Obrazek adekwatny do ponadtygodniowej absencji. Tych kwiatków już nie ma! Zapowiadały się pięknie, ale… najpierw pies wyciągnął jedną sadzonkę z doniczki. Szybko wsadzona z powrotem, odżyła. Ale… doniczka pozostawiona sama sobie, a właściwie psu… za późno okazało się, że dwie kolejne sadzonki opuściły stałe miejsce pobytu. Już nie było czego ratować. Tak to bywa. Się nie zauważy, się przegapi i już nie ma odwrotu. Chociaż zawsze warto spróbować, póki są korzenie. W doniczce została ta pierwsza sadzonka, a pęk kwiatów lobelii trzyma się w wazonie. Do czasu. Warto pamiętać o korzeniach, żeby można było wrócić …. na stałe, nie tylko kwitnąć w wazonie…
To jeszcze o tym, co już było w głowie, ale się dotąd nie zapisało:
Takich zestawów, jak ten na zdjęciu sporo. Niektóre, jak „Czerwony kapturek” mają jeszcze wersję kasetową. Wielopokoleniowość wyznaczona nośnikami bajek w pięknym wykonaniu: „Kopciuszka” i wspomnianego wyżej Kapturka na czarnej płycie mogła słuchać babcia, na kasecie mama, a na kompakcie wnuczka. Nic nie zmyślam- można sprawdzić daty wydania. I wciąż warto słuchać. Pytanie- na jakim nośniku? Kasetowy odtwarzacz wzbudza radość kolejnego pokolenia, gdy opanuje już, którą stroną wkładać kasetę, jest zabawa na pół dnia. Miło jest wrócić do czarnej płyty, która zacinała się zawsze w tym samym miejscu: „Piotruś, Janku gdzie je(steście? Długo je)szcze? I odruch, kiedy się słucha bajki o Piotrusiu Panu z płyty kompaktowej, że w tym miejscu trzeba płytę przełożyć na drugą stronę. No tak, tę czarną, na adapterze „Bambino”, który się nie zachował. Na nowym gramofonie płyty trzeszczą, aż dreszcz przechodzi i cały klimat tamtego słuchania wraca. I wszystko wraca… Ale nie po to, żeby było żal … Tylko, żeby było pięknie….


