Wszystkie wpisy, których autorem jest Maria Łączkowska

Obiecane tematy dwa

WP_20150617_18_33_49_Pro (2)

Po wczorajszym buncie sprzętu dziś nadrabiam. A zatem temat pierwszy.

„Gdzie siła ceremonii, tam szczerości mało”- nieznane mi dotąd polskie przysłowie. Tak mi się w związku z nim zamarzyło, żeby znów znaleźć się w miejscu i okolicznościach, w których słowo będzie znaczyło, a nie będzie tylko wypowiadane. Żeby każdy zaproszony w to miejsce w tych okolicznościach czuł się równo warty, a nie ot tak. Żeby honory wynikały z szacunku dla osoby, a nie z kalkulacji, kogo uhonorować się opłaca. Żeby było elegancko, bo tak, a nie bo tak wypada. Żeby… żeby było prawdziwie. Więc po prostu, nie trącajmy fałszywie strun. Czasami muzyka nie jest potrzebna, czasami może być cisza …

 

A teraz temat drugi. Zdarzył mi się czas powrotów do dawnych znajomości. Całkiem niespodziewanie. I dzieją się rzeczy ciekawe,  Do jednych wraca się łatwo, do innych nie. I wcale nie dlatego, że w tej relacji był jakiś kryzys, że drogi się rozeszły. Czasami ludzie sobie po prostu znikają z oczu.  Z różnych powodów. I nagle po latach ich ścieżki się krzyżują. Z jednymi jest tak, jakby się na chwilę przerwało rozmowę i teraz wraca się do niej swobodnie, tylko czasami trzeba uzupełnić kontekst o te wspomnienia, które nie są wspólne. No i dostrzec te kilka zmarszczek więcej, no tak. A z innymi tak łatwo nie jest. Jakby jakaś blokada . Gdzieś w sercu obawa przed spotkaniem, przed wejściem w te same miejsca znane przed laty. Tak jakby to, co mogłoby wydarzyć się dziś, miało wymazać wszystko to, co było kiedyś. To kiedyś jest pewną całością, zamkniętą kartą, dobrym wspomnieniem. Jedne powroty są nowym otwarciem i wielką radością, inne wydają się niepotrzebne, już nie chcę w tę historię wnosić nic nowego. Naprawdę nie wiem, dlaczego to tak właśnie się dzieje.

Bebejka na uczelni czyli wakacyjne wędrówki

WP_20150809_10_09_36_Pro

Oto Bebejka, która przez tydzień odkrywała Kraków i próbowała zapisać się na uniwersytet. Jedno z miłych wakacyjnych wspomnień.I jeszcze- czyjeś młode wielkie oczy pochłaniające wszystko dookoła. Czyjaś wrażliwość i zachwyt wypowiadany szeptem w najpiękniejszych odwiedzanych  miejscach. Czyjaś radość  z ochlapującego w upalne popołudnie zraszacza. Czyjaś duma z przepłynięcia żabką od boi do boi. I czyjeś szelmowskie spojrzenie, gdy udał się żart lub celna riposta. I wreszcie czyjeś nienasycenie w  odkrywaniu tego, co można jeszcze zwiedzić.  I wieczorne opowieści przez telefon daleko wykraczające poza : „wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na zwiedzanie”. Dziś mnóstwo zdjęć, na szczęście na bieżąco zgrywanych po kolejnych wyprawach. I wszystko to, co zostało w pamięci- niech trwa.  No i jeszcze poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: to gdzie jedziemy w przyszłym roku? Żeby nie było- mamy już plan na rok 2044, ale wtedy role się odmienią, tak się umówiliśmy- to nie ja będę „kaowcem”. A do tego czasu, kto wie, może Bebejka zrobi profesurę? A teraz mamy dziesięć miesięcy, by cieszyć się oczekiwaniem na kolejną wielką przygodę, bo tych małych na pewno nam nie zabraknie. A czekanie jest bardzo przyjemne. Wspominanie też, ale o tym innym razem.

Przedwrześniowe coś albo nicoś

To nie upał najbardziej dziś dawało się odczuć w powietrzu. Nie, nie, to było to coś, co od lat tego dnia dopada i sobie jest. Nawet na mojej stacji przedpołudniową porą czuło się, że jest. Niby nic, niby dzień sierpniowy dobry do zagospodarowania- długie spanie, leniwe śniadanie, wypad nad jezioro i lody, ale… No właśnie to coś, splinek jakowyś czy żal za serce ściskający i za gardło nawet. W mieście też niemrawość jakaś i napięcie na zmianę. Bo nic się nie da zrobić, by czas zatrzymać, bo nie da się uniknąć. Więc z jednej strony poddanie się nieuchronnemu, a z drugiej bunt organizmu na zbliżającą się porę niesprawiedliwości. Bo co to za pomysł tak nagle bez aklimatyzacji powolnej dać się zamknąć w czterech ścianach , wstawać na dźwięk budzika i dwa razy dziennie uginać się pod ciężarem książek nie wiadomo po co drukowanych na tak ciężkim papierze z lakierowanymi okładkami. Bo co to za pomysł spędzić popołudnie nad zeszytem, w którym kazali opisać wakacje- list do kolegi, opowiadanie o najlepszej wakacyjnej przygodzie, sprawozdanie z wakacyjnego dnia, wrrrr. A co to kogoś w szkole obchodzi? I jak można za moje wakacyjne wspomnienie ocenę stawiać? I jeszcze niesprawiedliwości ciąg dalszy- wkuwanie, by mieć kolejną ocenę. Nie żeby wiedzieć. Gdyby tak było, to nauczyciele mogliby pozwalać poprawiać klasówki tak, by każdy dał radę opanować materiał, a nie tak szast- prast i dział zaliczony. ( Utopia? Wcale nie!)I jeszcze te głupawe piosenki o plecakach pełnych słońca i i dzwoneczkach, co z nas niby robią pracowite pszczółki, taaaa.

No ale cóż, poza szczęściarzami z edukacji domowej ominąć się wrześniowej pory nikomu nie uda. A prawda jest taka, że szkoła człowiekowi do niczego nie jest potrzebna, a człowiek szkole i owszem. No i to by było na tyle. To nie znaczy, że nie trzeba się uczyć, oj co to to nie! Więc naprawdę u progu mojego ulubionego miesiąca cieszę się, że już nie muszę, tylko mogę się uczyć, czego życzę wszystkim tym, którym wydaje się, że nigdy do tego momentu nie dotrwają. A nauczycieli proszę: nie dajcie się przytłaczać podstawą programową, darmowym podręcznikiem i tym, co Was najbardziej w Waszym zawodzie boli. A może ten rok szkolny mógłby być dobrym czasem odkrywania świata wspólnie z tymi, którzy całkiem przez przypadek i nie z własnej woli zasiądą jutro przed Wami w ławkach? To Wy wybraliście szkołę jako miejsce, w którym spędzicie najbliższe 10 miesięcy, oni naprawdę nie mają wyjścia ….

 

Jak to ze stratą bywa

Właściwie to dziś miało być o kubku, który wyczyszczony od wewnątrz, stanie się czysty i na zewnątrz, ale … nie będzie.

Boi się człowiek  utraty. Najpierw tego, co materialne, żeby tylko nie ukradli… Roweru pozostawionego przed muzeum czy na brzegu jeziora na przykład. Żeby nie okradli…. Domu pozostawionego na wakacyjny czas. Żeby tylko nie zgubić- biletu, portmonetki, cennego zdjęcia. Żeby tylko nie stracić –  twarzy  w konflikcie, dobrego imienia w zaangażowaniu i wyrazistości, nie wiadomo czego w bliskiej relacji. Człowiek się boi, a i tak traci. Bo tracić musimy. Posiadanie czegokolwiek ma wpisaną możliwość straty tego czegoś i już. Pamiętasz, miseczka, prezent, jeden z ulubionych przedmiotów, gdy wyślizgnęła się z rąk, nic już nie było do zrobienia, by powstrzymać zetknięcie z kafelkami, na których rozprysnęła się w kilka kawałków. Czy tylko dlatego, że mogła się stłuc nie warto jej było mieć?

Obecność zwierzaka w domu. No cóż, nie towarzyszą nam z reguły do końca życia. Czy strach przed ich utratą ma nas pozbawić godzin spacerów, na które nikt by nas nie wyciągnął inaczej, wiernych spojrzeń w każdej sytuacji, ciepła futerka na kolanach?

Spotkanie z drugim człowiekiem, myślałeś przyjaźń, miłość czy coś. Sypnęło się… Budowanie relacji ma wpisaną możliwość utraty.  W przeciwieństwie do miseczki da się czasem posklejać to, co się rozsypało. Potrzeba odwagi, chęci i wiary, że warto. Czy strach przed tym, że można kogoś stracić, sprawia, że angażowanie się jest bez sensu?

Kręcisz głową, ale … tracenie nie jest przyjemne … No nie jest …

To teraz rozszerzenie:

Kwarantanna poszczepienna zakończona. wolnego zwierzaka nie zamkniemy na zawsze w domu. A jeśli ucieknie? No to ucieknie i zobaczymy co dalej. Niełatwo było wypuścić rudzielca do ogrodu ze świadomością, że w tych wszystkich kącikach, zakamarkach i kryjówkach znaleźć go jakby co, to będzie wyzwanie. Najpierw próba niespuszczania go z oka. Doświadczeni kociarze nie śmiać się w tym miejscu. Potem wytrzymywanie kwadransa bez sprawdzania, gdzie to stworzenie polazło.  No i jakoś poszło. Nagrodą za  pogodzenie się z możliwością straty rudego są póki co jego pokazy akrobacji nadrzewnych i sprawdzanie co jakiś czas, czy jestem jeszcze w miejscu, w którym mnie zostawił. A jeśli sobie pójdzie? To jest wliczone w naszą wspólną historię. Jak każda strata, każde odejście. Takie jest życie i już.

 

 

 

O tacie i sonecie czyli interpretacje

W pierwszej klasie liceum jeszcze  w okresie regularnego kursu historii literatury przyszedł czas na Jana Andrzeja Morsztyna sonet „Do trupa”, pamiętacie: „Leżysz zabity i jam też zabity, Ty – strzałą śmierci, ja – strzałą miłości”. Temat trafił na praktykanta polonistyki, który zachęcił młodzież do interpretacji tekstu. No to młodzież z zachęty skorzystała i ktoś w postawie stojącej  geparda Chestera właściwej większości nastolatków stwierdził, że to jest mowa zakochanego młodzieńca do trupa narzeczonej. Było lekko obok, czego nie omieszkał zauważyć prowadzący lekcję, wzbudzając tym zniechęcenie interpretującej młodzieży- no jak to, przecież poezję można różnie interpretować. I koniec wątku sonetowego.

Wątek „tatowy” jest taki:

Nowa płyta  Piotra Woźniaka( polecam, polecam) nosi tytuł jednej z piosenek: „Tata Adama”. A w piosence takie słowa: „Ten tam to Tata Adama”. Przypomniało się jeżyckie dzieciństwo- mówiło się: te, patrz, to tata Adama, ten tam. Takie zdanie mogło znaczyć- ale tatę ma ten Adam( rosłego, z kasą, z furą( jeszcze bez komóry) itp.) albo powątpiewanie- to ten Adam ma takiego tatę, też coś, albo- o kurka, jak to jest tata Adama, to lepiej z Adamem nie zadzierać( to dotyczyło czasem i starszych braci ). Albo jeszcze- ale ten Adam ma fajnie z taaakim tatą. Tak to bywało.

A w piosence są jeszcze uderzające słowa o tym ,że „nikt nie spróbuje już po wodzie chodzić”. Ano tak, faktycznie, uderzyło. Bo może tu jest klucz , taka odrobinka zaufania potrzebna, żeby jednak mimo wszystko spróbować … Może warto a nam się już nie chce czy coś. Takie sobie myślinki wokół jednej piosenki. Może tak obok jak z tym sonetem, ale co tam, co autor miał na myśli, to miał( albo miau- posłuchacie płyty, to załapiecie; )), a skoro myśli się o sensie na swój własny sposób, to chyba dobrze. Autor wybaczy. Myśli się i myśli, a potem słucha płyty dalej i nagle: o kurczę, znowu, „ja nie śnię jestem śniony”- to on też tak ma? Wiecie, jak to jest być czyimś snem albo mieć takie odczucie, że jest się snem całkiem innej dziewczynki? Nie wiecie? To opowiem Wam innym razem, może ….

 

szczęściarz

Lubię 10 czerwca. Parę ładnych lat temu był to deszczowy dzień, chyba też środa. Czas rozstania, ale bez zbędnych sentymentów. Czas załatwiania niezałatwionych spraw. I wielkiego oczekiwania tego, co nowe.  I dziś po tylu latach może ktoś z tamtej grupy zadaje sobie pytanie, gdzie jest szczęście? A może tu gdzie jesteś? Być może… gdzie indziej, inaczej, byłoby też, może kiedyś wydawało Ci się, że to tam właśnie ono będzie. Ale jest tu!Nie ma? To otwórz oczy i uszy. Nie oglądaj się wstecz- tam nie ma go na pewno! Nie wyglądaj za bardzo do przodu- nie wiesz. ile go przed Tobą. Bądź i bądż szczęśliwy. Taki jaki jesteś i z tym, co masz. Nie z tym, czego nie masz, nie z tym, co mógłbyś mieć.  Po prostu ….

Pomysły świętego Franciszka albo przywiązanie do pewnych przekonań

DSC00281

 

Koty roznoszą toksoplazmozę, łażą po stołach i chcą spać w łóżku, to piękne niezależne zwierzęta, ale niech sobie żyją w ogrodzie. I tak było. Do czasu.

Okociła się mieszkająca w ogrodzie kotka- kocięta były cztery. Gdy się zajrzało do szopki, kocia mama podniosła tylko łepek i dalej karmiła dzieciarnię, jedno z kociąt wdrapywało się na maminy grzbiet. Było rudym pręguskiem.

Po kilku dniach za szopką nagłe poruszenie- kocięta zaczęły baraszkować- niezgrabne takie. Jedno z nich zapuszczało się coraz odważniej i dalej od rodzeństwa, które po chwili zabawy zasypiało wtulone jedno w drugie. To dzielne  kocię było śliczne- rude pręgowane.

A potem pojawiły się nie wiadomo skąd trzy ogromne kocury. Przypominały paskudnego kota z „Pinokia”. Kręciły się, odganiało się je, wiedząc, że w naturze tak się dzieje.

Co wydarzyło się dalej? Tego tak dokładnie nie wiadomo. Może to kocury,może to sroka.Mały pręgowany rudasek znalazł się pewnego wieczoru na dachu szopki. Na drzewie czaiła się sroka. Człowiek uratował kota i chciał oddać mamie. Ale gniazdo było puste, matki nie było.  Nie, nie przeniosła małych do nowego gniazda.

W ten sposób rudasek powiększył grono domowych stworzeń, wzbogacił je zresztą początkowo o niezłą pchlą ekipę,ale udało się jej pozbyć.

I tak mały rudy pręgowany Trudek trafił na terytorium dotąd zawładnięte przez psa Trafa- i to w metrach kwadratowych i to w serduchu. Bo są takie sytuacje, w których weryfikuje się to, co się dotąd uważało. To wcale nie znaczy, że było złe albo trzeba to teraz zmienić i odszczekać. Myślę, że nie zdecydowałabym się na kota tak, jak zrobiłam to w przypadku psa. Pojawił się sam, bo potrzebował pomocy. I dobrze, że jest. Świat psich i kocich osesków jest zupełnie inny, ale oba są ciekawe. Trudek łazi mi po klawiaturze laptopa, gdy to piszę, Traf chce się z nim bawić.

Jest wesoło. Ale święty Franciszku, gdybyś chciał mi podrzucić żyrafiątko, to uprzedź proszę, bo nie mam pod ręką lokum dla takiego lokatora. Pudełko dla psa lub kota łatwiej znaleźć.

A dlaczego uważam, że to sprawka świętego z Asyżu? Bo tak!  Trudek jest pierwszym kotem na poddaszu. Jeszcze o nim usłyszycie. O nim, o Trusi i Tuni. Szkoda, że nie umiem opisać tej naszej menażerii tak, jak robił to Jan Grabowski. W dobrych bibliotekach i antykwariatach znajdziecie jego książki. Świetne  do rodzinnego czytania.

 

biskup i śnieg

Wieczorny spacer po kolacji. Karpacz. Pod nogami skrzypi śnieg. Pomarańczowe światła latarni oświetlają ulicę. Tyle obraz.

Maksymalne poczucie bezpieczeństwa. Wszystko jest na swoim miejscu. Czas zimowych wakacji. Nauka jazdy na nartach. Mróz lekko szczypiący w nos. Beztroska dziesięciolatka. Tyle odczucia.

Opowieść tego, kto wie. O królu, który nie zachowywał się jak król i o jego żołnierzach. I o biskupie, który zachował się jak biskup i się nie bał nic a nic. I o tym jak umarł- jak to możliwe, że w kościele, no jak, żeby nie uszanować takiego miejsca. I o orłach…, nie, z tego czasu orły nie zostały w pamięci. Tylko to, że król żałował i poszedł daleko odpokutować. Biskupa się podziwiało, a króla zrobiło się żal.

Pierwsza opowieść z wielu, a może pierwsza zapamiętana.  Domowa edukacja historyczna. No jasne. Naturalna, z pokolenia na pokolenie.

A święty biskup Stanisław ze Szczepanowa nieodmiennie kojarzy mi się z zimowym wieczorem i ze śniegiem. Nawet wtedy, gdy zaglądam na Skałkę. I gdy wędrując w sierpniowe przedpołudnie po Krakowie opowiadam wnukowi tego, kto wie, o biskupie, który zachował się jak biskup i nie bał się nic a nic i o królu, który odpokutował….

I wciąż lubię słuchać w letnie popołudnia, zimowe wieczory, wiosną i jesienią o dowolnej porze opowieści tego, kto nauczył mnie daty bitwy pod Kłuszynem.

 

Wiosennie patrząc

1.Jednego dnia nie ma nic, nie wiadomo, kiedy kiełkuje, potem rozwija się i już kwitnie i tu, i tam. Na drzewie podobnie- niedostrzegalny pączek nie wiadomo kiedy rozkwita i ani się obejrzysz, płatki opadają. A wydaje się, że ta wiosna tyle trwa. Dobra, na drugi rok niczego nie przegapię, przyuważę i przytrzymam. A tu … nic. Więc w kolejnym roku siedzisz i patrzysz, nawet boisz się powieki zamknąć na chwilę, że znów zniknie za szybko. I znika.

To prawda- jutro już jej nie będzie, tak jak wczoraj jej jeszcze nie było. Jest teraz. Teraz!

2. Taki karton wymoszczony na wszelki wypadek- na chwilowe zimowe nocowanie, nagle w wiosenny ranek staje  się pierwszym domem. Jak się macie, mali jego mieszkańcy, ilu was tam? Z kartonu spojrzenie przymrużonej zieleni. Nie, to nie spojrzenie obrończyni, ale pełne zaufania. Miłe uczucie obdarzenia zaufaniem. Nie, nie takim, gdy ktoś powierza największe, czasem trudne sekrety, ale takim, które znaczy-  czuję się bezpiecznie, możesz zostać. Matczyny łepek podniesiony nad główkami małych jeszcze niewidzących, karmię, nie podchodź teraz. Nie będę prychać, przecież wiesz, już nie … Ufam.

3. Kiedy się własnymi rękami posadziło,  kiedy się na początku podlewało, żeby rosły, kiedy się widziało, jak rosły i chociaż się wyznaje zasadę świętego prawa własności i wolności w dysponowaniu tym, co się nabyło,  jednak każdy odgłos piły zakończony upadkiem ścinanego to kolejny znak zapytania- naprawdę trzeba? Nie dałoby się inaczej? Ale pytanie to cichutkie, jak żal, że ta wiosna rozwinie się już bez nich . I nie patrz przez to okno, nie patrz. Tam jest inny świat ani lepszy, ani gorszy, inny, nie twój. I tyle … A słońce dalej będzie zachodzić nad tym, co pojawi się w miejscu szpaleru drzewek sadzonych kiedyś dla przyszłych mieszkańców tego miejsca.Żeby już mieli, żeby szumiało i odgradzało. Warto było? Warto ….

Kwietniowe ujawnianie

DSC00239

 

 

 

 

Poruszone wielkim nieporządkiem postanowiły poprosić o azyl.

DSC00240

drużyna kuchenna

DSC00241zwarta grupa łazienkowa

DSC00243ekipa z garderoby

DSC00246

To od Gabrysi wszystko się zaczęło dzięki T.

DSC00247

komu karteczkę, komu.

DSC00249 personel biurowy

 

DSC00251

Żyrafa bankowa, a ta druga to… kto zgadnie?

DSC00252

desant z lodówki

DSC00253

maluchy

DSC00256

efekty rękodzieła( nie mojego)

DSC00257

towarzystwo kanapowe

DSC00261

zagubione bez kategorii

 

Kto poda liczbę wszystkich przedmiotów tu ujawnionych,ten mistrz. Dwóch brakuje do kompletu.

Ale ten wpis, który nie zdążył się zapisać 1 kwietnia jest głównie po to, żeby pokazać, że dobrze mieć przyjaciół, krewnych i znajomych, którzy nie podzielając pasji, rozumieją małe „zafiksowania” i dzięki nim ta kolekcja jest.

A skąd te  żyrafy w ogóle?

Było sobie kiedyś pewne zoo zwane starym, a w tym zoo żyrafiarnia, w której pachniało jak przy parzeniu zielonej herbaty. I były żyrafy o najpiękniejszych oczach świata. I była pewna mała dziewczynka. A dalej to tajemnica…