Było tak. W ogrodową przestrzeń jadalną powróciły po wielu latach czarne porzeczki. Wyrosły dorodne krzaki i zapowiadały się niezłe owoce. I wtedy porzeczkę zaatakowało coś. A że się chemii unika, to trzeba było cosiowi zaradzić ręcznie. Listek po listku wszystkie zaatakowane się obrywało, ale gałązki porzeczki kruche są i się jedną złamało. Żal wyrzucać zieloną gałązkę, niech posiedzi parę dni w wazonie. Zadomowiła się i ukorzeniła, a owoce nie opadły, tylko zaczęły dojrzewać. Ale heca? Nie, taki ogród, w którym ukorzeniają się patyczki wtykane jako podpórki dla fasolki, pestki zgubione w drodze na kompost wyrastają w melony na ścieżce, nawet palma daktylowa z kompostu trafiła na salony. Może warto siać i sadzić… wszędzie…

