Royal weddings ….

No i zrobiła się mała przerwa planowa, ale o tym jutro, dziś o ślubach.

Najpierw ten pierwszy zapamiętany- jednej z ukochanych kuzynek. Najważniejszy był bukiecik pachnącego groszku dla panny młodej i nowe klapki w kolorze wiśniowym na nogach dziesięcioletnego wówczas uczestnika uroczystości. Potem były inne- osób najbliższych sercu, wyczekiwane, kilka dwujęzycznych, w innym obrządku, te w wielkich katedrach, te w malutkich sanktuariach i te, które się nie wydarzyły.

I ten dzisiejszy… Mały przebłysk Nieba. Nie tylko dlatego, że po zimnym i trochę deszczowym tygodniu pogoda zrobiła się przepiękna . Na zwykłym osiedlu, najwzyklejszy kościół parafialny i wydarzyło się coś niezwykłego. Było anielsko i… bardzo przytulnie, tak,  to chyba najlepsze słowo, choć może zaskakuje. Po prostu było jak w domu, wszystko na swoim miejscu. Były drżące , wzruszone głosy, byli najbliżsi i znajomi w różnych okolicznościach poznani. Byli najstarsi i słodkie w swoich odświętnych strojach brzdące. Było piękne czytanie i śpiew- dziewczęco i wdzięcznie. I było to, co spaja. Było to, co poprowadzi w drogę. Było takie poczucie, że to naprawdę o to chodzi, że po to tu jesteśmy. Że to ma sens powiedzieć sobie ” aż do śmierci”, że te słowa  mają wagę i że to naprawdę jest możliwe, gdy zaczyna się właśnie tak. I było zaproszenie do stołu, takie od serca i było dużo ciepła w każdym wypowiedzianym słowie.

Dlaczego było właśnie tak?  Może dlatego, że nie chodziło w tym o zwyczaj, tradycję? A może było tak ze względu na osoby? A może było tak, bo celebrans nas poprowadził, pokazał całe piękno, jakie w takim momencie może być i czemu to piękno z dziś posłużyć może kiedyś? A może to tajemnica, że czasem po prostu doświadcza się skrawka Nieba?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *