Z kuchni do ogrodu- zaraz po śniadaniu, a z ogrodu do kuchni z tym, co się znalazło. Nie tylko szczaw i lebiodę. Taki był rytm dnia kiedyś dawno. I jest dziś, jak się uda. Ale z tym znalezionym działa się dalej już samodzielnie, kiedyś się tylko asystowało. A w ogrodzie na głodnego się nie chodziło. Mirabelki już się tu pojawiły, a jadało się też morwy. Tak, tak, te, co spadają i plamią wszystko naokoło. Były czarne, były białe i były różowe- najsłodsze. Warto zrobić kogel- mogel z owocami, jak się ma jajka ze sprawdzonego źródła. A prawie wszystko, co się w ogrodzie znalazło, nadawało się do przetworzenia. Jak? Zawsze tak samo, eksperymentując. Najprostsza rzecz na świecie-kompot- garnek niech będzie na 2 litry wody, do tego cukier od kilku łyżek do pełnej szklanki- im kwaśniejszy owoc. Do wrzątku owoce, ile się zebrało, no dobra, niech będzie, że kilo. I się gotuje ok. 15 minut. Jak się zapomni, to i dłużej.
Nie kompot a dżem? Proszę bardzo- owoce rozgotować, potem dodać cukru- według zasady kompotowej. I gotować ok. 15-20 minut. I już. Prawda jest taka, że niektórych eksperymentów się nie powtarzało- dżem z morwy nie zyskał uznania, w przeciwieństwie do tego ze złotej porzeczki.
Tak prosto, ale można i bardziej skomplikowanie, z dodatkami-jabłko i mięta, brzoskwinia i lawenda, bawiąc się w konfitury – 3 dni smażenia i odstawiania.
A można też eksperymentować na grządkach i w doniczkach- rukola niewielka a pyszna, roszponka smaczna i zdobna, chrzan ” z odzysku” wetknięty w ziemię się zadomowił, szczaw przesadzony się rozrósł. No natura po prostu- same cuda. A z podziwiania natury rodzą się pytania i znajdują odpowiedzi. Dobrego próbowania!

