23 lata temu, w mroźny grudniowy wieczór siadłam na granatowej wykładzinie, rozejrzałam się po pokoju i pomyślałam: jestem u siebie. Wszystko było już na swoim miejscu, łącznie z porcelaną Rosenthala przywiezioną pociągiem w plecaku ze stelażem w pewien śnieżny dzień – oj, było ślisko. Tę porcelanę podawałam w okresie okołoświątecznym na tacy stawianej na wykładzinie, gdzie graliśmy w Scotland Yard pod choinką, bo nie miałam w pokoju odpowiedniego stołu.
Dziś stołów nie brakuje, porcelana przetrwała, wykładzina się zmieniła, mrozu za oknami nie czuć, a ja wciąż mam w sercu tę samą wdzięczność za swoje miejsce na świecie. Jestem szczęściarą, bo nie było jednego dnia w moim życiu, aby to miejsce nie było dla mnie ważne. Mieszkanie, w którym się wychowałam, bardzo lubiłam – wysokie sufity i parkiety, ach! Ale tu, gdzie jestem teraz, było zawsze nasze miejsce na ziemi.
To, co widzę z okien; to, że mam gdzie przechowywać wszystko, co dla mnie ważne; to, że w tym miejscu pojawiają się kolejne bliskie osoby – wszystko, co z tym miejscem się wiąże, zawdzięczam komuś! Czyjejś odwadze, determinacji i przekonaniu, że nie zawsze trzeba robić w życiu to, co innym wydawałoby się łatwiejsze. Że istnieje coś takiego, jak serdeczna powinność. Że można mieć z tego ogromną radość, dokładając swoją, nawet małą cegiełkę, do budowania ciągu dalszego wspólnej historii, także w wymiarze materialnym.
U siebie, to znaczy dla mnie, że tu i teraz korzystam z tego, co jest i robię wszystko, by kiedyś, ale też tu, mógł z tego korzystać ktoś inny. By w jego sercu pojawiła się wdzięczność, wciąż do tej samej, pierwszej osoby, bez której nie byłoby nas tu. I żeby ten ktoś dokładał swoje cegiełki, a stare, które trzeba, wymieniał i myślał o tym, co wspólne. I co jest nam powierzone.
