Dziś taki miły wieczór, pełen szeleszczących papierków, odwijanych wstążeczek, cukierków, a w niektórych rodzinach czas zdobywania sprawności pucybuta. O przyczynie będzie jutro, a dziś o prezentach.
„Nie wiem, co im kupić, wszystko mają” albo „nie wiem, co chciałbym dostać, niczego nie potrzebuję” – ani jedno, ani drugie zdanie nie jest do końca prawdziwe, choć pozornie się tak wydaje albo ktoś tak odczuwa. I można się umówić, że prezentów nie ma.
A jeśli prezent jest? Czy może być nietrafiony? Czy może rozczarować?
Otóż myślę, że rozczarować może, ale ostatecznie nie jest nietrafiony. Dziwne? Już tłumaczę.
Pomijając różne odwdzięczania się za coś, za którymi nie przepadam, i prezenty z urzędu – firmowe, oficjalne itp., prezenty są wyrazem czyjejś sympatii, prawda? Prezent coś nam ma powiedzieć. Zawsze to, że obdarowujący życzy nam dobrze.
Jeśli prezent spełnia moje marzenie, to znaczy, że ktoś się wsłuchuje w to, co mi w duszy gra; wie, że to coś mnie wzbogaci na ważnym dla mnie polu i jest to dla mnie dobre.
Jeśli prezent spełnia jakąś potrzebę, jest wyrazem troski o mnie.
Jeśli prezent jest praktyczny, to znaczy, że ktoś pomyślał, żeby ułatwić mi codzienne życie i dzieli się jakimś sprawdzonym patentem.
Jeśli prezent jest kompletnie niepraktyczny, jest wyrazem zachęcenia mnie do większego luzu i nietraktowania wszystkiego zbyt serio.
Prezent – niespodzianka to zaproszenia do otwarcia się na coś nowego, na co sama bym nie wpadła.
A z drugiej strony:
Mogę spełnić czyjeś marzenie, ale nie wbrew sobie, a zwłaszcza jeśli nie jestem przekonana, że niesie ze sobą dobro.
Zanim zabiorę się za prezenty, muszę pomyśleć o mojej motywacji do robienia ich dla konkretnych osób.
Tyle na dziś, bo trzeba jeszcze buty wypastować.
