Hej, płomyku!

Ogieniek, płomyk, świeczka, co w tym drobiazgu jest takiego, że dobrze mi przy nim ?

Czy światełko świeczki przyciąga dlatego, że jest maleńkie i można je ukryć w dłoniach? A może dlatego, że słabnie i rozbłyska, nie poddaje się tak łatwo próbom zagaszenia? Co dla mnie ważniejsze – jego siła czy słabość?

Czy może przyciąga mnie blask, przy którym czuję się jakoś tak bezpieczniej, czy to raczej ja mam go strzec?

Pełgający płomyczek rozbawia – gdy tańczy,  mruga, figluje. A może ten płomyczek poddający się najlżejszym ruchom powietrza  pokazuje, że w tym jest pewna metoda na trwanie?

W kręgu płomyczka jest jasno, a poza nim? Czy to, co wyłania się z ciemności, budzi raczej niepokój, czy zaciekawienie?

Lubię siedzieć w mroku, wpatrując się w płomyk. Lubię, gdy wokół są inni ze swoimi światłami.  Ważne, by każdy pilnował własnego płomyka. Nie tylko dla siebie, dla innych też. Nie musimy teraz robić wielkiego ogniska. Może kiedyś będzie trzeba. Warto dbać o własny mały ogieniek, by  móc rozpalić czyjś przygaszony,  dać iskierkę komuś nowemu. By płomyk od płomyka wędrował.

O płatnościach z Franią w tle

W  czasach, gdy zakładałam konto bankowe, musiałam to zrobić w określonym banku, określonym oddziale i bez możliwości użycia drugiego imienia, co miewało potem zabawne, a czasem irytujące konsekwencje. Tak, tak kiedyś było. Trochę później niż epoka powszechnego używania pralki Frani i oglądania „Zwierzyńca” w telewizorze „Ametyst” na nóżkach. Dobra, nie wszyscy mieli na nóżkach i zazdrościli. Ale o tym innym razem, bo teraz ważne jest, że wtedy nikomu nie śniły się żadne „onlajny”. A dziś ci, którym nie mieści się w głowie świat bez sieci, spoglądają z równym niedowierzaniem na pralkę Franię , telewizor z  kineskopem na nóżkach i na dokonywanie płatności w archaiczny sposób. Nie wiem, co czuje pralka i nóżki, ale ja się pod tymi spojrzeniami czuję całkiem dobrze. Po prostu świadomie i dobrowolnie nie korzystam z bankowości elektronicznej ( hej, a wiecie, czy jej synonimem jest bankowość internetowa? – uśmiecham się, oczywiście).

A teraz zagadka, dlaczego tak robię? Kto ma jakiś pomysł, zapisuje i czyta dalej – jeśli chce, oczywiście, by się przekonać, czy dobrze obstawiał.

Otóż odpowiedź jest najbanalniejsza z banalnych, choć prawdą jest, że czasem miałabym wrażenie, że sprzęty mnie nie lubią, gdyby mogły nie lubić. Na szczęście nie mogą. Fakty mówią jednak same za siebie: kupuję z moją siostrą równolegle bilet za 5 złotych w automacie. Czyj automat się zaciął? Na czyjej łapce spieszyły się bez sensu proste zegarki elektroniczne z dawnych czasów?

Ale nie to jest przyczyną, że wędruję z przekazami na pocztę czy do banku.

Bardzo lubię relacje. Jeszcze na początku tego wieku wędrowałam do określonej agencji bankowej, bo tam pracowała miła pani Jadzia, z którą zawsze można było porozmawiać, pożartować albo obserwować, jak dobrze zna swoich jeżyckich klientów. Gdybym korzystała z maszynki, po jej przejściu na emeryturę nie odkryłabym dobrych lodów – rodzinnego biznesu, w który się zaangażowała.

Lubię też mój mały oddział pocztowy, do którego zaglądam czasami tylko po cukierki i herbatę. Żaden automat nie podpowiedziałby mi, bo sam zasmakował, czekoladek firmy, co do której nie byłam wcześniej przekonana i nie sięgnęłabym raczej po nie. No i z automatem nie pogadałabym sobie o sposobach na wykorzystanie lawendy i o układaniu puzzli, które teraz pani Elżbiecie umilają czas emerytury, a ja poznaję kolejne sympatyczne panie.

Wiem, że można wszystko kupić w sieci, ale w małych lokalnych sklepach poznaję ludzi i prawdziwy, nie ten kreowany świat. Ludzi, którzy wciąż wychowują swoje dzieci – kochają i stawiają wymagania; ludzi, którzy są przedsiębiorczy, mają swoje pasje. Jejku, jakie to jest ciekawe. Potem nie jesteśmy dla siebie anonimowi – rozpoznajemy się na jarmarku 300 kilometrów od domu albo spotykamy na wykładach o sztuce w innym mieście. Nie jesteśmy dla siebie obojętni, a świat staje się malutki – pani ekspedientka w lokalnym samie okazuje się synową najwspanialszej pielęgniarki – opiekunki dla starszej osoby, jaką poznałam. I znów można wymienić kilka słów, powspominać kolejną panią Elę, bo już odeszła po nagrodę za swoją dobroć i szacunek dla pacjenta, który nie mógłby się poskarżyć, nawet gdyby było zdecydowanie inaczej.

Mogłabym oczywiście uruchomić stosowne procedury i w wielu sytuacjach byłoby to łatwiejsze. Ale jest jeszcze jeden plus – gdy nie da się inaczej zapłacić za coś niezbędnego, wtedy muszę poprosić o pomoc. A to lekcja pokory, za którą niepokorne z definicji ludki nie przepadają, prawda?

Tu przerywam, bo jak długi może być jeden wpis, ale temat niewyczerpany – wróci.

 

 

Nie przyspieszam, lubię czekać.

Gdy w połowie listopada zobaczyłam przed jedną z galerii handlowych wielką, ustrojoną choinkę, pomyślałam sobie: tak, świat znowu się spieszy. Świat chce mieć świąteczną atmosferę.  Natychmiast. Hmmm, no tak, ale właściwie dlaczego już, dlaczego ten świat teraz stawia choinkę, aby zaraz po 25 grudnia się jej pozbyć, zamiast dalej świętować? Od razu pomyślałam sobie, że to jest problem świata, nie mój. Może lepiej opowiem światu, dlaczego czekam i jakie to jest dobre doświadczenie?

Lubię czekać. Na różne rzeczy, z wyjątkiem pociągów spóźnionych 80 minut, gdy to ktoś na mnie czeka. Lubię czekać, bo towarzyszy temu taki dreszczyk, jak to będzie, co się wydarzy. Lubię czekać i przygotowywać – jeszcze to, jeszcze tamto, a może tak?

Czasami nawet odsuwam moment otwarcia przesyłki czy zajrzenia do nowej książki, bo to czekanie na coś nowego jest naprawdę przyjemne. To poczucie, że oto wszystko przede mną.

I nawet w życiu, którego połowa już na pewno za mną, wciąż lubię wypatrywać, co nowego przyniesie czas.

I bardzo, bardzo lubię adwent. Ta pierwsza świeca, która będzie się paliła najdłużej i towarzyszyła od początku różnym pomysłom, wyzwaniom i zadaniom. Ta wędrówka krok po kroku, zgodnie z tradycją, gdy każdy kolejny adwent dokłada się do wszystkich poprzednich i przypominają się zapachy, obrazy, skojarzenia, a przede wszystkim kochani ludzie, którzy już wszystkie adwenty mają za sobą.

Adwentowe czekanie ma sens. Jak każde czekanie przed świętowaniem. Jeśli wstawię świąteczną ozdobę w sam środek adwentowego zamieszania, w odpowiednim czasie już mi ona spowszednieje. A przecież to, co świąteczne nie może być powszednie. Kiedy byłam mała, niektóre ciasta pojawiały się w cukierniach tylko w odpowiednich świątecznych kontekstach – dziś np. rogal marciński stał się tak banalny, że przestał mi smakować.

A ponieważ bardzo nie chcę, żeby istota Świąt mi spowszedniała, lubię czekać. Za to potem świętuję, ile w kalendarzu napisane! Kolędy do 2 lutego – zgodnie z polską tradycją, a choinka nawet do ostatków, bo to przecież tylko dekoracja, niech cieszy i jeszcze przedłuża świąteczny nastrój.

Ty się świecie spiesz, jeśli chcesz, ja sobie poczekam.