi wieczór z troską o nocleg. A ci, którzy wyruszą za rok w tę samą, co zwykle trasę, zaśpiewają być może „Gloria” z wdzięczności za doświadczenie piękna wspólnoty właśnie w tym momencie, gdy to jego wpisywanie się na inną listę następowało. Doświadczenie wspólnoty na fb? Hmm… A właśnie tak- bo się komuś chciało odezwać i kilka słów o Andrzeju napisać. Chyba  się jednak nie przemyka niezauważonym między kabelkiem a poboczem, od znaków do wędrującego konfesjonału….

Wrzesień

Trwa jeden z piękniejszych miesięcy. Co w nim takiego? Kolory i zapachy. Jeszcze zielono, ale już nieco złota, brązów, czerwieni wśród liści. Ciepłe słoneczne popołudnia,  chłodnawe ranki i wieczory. Wszystko to, co jeszcze może zaowocować, zdaje się wytężać siły, by zdążyć. Pachnie śliwkami, jabłkami, gruszkami i pomidorami, w formach przeróżnych.

Wrzesień choć w kalendarzu dziewiąty tak trochę jest symbolem początku- oczywiście z powodu roku szkolnego- nowe zeszyty, czyste karty i konta w dzienniku, postanowienia dobre, pomysły na zorganizowanie czasu- to wszystko układa się teraz: języki, pływalnia, gimnastyka. Tym razem się uda.

Ale jest w tym wrześniu coś jeszcze- dojrzałość. Oto już wszystko właściwie wiadomo, tyle udało się osiągnąć. Tyle i już. Powolne godzenie się z tym, czego osiągnąć się nie uda. W naturze rzecz powtarzalna, w życiu zdarza się raz, na zawsze. Coś się wymyka, bo taka kolej rzeczy. Jest w tym wrześniu nutka smutku, mimo wszystko. Nuta radości, nasycenia, doświadczenie prze-życia, jest coraz dłuższa lista wspomnień i niespełnień. Jest i bardzo dobrze.

Trwaj wrześniu, pozwól się oswoić. Pomalutku….

Jak to ze stratą bywa

Właściwie to dziś miało być o kubku, który wyczyszczony od wewnątrz, stanie się czysty i na zewnątrz, ale … nie będzie.

Boi się człowiek  utraty. Najpierw tego, co materialne, żeby tylko nie ukradli… Roweru pozostawionego przed muzeum czy na brzegu jeziora na przykład. Żeby nie okradli…. Domu pozostawionego na wakacyjny czas. Żeby tylko nie zgubić- biletu, portmonetki, cennego zdjęcia. Żeby tylko nie stracić –  twarzy  w konflikcie, dobrego imienia w zaangażowaniu i wyrazistości, nie wiadomo czego w bliskiej relacji. Człowiek się boi, a i tak traci. Bo tracić musimy. Posiadanie czegokolwiek ma wpisaną możliwość straty tego czegoś i już. Pamiętasz, miseczka, prezent, jeden z ulubionych przedmiotów, gdy wyślizgnęła się z rąk, nic już nie było do zrobienia, by powstrzymać zetknięcie z kafelkami, na których rozprysnęła się w kilka kawałków. Czy tylko dlatego, że mogła się stłuc nie warto jej było mieć?

Obecność zwierzaka w domu. No cóż, nie towarzyszą nam z reguły do końca życia. Czy strach przed ich utratą ma nas pozbawić godzin spacerów, na które nikt by nas nie wyciągnął inaczej, wiernych spojrzeń w każdej sytuacji, ciepła futerka na kolanach?

Spotkanie z drugim człowiekiem, myślałeś przyjaźń, miłość czy coś. Sypnęło się… Budowanie relacji ma wpisaną możliwość utraty.  W przeciwieństwie do miseczki da się czasem posklejać to, co się rozsypało. Potrzeba odwagi, chęci i wiary, że warto. Czy strach przed tym, że można kogoś stracić, sprawia, że angażowanie się jest bez sensu?

Kręcisz głową, ale … tracenie nie jest przyjemne … No nie jest …

To teraz rozszerzenie:

Kwarantanna poszczepienna zakończona. wolnego zwierzaka nie zamkniemy na zawsze w domu. A jeśli ucieknie? No to ucieknie i zobaczymy co dalej. Niełatwo było wypuścić rudzielca do ogrodu ze świadomością, że w tych wszystkich kącikach, zakamarkach i kryjówkach znaleźć go jakby co, to będzie wyzwanie. Najpierw próba niespuszczania go z oka. Doświadczeni kociarze nie śmiać się w tym miejscu. Potem wytrzymywanie kwadransa bez sprawdzania, gdzie to stworzenie polazło.  No i jakoś poszło. Nagrodą za  pogodzenie się z możliwością straty rudego są póki co jego pokazy akrobacji nadrzewnych i sprawdzanie co jakiś czas, czy jestem jeszcze w miejscu, w którym mnie zostawił. A jeśli sobie pójdzie? To jest wliczone w naszą wspólną historię. Jak każda strata, każde odejście. Takie jest życie i już.

 

 

 

O tacie i sonecie czyli interpretacje

W pierwszej klasie liceum jeszcze  w okresie regularnego kursu historii literatury przyszedł czas na Jana Andrzeja Morsztyna sonet „Do trupa”, pamiętacie: „Leżysz zabity i jam też zabity, Ty – strzałą śmierci, ja – strzałą miłości”. Temat trafił na praktykanta polonistyki, który zachęcił młodzież do interpretacji tekstu. No to młodzież z zachęty skorzystała i ktoś w postawie stojącej  geparda Chestera właściwej większości nastolatków stwierdził, że to jest mowa zakochanego młodzieńca do trupa narzeczonej. Było lekko obok, czego nie omieszkał zauważyć prowadzący lekcję, wzbudzając tym zniechęcenie interpretującej młodzieży- no jak to, przecież poezję można różnie interpretować. I koniec wątku sonetowego.

Wątek „tatowy” jest taki:

Nowa płyta  Piotra Woźniaka( polecam, polecam) nosi tytuł jednej z piosenek: „Tata Adama”. A w piosence takie słowa: „Ten tam to Tata Adama”. Przypomniało się jeżyckie dzieciństwo- mówiło się: te, patrz, to tata Adama, ten tam. Takie zdanie mogło znaczyć- ale tatę ma ten Adam( rosłego, z kasą, z furą( jeszcze bez komóry) itp.) albo powątpiewanie- to ten Adam ma takiego tatę, też coś, albo- o kurka, jak to jest tata Adama, to lepiej z Adamem nie zadzierać( to dotyczyło czasem i starszych braci ). Albo jeszcze- ale ten Adam ma fajnie z taaakim tatą. Tak to bywało.

A w piosence są jeszcze uderzające słowa o tym ,że „nikt nie spróbuje już po wodzie chodzić”. Ano tak, faktycznie, uderzyło. Bo może tu jest klucz , taka odrobinka zaufania potrzebna, żeby jednak mimo wszystko spróbować … Może warto a nam się już nie chce czy coś. Takie sobie myślinki wokół jednej piosenki. Może tak obok jak z tym sonetem, ale co tam, co autor miał na myśli, to miał( albo miau- posłuchacie płyty, to załapiecie; )), a skoro myśli się o sensie na swój własny sposób, to chyba dobrze. Autor wybaczy. Myśli się i myśli, a potem słucha płyty dalej i nagle: o kurczę, znowu, „ja nie śnię jestem śniony”- to on też tak ma? Wiecie, jak to jest być czyimś snem albo mieć takie odczucie, że jest się snem całkiem innej dziewczynki? Nie wiecie? To opowiem Wam innym razem, może ….

 

szczęściarz

Lubię 10 czerwca. Parę ładnych lat temu był to deszczowy dzień, chyba też środa. Czas rozstania, ale bez zbędnych sentymentów. Czas załatwiania niezałatwionych spraw. I wielkiego oczekiwania tego, co nowe.  I dziś po tylu latach może ktoś z tamtej grupy zadaje sobie pytanie, gdzie jest szczęście? A może tu gdzie jesteś? Być może… gdzie indziej, inaczej, byłoby też, może kiedyś wydawało Ci się, że to tam właśnie ono będzie. Ale jest tu!Nie ma? To otwórz oczy i uszy. Nie oglądaj się wstecz- tam nie ma go na pewno! Nie wyglądaj za bardzo do przodu- nie wiesz. ile go przed Tobą. Bądź i bądż szczęśliwy. Taki jaki jesteś i z tym, co masz. Nie z tym, czego nie masz, nie z tym, co mógłbyś mieć.  Po prostu ….

Pomysły świętego Franciszka albo przywiązanie do pewnych przekonań

DSC00281

 

Koty roznoszą toksoplazmozę, łażą po stołach i chcą spać w łóżku, to piękne niezależne zwierzęta, ale niech sobie żyją w ogrodzie. I tak było. Do czasu.

Okociła się mieszkająca w ogrodzie kotka- kocięta były cztery. Gdy się zajrzało do szopki, kocia mama podniosła tylko łepek i dalej karmiła dzieciarnię, jedno z kociąt wdrapywało się na maminy grzbiet. Było rudym pręguskiem.

Po kilku dniach za szopką nagłe poruszenie- kocięta zaczęły baraszkować- niezgrabne takie. Jedno z nich zapuszczało się coraz odważniej i dalej od rodzeństwa, które po chwili zabawy zasypiało wtulone jedno w drugie. To dzielne  kocię było śliczne- rude pręgowane.

A potem pojawiły się nie wiadomo skąd trzy ogromne kocury. Przypominały paskudnego kota z „Pinokia”. Kręciły się, odganiało się je, wiedząc, że w naturze tak się dzieje.

Co wydarzyło się dalej? Tego tak dokładnie nie wiadomo. Może to kocury,może to sroka.Mały pręgowany rudasek znalazł się pewnego wieczoru na dachu szopki. Na drzewie czaiła się sroka. Człowiek uratował kota i chciał oddać mamie. Ale gniazdo było puste, matki nie było.  Nie, nie przeniosła małych do nowego gniazda.

W ten sposób rudasek powiększył grono domowych stworzeń, wzbogacił je zresztą początkowo o niezłą pchlą ekipę,ale udało się jej pozbyć.

I tak mały rudy pręgowany Trudek trafił na terytorium dotąd zawładnięte przez psa Trafa- i to w metrach kwadratowych i to w serduchu. Bo są takie sytuacje, w których weryfikuje się to, co się dotąd uważało. To wcale nie znaczy, że było złe albo trzeba to teraz zmienić i odszczekać. Myślę, że nie zdecydowałabym się na kota tak, jak zrobiłam to w przypadku psa. Pojawił się sam, bo potrzebował pomocy. I dobrze, że jest. Świat psich i kocich osesków jest zupełnie inny, ale oba są ciekawe. Trudek łazi mi po klawiaturze laptopa, gdy to piszę, Traf chce się z nim bawić.

Jest wesoło. Ale święty Franciszku, gdybyś chciał mi podrzucić żyrafiątko, to uprzedź proszę, bo nie mam pod ręką lokum dla takiego lokatora. Pudełko dla psa lub kota łatwiej znaleźć.

A dlaczego uważam, że to sprawka świętego z Asyżu? Bo tak!  Trudek jest pierwszym kotem na poddaszu. Jeszcze o nim usłyszycie. O nim, o Trusi i Tuni. Szkoda, że nie umiem opisać tej naszej menażerii tak, jak robił to Jan Grabowski. W dobrych bibliotekach i antykwariatach znajdziecie jego książki. Świetne  do rodzinnego czytania.

 

Kwietniowe ujawnianie

DSC00239

 

 

 

 

Poruszone wielkim nieporządkiem postanowiły poprosić o azyl.

DSC00240

drużyna kuchenna

DSC00241zwarta grupa łazienkowa

DSC00243ekipa z garderoby

DSC00246

To od Gabrysi wszystko się zaczęło dzięki T.

DSC00247

komu karteczkę, komu.

DSC00249 personel biurowy

 

DSC00251

Żyrafa bankowa, a ta druga to… kto zgadnie?

DSC00252

desant z lodówki

DSC00253

maluchy

DSC00256

efekty rękodzieła( nie mojego)

DSC00257

towarzystwo kanapowe

DSC00261

zagubione bez kategorii

 

Kto poda liczbę wszystkich przedmiotów tu ujawnionych,ten mistrz. Dwóch brakuje do kompletu.

Ale ten wpis, który nie zdążył się zapisać 1 kwietnia jest głównie po to, żeby pokazać, że dobrze mieć przyjaciół, krewnych i znajomych, którzy nie podzielając pasji, rozumieją małe „zafiksowania” i dzięki nim ta kolekcja jest.

A skąd te  żyrafy w ogóle?

Było sobie kiedyś pewne zoo zwane starym, a w tym zoo żyrafiarnia, w której pachniało jak przy parzeniu zielonej herbaty. I były żyrafy o najpiękniejszych oczach świata. I była pewna mała dziewczynka. A dalej to tajemnica…