Z powinszowaniem imienin

No to tak- miało być codziennie i nie wyszło. Ale tak naprawdę tylko raz, bo mi się oczy nad klawiaturą zamykały. A potem przerwa była już celowa. Postanowiłam ją wykorzystać. A wpis ma być o tym, że bardzo lubię imieniny. I już.

Jak się ma to imię, co ja, to okazji do świętowania jest średnio trzy w miesiącu i można się nieźle ukryć z właściwą datą. To miłe, gdy we wszystkie większe święta maryjne pytają, czy to aby nie dziś. Nawet jak nie dziś, to życzenia zawsze przyjmuję. A intensywniej otrzymuję je między 15 sierpnia a 12 września- aż cztery dni w tym czasie „moje”. Są takie osoby, które co roku w jeden z tych dni się odzywają. Jeden z nich to ten prawdziwy. Spodobało mi się podtrzymywanie dawnego zwyczaju, że solenizant w dzień imienin jest po prostu gotów i nie zaprasza specjalnie gości. Nie do końca tak się da, ze względu na obowiązki wszelakie, czasem trzeba ustalić godzinę, ale generalnie się sprawdza- zawsze tego dnia można wpaść na herbatę/kawę  i coś. Tylko, że niektórzy się krępują. Kiedyś był jeszcze jeden dobry obyczaj- wyznaczone dni, w których przyjmowano wizyty. Powie ktoś, że tak jakoś z pańska zabrzmiało. Ale to logiczne było bardzo, jak cały świat dobrych manier ( oczywiście nie w wersji wydziwaczonej, czasem dziś nam serwowanej). Jeśli wiedziałam, ze w czwartek o 11.00 zastanę zawsze w domu panią i pana X, to nikogo nie stawiało się w niezręcznej sytuacji, czyż nie?Ani wizytą nie w porę, ani brakiem czasu na przyjmowanie gości, takie proste.  Ale wracam do tematu głównego.

Dlaczego ja tak lubię te imieniny? Trochę dlatego, że dzieliłam je kiedyś z moją Mamą  Chrzestną. Trochę dlatego, że są  w pięknej porze roku- osładzają schyłek lata gruszkami i śliwkami. I wreszcie, bo uświadamiają, jak dobrze mieć wokół siebie bliskich ludzi. Tak całkiem po prostu.  A ci bliscy mnie znają, czemu dają wyraz w życzeniach. Jestem chomik i przechowuję, co tylko się da. Więc mam życzenia z czasów, gdy byłam naprawdę mała z uroczym tekstem: „treść wymyśli czytający zależnie od bieżących potrzeb”. Niektóre są pięknie wykaligrafowane, równiutkim pismem, którego dziś już nikt nie uczy. Są kupki życzeń od lat od tych samych osób- niektóre kupki przestały rosnąć, bo drogi się rozchodzą, tak to w życiu bywa, ale wierzę, że te życzenia zachowują ważność i dziś. No i są życzenia składane wprost. Zasłuchałam się w tym roku  w te słowa, bo one mają dla mnie znaczenie, wszystkie. I niech się spełnią. Bo miło, gdy ktoś zapamięta, co dla ciebie ważne albo zwróci uwagę na to, co łączy, co się dzieje dzięki naszej znajomości. I teraz mam tylko jeden problem, skoro ktoś tak stara się dla mnie, żebym i ja umiała się postarać- dostrzec coś, zapamiętać, a potem zaskoczyć i ucieszyć.

Ja ucieszyłam się w tym roku mnóstwem rzeczy: od samego rana niespodzianką, którą zrobił ktoś, kto musiał baaardzo wcześnie wstać, żeby się udała, aż do środka nocy, gdy nie chciało nam się rozstawać.  To był bardzo miły dzień. A zatem z powinszowaniem imienin i dla Was we właściwym czasie.

Miało być jeszcze o prezentach i imieninach w pracy, ale to już innym razem, bo kto to da radę przeczytać na raz.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *