O płatnościach z Franią w tle

W  czasach, gdy zakładałam konto bankowe, musiałam to zrobić w określonym banku, określonym oddziale i bez możliwości użycia drugiego imienia, co miewało potem zabawne, a czasem irytujące konsekwencje. Tak, tak kiedyś było. Trochę później niż epoka powszechnego używania pralki Frani i oglądania „Zwierzyńca” w telewizorze „Ametyst” na nóżkach. Dobra, nie wszyscy mieli na nóżkach i zazdrościli. Ale o tym innym razem, bo teraz ważne jest, że wtedy nikomu nie śniły się żadne „onlajny”. A dziś ci, którym nie mieści się w głowie świat bez sieci, spoglądają z równym niedowierzaniem na pralkę Franię , telewizor z  kineskopem na nóżkach i na dokonywanie płatności w archaiczny sposób. Nie wiem, co czuje pralka i nóżki, ale ja się pod tymi spojrzeniami czuję całkiem dobrze. Po prostu świadomie i dobrowolnie nie korzystam z bankowości elektronicznej ( hej, a wiecie, czy jej synonimem jest bankowość internetowa? – uśmiecham się, oczywiście).

A teraz zagadka, dlaczego tak robię? Kto ma jakiś pomysł, zapisuje i czyta dalej – jeśli chce, oczywiście, by się przekonać, czy dobrze obstawiał.

Otóż odpowiedź jest najbanalniejsza z banalnych, choć prawdą jest, że czasem miałabym wrażenie, że sprzęty mnie nie lubią, gdyby mogły nie lubić. Na szczęście nie mogą. Fakty mówią jednak same za siebie: kupuję z moją siostrą równolegle bilet za 5 złotych w automacie. Czyj automat się zaciął? Na czyjej łapce spieszyły się bez sensu proste zegarki elektroniczne z dawnych czasów?

Ale nie to jest przyczyną, że wędruję z przekazami na pocztę czy do banku.

Bardzo lubię relacje. Jeszcze na początku tego wieku wędrowałam do określonej agencji bankowej, bo tam pracowała miła pani Jadzia, z którą zawsze można było porozmawiać, pożartować albo obserwować, jak dobrze zna swoich jeżyckich klientów. Gdybym korzystała z maszynki, po jej przejściu na emeryturę nie odkryłabym dobrych lodów – rodzinnego biznesu, w który się zaangażowała.

Lubię też mój mały oddział pocztowy, do którego zaglądam czasami tylko po cukierki i herbatę. Żaden automat nie podpowiedziałby mi, bo sam zasmakował, czekoladek firmy, co do której nie byłam wcześniej przekonana i nie sięgnęłabym raczej po nie. No i z automatem nie pogadałabym sobie o sposobach na wykorzystanie lawendy i o układaniu puzzli, które teraz pani Elżbiecie umilają czas emerytury, a ja poznaję kolejne sympatyczne panie.

Wiem, że można wszystko kupić w sieci, ale w małych lokalnych sklepach poznaję ludzi i prawdziwy, nie ten kreowany świat. Ludzi, którzy wciąż wychowują swoje dzieci – kochają i stawiają wymagania; ludzi, którzy są przedsiębiorczy, mają swoje pasje. Jejku, jakie to jest ciekawe. Potem nie jesteśmy dla siebie anonimowi – rozpoznajemy się na jarmarku 300 kilometrów od domu albo spotykamy na wykładach o sztuce w innym mieście. Nie jesteśmy dla siebie obojętni, a świat staje się malutki – pani ekspedientka w lokalnym samie okazuje się synową najwspanialszej pielęgniarki – opiekunki dla starszej osoby, jaką poznałam. I znów można wymienić kilka słów, powspominać kolejną panią Elę, bo już odeszła po nagrodę za swoją dobroć i szacunek dla pacjenta, który nie mógłby się poskarżyć, nawet gdyby było zdecydowanie inaczej.

Mogłabym oczywiście uruchomić stosowne procedury i w wielu sytuacjach byłoby to łatwiejsze. Ale jest jeszcze jeden plus – gdy nie da się inaczej zapłacić za coś niezbędnego, wtedy muszę poprosić o pomoc. A to lekcja pokory, za którą niepokorne z definicji ludki nie przepadają, prawda?

Tu przerywam, bo jak długi może być jeden wpis, ale temat niewyczerpany – wróci.

 

 

2 komentarze do “O płatnościach z Franią w tle”

  1. Marysiu, pamiętam te zagarki co mój tata naprawił i wszędzie chodziło to na twojej ręce się zatrzymywało . Masz rację, trochę nas te onlajny rozleniwiły, zapominamy o kontaktach z innymi ludźmi. A te panie w okienkach nie zawszę są złe jak to niektórzy twierdzą. Fajny tekst 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *